W tym tygodniu postanowiłam sprawdzić czy pewna autostopowa teza jest prawdziwa.
Hitch-hiking with fixed time schedule doesn't work, no właśnie, czy autostop jest dobrym środkiem lokomocji, jeśli chcesz gdzieś dojechać na spotkanie?
Do tej pory próbowałam kilka razy dojechać na wykład, otwarcie wystawy, zajęcia z jogi, z czego jedynie na te ostatnie udało mi się zdążyć co do minuty. Tym razem, termin godzina 14, miejsce spotkania oddalone jedynie o 112 kilometrów od Drezna. Wyruszyłam z domu o 10 i nie spodziewałam się, że zgubię się w mieście. Tramwaj się zepsuł, trzeba było wrócić, czekać na kolejny i tym sposobem swoją tabliczkę autostopową wyciągnęłam dopiero o 12.
*2 godziny i 112 km do spotkania
Po 20 minutach zatrzymuje się sympatyczny staruszek, oferujący mi podwózkę do Riesy, miejscowości położonej w połowie drogi. Nie miałam mapy i choć nie znałam trasy, wsiadłam zestresowana do samochodu. Kierowca opowiedział mi, że jego córka mieszkająca w Anglii spodziewa się pierwszego dziecka, może dzisiaj, może jutro rodzi. A on spodziewa się, że jak wróci do domu, żona zabukuje loty do Londynu. Z każdym kilometrem moje szanse na dostanie się na czas do Lipska maleją, dziadek bowiem pojechał drogą regionalną, nie zaś szybką autostradą, dającą mi możliwość dostania się do miasta w 40 minut. Tym sposobem ....
* 1 godzina, 65 km do spotkania
... a ja stoję na zadupiu krajobrazowej drogi i spoglądam na lokalne rejestracje. Nie pozbywam się uśmiechu, za to złudzenia chowam do kieszeni i dzwonię do pana, z którym zamierzam się spotkać za godzinę, że nic z tego. Okazuje się, że to nie problem, poczeka jak trzeba. Nie uspokaja mnie to jednak, bo stoję na poboczu przez najbliższą godzinę i zbiera się na burzę. W ostatniej chwili ratuje mnie księgowa, jadąca po córkę do przedszkola. Podwozi mnie pod autostradę. Jej samochód stał się idealną parasolką na przelotną burzę. Gdy wychodząc z samochodu, dziękuję jej, już nie pada.
* 50 km do spotkania
Tirem na autostradę, na stację benzynową, skąd zabiera mnie dwóch pracowników budowlanych z Rumunii, a wygląd samochodu mnie totalnie zniechęca. Przeszło mi przez myśl, by nie wsiadać do auta z tymi gośćmi, ale idea, że wyląduje w centrum Lipska przeważyła nad zdrowym rozsądkiem, a raczej uprzedzeniami. Goście okazali się jednak w porządku, porozmawialiśmy chwilę i posłuchaliśmy rumuńskiego disco-polo. Kierowca podwiózł mnie pod sam browar Sternburg w Lipsku, tym samym odstawiając mnie bezpośrednio pod miejsce spotkania.
Tak oto, dwie godziny za późno, przyjechałam na spotkanie o pierwsze artystyczne zlecenie w swojej karierze. Street art dla piwnego koncernu.
112 km w 4 godziny to chyba maksymalny czas podyktowany fatum jakim jest PLAN. Autostopu nie planuje się, to najbardziej wolny i nieprzewidywalny środek transportu. Moją teorię udowadnia mój powrót, jeszcze tego samego dnia. Znowu, tuż przed deszczem, zatrzymał się transport w stronę Drezna. Tym razem autostradą, tym razem z dwoma zakonnicami z Bautzen. Bardzo roześmiane kobiety, każde moje zdanie traktowały lekko pijacką salwą śmiechu, za to niesamowicie szczerą i naturalną. Zakonnica za kierownicą pruła jak szalona, 170 na blacie i szalony śmiech. Po 40 minutach byłam już w dzielnicy Szczupaka, maszerując do domu z torbą wypełnioną darmowym piwem od sponsora.
Hitch-hiking with fixed time schedule doesn't work, no właśnie, czy autostop jest dobrym środkiem lokomocji, jeśli chcesz gdzieś dojechać na spotkanie?
Do tej pory próbowałam kilka razy dojechać na wykład, otwarcie wystawy, zajęcia z jogi, z czego jedynie na te ostatnie udało mi się zdążyć co do minuty. Tym razem, termin godzina 14, miejsce spotkania oddalone jedynie o 112 kilometrów od Drezna. Wyruszyłam z domu o 10 i nie spodziewałam się, że zgubię się w mieście. Tramwaj się zepsuł, trzeba było wrócić, czekać na kolejny i tym sposobem swoją tabliczkę autostopową wyciągnęłam dopiero o 12.
*2 godziny i 112 km do spotkania
Po 20 minutach zatrzymuje się sympatyczny staruszek, oferujący mi podwózkę do Riesy, miejscowości położonej w połowie drogi. Nie miałam mapy i choć nie znałam trasy, wsiadłam zestresowana do samochodu. Kierowca opowiedział mi, że jego córka mieszkająca w Anglii spodziewa się pierwszego dziecka, może dzisiaj, może jutro rodzi. A on spodziewa się, że jak wróci do domu, żona zabukuje loty do Londynu. Z każdym kilometrem moje szanse na dostanie się na czas do Lipska maleją, dziadek bowiem pojechał drogą regionalną, nie zaś szybką autostradą, dającą mi możliwość dostania się do miasta w 40 minut. Tym sposobem ....
* 1 godzina, 65 km do spotkania
... a ja stoję na zadupiu krajobrazowej drogi i spoglądam na lokalne rejestracje. Nie pozbywam się uśmiechu, za to złudzenia chowam do kieszeni i dzwonię do pana, z którym zamierzam się spotkać za godzinę, że nic z tego. Okazuje się, że to nie problem, poczeka jak trzeba. Nie uspokaja mnie to jednak, bo stoję na poboczu przez najbliższą godzinę i zbiera się na burzę. W ostatniej chwili ratuje mnie księgowa, jadąca po córkę do przedszkola. Podwozi mnie pod autostradę. Jej samochód stał się idealną parasolką na przelotną burzę. Gdy wychodząc z samochodu, dziękuję jej, już nie pada.
* 50 km do spotkania
Tirem na autostradę, na stację benzynową, skąd zabiera mnie dwóch pracowników budowlanych z Rumunii, a wygląd samochodu mnie totalnie zniechęca. Przeszło mi przez myśl, by nie wsiadać do auta z tymi gośćmi, ale idea, że wyląduje w centrum Lipska przeważyła nad zdrowym rozsądkiem, a raczej uprzedzeniami. Goście okazali się jednak w porządku, porozmawialiśmy chwilę i posłuchaliśmy rumuńskiego disco-polo. Kierowca podwiózł mnie pod sam browar Sternburg w Lipsku, tym samym odstawiając mnie bezpośrednio pod miejsce spotkania.
Tak oto, dwie godziny za późno, przyjechałam na spotkanie o pierwsze artystyczne zlecenie w swojej karierze. Street art dla piwnego koncernu.
112 km w 4 godziny to chyba maksymalny czas podyktowany fatum jakim jest PLAN. Autostopu nie planuje się, to najbardziej wolny i nieprzewidywalny środek transportu. Moją teorię udowadnia mój powrót, jeszcze tego samego dnia. Znowu, tuż przed deszczem, zatrzymał się transport w stronę Drezna. Tym razem autostradą, tym razem z dwoma zakonnicami z Bautzen. Bardzo roześmiane kobiety, każde moje zdanie traktowały lekko pijacką salwą śmiechu, za to niesamowicie szczerą i naturalną. Zakonnica za kierownicą pruła jak szalona, 170 na blacie i szalony śmiech. Po 40 minutach byłam już w dzielnicy Szczupaka, maszerując do domu z torbą wypełnioną darmowym piwem od sponsora.