sobota, 17 sierpnia 2013

170 na blacie i szalony śmiech

W tym tygodniu postanowiłam sprawdzić czy pewna autostopowa teza jest prawdziwa.
Hitch-hiking with fixed time schedule doesn't work, no właśnie, czy autostop jest dobrym środkiem lokomocji, jeśli chcesz gdzieś dojechać na spotkanie?
Do tej pory próbowałam kilka razy dojechać na wykład, otwarcie wystawy, zajęcia z jogi, z czego jedynie na te ostatnie udało mi się zdążyć co do minuty. Tym razem, termin godzina 14, miejsce spotkania oddalone jedynie o 112 kilometrów od Drezna. Wyruszyłam z domu o 10 i nie spodziewałam się, że zgubię się w mieście. Tramwaj się zepsuł, trzeba było wrócić, czekać na kolejny i tym sposobem swoją tabliczkę autostopową wyciągnęłam dopiero o 12.

*2 godziny i 112 km do spotkania
 Po 20 minutach zatrzymuje się sympatyczny staruszek, oferujący mi podwózkę do Riesy, miejscowości położonej w połowie drogi. Nie miałam mapy i choć nie znałam trasy, wsiadłam zestresowana do samochodu. Kierowca opowiedział mi, że jego córka mieszkająca w Anglii spodziewa się pierwszego dziecka, może dzisiaj, może jutro rodzi. A on spodziewa się, że jak wróci do domu, żona zabukuje loty do Londynu. Z każdym kilometrem moje szanse na dostanie się na czas do Lipska maleją, dziadek bowiem pojechał drogą regionalną, nie zaś szybką autostradą, dającą mi możliwość dostania się do miasta w 40 minut. Tym sposobem ....
* 1 godzina, 65 km do spotkania
... a ja stoję na zadupiu krajobrazowej drogi i spoglądam na lokalne rejestracje. Nie pozbywam się uśmiechu, za to złudzenia chowam do kieszeni i dzwonię do pana, z którym zamierzam się spotkać za godzinę, że nic z tego. Okazuje się, że to nie problem, poczeka jak trzeba. Nie uspokaja mnie to jednak, bo stoję na poboczu przez najbliższą godzinę i zbiera się na burzę. W ostatniej chwili ratuje mnie księgowa, jadąca po córkę do przedszkola. Podwozi mnie pod autostradę. Jej samochód stał się idealną parasolką na przelotną burzę. Gdy wychodząc z samochodu, dziękuję jej, już nie pada.
* 50 km do spotkania
Tirem na autostradę, na stację benzynową, skąd zabiera mnie dwóch pracowników budowlanych z Rumunii, a wygląd samochodu mnie totalnie zniechęca. Przeszło mi przez myśl, by nie wsiadać do auta z tymi gośćmi, ale idea, że wyląduje w centrum Lipska przeważyła nad zdrowym rozsądkiem, a raczej uprzedzeniami. Goście okazali się jednak w porządku, porozmawialiśmy chwilę i posłuchaliśmy rumuńskiego disco-polo. Kierowca podwiózł mnie pod sam browar Sternburg w Lipsku, tym samym odstawiając mnie bezpośrednio pod miejsce spotkania.
Tak oto, dwie godziny za późno, przyjechałam na spotkanie o pierwsze artystyczne zlecenie w swojej karierze. Street art dla piwnego koncernu.

112 km w 4 godziny to chyba maksymalny czas podyktowany fatum jakim jest PLAN. Autostopu nie planuje się, to najbardziej wolny i nieprzewidywalny środek transportu. Moją teorię udowadnia mój powrót, jeszcze tego samego dnia. Znowu, tuż przed deszczem, zatrzymał się transport w stronę Drezna. Tym razem autostradą, tym razem z dwoma zakonnicami z Bautzen. Bardzo roześmiane kobiety, każde moje zdanie traktowały lekko pijacką salwą śmiechu, za to niesamowicie szczerą i naturalną. Zakonnica za kierownicą pruła jak szalona, 170 na blacie i szalony śmiech. Po 40 minutach byłam już w dzielnicy Szczupaka, maszerując do domu z torbą wypełnioną darmowym piwem od sponsora.

wtorek, 6 sierpnia 2013

na brudasa, bez pieniędzy, autostopem

Dzisiaj będzie o wieloosobowym autostopie. Moją ulubioną formą podróżowania jest autostop samotny, już pisałam nie raz, że cieszy mnie egoistyczna rozmowa z kierowcą, a czasami nawet kontynuowanie jednego tematu podczas kilku różnych podwózek. Nie znaczy to jednak, że rygorystycznie podróżuję sama. Para chłopak-dziewczyna uchodzi za najbezpieczniejszą relację towarzyską, ale też autostopową. Większość kierowców powie, że zaufanie do pary autostopowej jest dość wysokie (choć wszyscy kierowcy, bez wyjątku przyznają, że samotna dziewczyna ma najłatwiej). Dwie dziewczyny też mogą szybko liczyć na podwózkę, choć w moim przypadku, za każdym razem, gdy podróżuję z koleżankami, spotykamy się z masą dwuznacznych propozycji. Jedna z moich towarzyszek podróży uciekła z tira w środku nocy, gdyż dręczyły ją przeraźliwe koszmary dotyczące kierowcy. Kierowca spał grzecznie na łóżku pod nami i chyba się nawet nie zorientował, że opuszczamy jego samochód. Niemniej jednak, zarówno kierowcy i autostopowicze zgodni są co do jednego - podróżowanie w większym zespole nie działa. Czyżby?

Trójka to taki idealny wakacyjny zestaw autostopowiczów, widzisz trójkę dzieciaków z wystawionymi do góry kciukami i możesz być pewien, że jadą na szalone wakacje czy  festiwal. Przemierzyłam w trójkę Francję z północy na południe, właśnie z takim celem podróży, choć zaczęliśmy przygodę wagabundy w Belgii jako kwintet. A i w piątkę z bagażami złapaliśmy okazję. Dodam jeszcze, że noc była i zadupie straszne.
Ostatnio podróżowałam z dwoma osobami. Cel wymarzony: Woodstock. Towarzysze: Claire, artystka z Nowego Jorku i Alex, ikona hipsterstwa i mój współlokator. Zabranie Claire na Woodstock było czystą przyjemnością. Inspirująca artystka, rysująca komiks o swoim eurotripie w zabójczym tempie. Zanim skończysz z nią jedną rozmowę, wszystko jest już na papierze przedstawione w dowcipny i inteligentny sposób. Nie ma lepszego miejsca do odwiedzenia podczas Eurotripu jak Woodstock, festiwal przebija zbiory Luwru, wjazd na Eiffela i spaghetti we Włoszech razem wzięte. Dla Claire był to pierwszy festiwal muzyczny w życiu i pierwszy autostop.
Ruszyliśmy z Drezna i pierwszą okazję, podwózkę do Berlina złapaliśmy w 20 minut. Na przystanku przy autostradzie uczyliśmy się tańczyć twista, Alex próbował metody "chowania się", a ostatecznie nasz kierowca zatrzymał się, gdy wszyscy byliśmy na widoku. Bez stresu, poświeciliśmy trochę czasu by zapakować wszystkie swoje bagaże, których właściwie nie było wiele, i ruszylismy. Nasz kierowca również okazał się artystą, multiinstrumentalistą. Pożyczyliśmy od niego kilka małych instrumentów, w tym plastikową gitarę-zabawkę i na 150 km zostaliśmy autostopowym indie-bandem. Najmocniejszym ogniwem zespołu okazała się ośmioletnia córeczka kierowcy, grająca na metalowym gwizdku. Na berlińskiej obwodnicy zatrzymaliśmy się na parkingu i podpytaliśmy kierowców o podwózkę - bez rezultatów. Kierowca podwiózł nas więc na drogę krajową na Kostrzyn, gdzie ze stacji benzynowej pojechaliśmy z innym kierowcą wprost na festiwal. Po drodze zgubiliśmy naszą jedyną karimatę, symboliczną opłatę za czterogodzinną podróż na Woodstock.
*
Z festiwalu wracaliśmy także w stereotypowy sposób. Na brudasa, bez pieniędzy, autostopem. Bez karimaty, w moim przypadku także bez butów, które zgubiłam w czeluściach wioski tyskiej. Rozbiliśmy autostopową kapliczkę przed przejściem granicznym. Mijali nas inni autostopowicze, usłyszałam, że "stoicie w złym miejscu i nikt się wam nie zatrzyma", a także, że "w trójkę nic nie złapiecie". Alex poprosił o przetłumaczenie tych darmowych porad, ale odpowiedziałam mu jedynie, że zaraz coś się zatrzyma. W istocie, pierwszy samochód zatrzymał się po kilku minutach.
- możemy was zabrać do frankfurtu, ale mamy tylko dwa miejsca - powitał nas po niemiecku młody chłopak.
- spokojnie zmieścimy się jakoś, jeśli nam pozwolicie spróbować. - padła odpowiedź Alexa. Pomieściliśmy się i po 30 minutach wylądowaliśmy w centrum Frankfurtu nad Odrą, co za brzydkie miasto. Okazało się dość szybko, że musimy je przestudiować dokładnie, by wydostać się w stronę Berlina. Staruszki z przystanku zarekomendowały wycieczkę tramwajem, na co przystaliśmy chętniej niż na spacer. Na przedmieściach Frankfurtu, pośrodku niczego, poprosiliśmy kierowcę ze stacji benzynowej o podwózkę na autostradę. Tym sposobem, przemieściliśmy się we właściwe miejsce do łapania stopa, a nasz kierowca pojechał na urlop na mazury. Morale się nam podniosły, gdy po 10 minutach zatrzymało się małżeństwo jadące do Berlina. Przepytali nas z Woodstocku i polecili film o Dżemie, bo to w końcu zespół z ich miasta. Błyskawicznie, zmienił się język rozmowy na polski, a temat padł na Tychy i okolicę. Także okolica się zmieniła, gdy okazało się, że jesteśmy już na drodze na Drezno, nie ma jednak stacji benzynowej. Berlińscy tyszanie odjechali, a my zostaliśmy ponownie pośrodku niczego, na nieużywanym zjeździe na autostradę. Scenariusz przewidywalny: stojąc na wysepce rozdzielającej pasy jezdni wyobrażamy sobie siebie jak rozbitków na bezludnej wyspie. Zanim przejechał pierwszy samochód zdążyliśmy urządzić sobie piknik, narysować kilka bezludnych wysp, spalić ostatnie papierosy i wypić zapas wody. Szczęśliwie, i tutaj znalazła się podwózka. Kobieta jadąca do Bautzen włączyła radio i klimatyzację, tym samym fundując naszej trójce symultaniczną drzemkę. Obudziłam się 2000m przed Dreznem, Alexa obudziłam 1000m, na końcu Claire, zdziwioną, że zaczęło padać, jakbyśmy znaleźli się w kompletnie innym świecie. I tak na boso, w deszczu i w trójkę, przemierzyliśmy drogę powrotną w pięć godzin. W pięciu godzinach upchnęliśmy zwiedzanie Frankfurtu, piknik na bezludnej wyspie i szereg autostopowych historii, więcej się nie da.