środa, 24 października 2012

8. Permakultur

Po tygodniu mieszkania w Dreźnie zrealizowałam czwarty i szósty podpunkt swojej listy 'things to do'. Odnalazłam swoją miejscówkę do działania i zarazem inspirację do tworzenia. Z okazji festiwalu Umundu, który obecnie się odbywa w mieście, a dotyczy świadomej konsumpcji, odnalazłam swoje miejsce w warsztacie Freiraum Ebtal. Warsztat-squat mieszczący się nad Łabą, to gigantyczny self-made'owy teren, gdzie każda kreatywna osoba może stworzyć coś swojego nie płacąc za atelier czy narzędzia. Przy okazji festiwalu Ebtal squat był otwarty dla wszystkich, można było zerknąć do tutejszej huty, stolarni, zbudować sobie instrument muzyczny, stworzyć swoją biżuterię, maskotkę, ciuch albo po prostu posiedzieć i napić się młodego wina. Od razu zaznaczam, że miejscówie i jej twórcom przyświeca idea upcyklingu, więc wszystkie warsztaty odbywały się w duchu przetwarzania odpadów i dawania śmieciom drugiego życia. Biżuteria? Z sprzętu elektronicznego, patrzę jak nastolatki robią sobie kolczyki z klawiszy klawiatury. Kawałek za nimi, przy długim stole siedzi kilku sympatycznych młodzieńców i konstruują z przeróżnych gadżetów instrumenty muzyczne.  Wychodzę z wysokiej hali i schodami w dół trafiam do pracowni malarskiej z barem. Dwóch zajawkowiczy tworzy szablony, zza klimatycznego baru dudni punk. Idąc dalej, przez podwórkowe warsztaty szycia dla dzieci, trafiam do świetnie urządzonej stodoły, w której mieści się kolejny bar i stolarnia. Kilka osób buduje właśnie meble według swoich wizji ze zgromadzonych ze śmietników desek i europalet. Dołączam się do organizatorki festiwalu i pomagam jej budować ławkę, prezent dla przyjaciółki. Dziewczyna obok, tworzy samodzielnie wymyślny regał, tamten facet właśnie szlifuje swój stołek barowy... wszyscy pożyczają sobie narzędzia, doradzają. Barman-opiekun warsztatów uczy mnie szybko jak obsługiwać przycinarkę do drewna i przy okazji mówi mi, że mogę tu przyjść każdego dnia. - Po co kupować meble, skoro można sobie je zbudować według swojej wizji mając przy tym dużo frajdy i nauki. Teraz budujesz ławkę i uczysz się jak używać narzędzi, ale założę się, że za kilka dni przyjdziesz tutaj zbudować sobie sztalugę.
Nie przeczę... Zza wysokiego żywopłotu widać starych ludzi spacerujących wzdłuż rzeki. Siedzimy sobie Anna-Leną na zbudowanej ze śmieci werandzie, na naszej ławce, pijemy młode wino i obserwujemy ten niedzielny spacer.
Do tego miejsca należy także galeria, reprezentująca ideę upcyklingu w dwóch skromnych pokojach. Dywany z klawiatur opowiadają historię wysypisk elektronicznych śmieci w Afryce, gigantyczne ciucho-zasłony wyśmiewają nasze szafowe zbiory, a wizualizacje przedstawiają nieustanny ruch w fastfoodach. Ebtal namawia do świadomej konsumpcji i każe się zastanowić nad naszymi własnymi potrzebami. W galeryjnej szafie wiszą ubrania znalezione na śmietnikach, wyglądające dobrze i schludnie z metkami: "czy naprawdę potrzebujesz kolejnego ciucha?".
Zastanawia mnie jedynie, że ludzie, którzy przyszli na wystawę boją się korzystać z "dizajnerskich" pomysłów meblarskich i jakoś nikt nie chce siedzieć w tej wygodnej, przyciętej "na sofę" wannie...

Trafiam także na alterglobalistyczne spotkanie, wykład o permakulturze. Zgromadzeni spoko trzydziestoosobową grupę po kolei przedstawiamy się, będziemy przez cały dzień razem rozmawiać o ekologicznym życiu. Nawet się denerwuje faktem, że będę grupową rodzynką, bo zaraz jako jedyna przedstawię się po angielsku, ale ostatecznie obraca się to na moją korzyść:
-cześć wszystkim, nazywam się Marysia. Jestem z Polski. Nie mówię za dobrze po niemiecku, więc ten wykład traktuję jako lekcję poglądowo-lingwistyczną. Zajmuję się sztuką, a do swoich pracy wykorzystuję przedmioty znalezione na ulicy. Organizuję także warsztaty DIY. W Polsce permakultura nie jest mocno rozwinięta, dlatego cieszę się, że mogę się od was czegoś dzisiaj nauczyć.
Wszyscy się do mnie uśmiechają, 30 osób zapamiętało moje imię i przez cały dzień każdy będzie mi pomagał albo coś tłumaczył. Zwłaszcza przystojny, hipisoidalny wykładowca...
Permakultur to ruch który opiera się na wzajemnej pomocy, sobie i naturze. Dbaj o ludzi, dbaj o ziemię, dziel się tym, co masz, żyj w zgodzie z naturą. W skrócie, bądź dobrym człowiekiem. Po zapoznaniu, krótkim wykładzie, przyrządzamy sobie w knajpie wspólny posiłek z warzyw, które mieszkańcy Neustadt uprawiają we wspólnych ogródkach, garden-projects, powstających coraz częściej na pustych parcelach lub niezaanektowanych podwórkach-skwerkach. Zbiorowo dbają o rośliny i wykorzystują je. Cała grupa jest mocno wkręcona w takie akcje, chyba każdy mieszczuch ma prędzej czy później potrzebę wyhodowania własnego pomidora.
Z dnia na dzień mam mocniejsze uczucia przynależności do kultury jaka utworzyła się w Neustadt. Odnalazłam alter-grupę otwartą na ludzi, czego bardzo brakowało mi w Polsce... Ale jest druga strona. Dopóki nie mówię po niemiecku, mogę sobie przynależeć do swojej własnej jednoosobowej grupy poglądowej, ousidera auslandera.

sobota, 20 października 2012

5, Poranna Lampa.

Uliczny nomad w nowym mieście najlepiej się czuję wieczorami, w weekendy. Na przykład w taki piątkowy wieczór, miejscówki, które w dzień są zamknięte zapraszają w nocy na najróżniejsze wydarzenia, na eksplorację. Miejscówki, które w dzień świecą pustkami, a wieczorami są zapełnione, kuszą każdego nomada, pragnącego anonimowo poczuć atmosferę nowego terenu. Wybieram się z Sebastianem i Tobim na spacer i zapoznaję się z drezdeńskimi barami. Na scenie jednego z nich, pięciu smutnych chłopców w identycznych przydługich, krótkich włosach gra niesamowicie długą, nijaką piosenkę. A może to różne kilkominutowe utwory, to nieistotne. Tak naprawdę to występ solisty, gitarzysty-wokalisty, jedynego z grupy wspierających go nieśmiało muzyków, który przejawia krztynę charyzmy. Publiczność siedzi po turecku pod sceną rozmyślając o smutnych mężczyznach grających nijakiego rocka. Basista nieśmiało proponuje, polubcie nas na facebooku. Gdy zespół schodzi ze sceny, a lider zaczyna grać swoje utwory solo, atmosfera w ogóle się nie zmienia, za to pojawia się wyśmienita okazja do opuszczenia "sali koncertowej".
Mimo nijakiego koncertu, bardzo podoba mi się ta knajpa, jej wystrój i atmosfera kojarzy mi się z działkowymi altanami zwykle urządzonymi w zbędne meble, nie wyrzucone po remoncie prl-owskiego mieszkania. Za barem mają Lecha, więc jeśliby się uprzeć, wszędzie można znaleźć polski akcent.
Opuszczamy bar szybko i ruszamy w inny zakątek Neustadt.
- Może będzie jakiś koncert w Niebieskiej Fabryce? Byłam tam dzisiaj, zakradłam się do kilku pracowni, żeby nawiązać jakieś kontakty, ale nikogo tam nie było... Chodźmy tam teraz! - namawiam chłopaków, na co chętnie przystają.
Po drodze znajdujemy na ulicy wyrzuconą, "działkową" sofę, siadamy na niej i zastanawiamy się czy możemy z nią albo z niej coś zrobić lub zostawić ją w bardziej sprzyjającym miejscu. Sofa jest na kółkach, więc szybko służy mi jako taksówka do Niebieskiej Fabryki. Jest dość topornym środkiem transportu, do tego napęd na dwóch mężczyzn jest kapryśny, więc porzucamy ją kilkanaście metrów dalej, nie dając jej szansy na pozostanie autem na zawsze. W Fabryce koncert się skończył, ale weszliśmy do środka, by obejrzeć odjazdowe wnętrze! Zdaje się, że całe podwórko zostało zaanektowane przez podstarzałych hipisów artystów, żyjących tu sobie w małej komunie przy okazji organizując wydarzenia kulturalne dla mieszkańców dzielnicy. Ascetyczne, przestrzenne wnętrze na pierwszym piętrze pozwala zauważać każdy mały detal artystyczny. Trudno nie zwrócić uwagi na wielkoformatowy abstrakcyjny obraz za sceną i trudno się naiwnie nie zachwycić malunkami na kiblu czy umywalce. Najbardziej bombowa jest jednak muza! Gdzieś z pomieszczenia pod nami dobiega jazzowe jam session, hermetyczne zamknięte w pracowni malarskiej do której rano się zakradłam. Teraz jest przed nami zamknięta, więc siedzimy cichutko na dworze słuchając artystycznej bibki w garażu-pracowni. I siedzimy na płytkach chodnikowych z wyrzeźbionymi na nich małymi twarzami...
Trafiamy jeszcze na wernisaż w małym lokalu po sklepie. W środku może dziesięć osób, na zewnątrz, z browarami i papierosami chyba dziesięć razy tyle! Zakręcamy się na moment, każdy pogrążony w swoim small-talk'u, oglądam wystawę portretów bez twarzy i zastygam przy nich w zachwycie. Bo właściwie, skoro artysta nie radzi sobie z malowaniem ludzkich twarzy, dlaczego i tak nie miałby namalować szeregu portretów? Twarzy na płótnach nie ma albo są rozmazane albo wystrzelone w kosmos albo jeszcze coś innego. Kupuję ten pomysł (a może swoją interpretację), Tobi nie, kupuje za to kebaba obok i namawia tureckiego kebabmastera, by podzielił go na trzy części. Po chwili zapominamy o sztuce, bo siedzimy w witrynie sklepowej jedząc nasze nano-kebaby.
- cześć, jestem Christina, idziecie gdzieś na imprezę? - zaczepia nas dziewczyna w kurtce w szkocką kratkę, chociaż pytanie i wzrok kieruje do Sebastiana.
- jesteś street nomadem? Coś nam proponujesz? - pyta Seb.
- Street nomad? A Kto to? Co planujecie, idziecie gdzieś może? Bo ja chciałabym gdzieś pójść dalej, a nie do domu, chociaż muszę jutro wstać rano i kupić lampę... - dziewczyna zdecydowanie próbuję nas, jego namówić na dalsze zeznania, ale chyba jeszcze nie nabrała do końca śmiałości. Czy poranna lampa jest wymówką na wypadek naszej odmowy?
- My czekamy na autobus do Nowej Zelandii, możesz poczekać z nami - odpowiadam absurd, bo jeden już zwęszyłam, za to Sebastian go kontynuuje - jeśli miałabyś pojechać jutro do Nowej Zelandii a kupić lampę..., zastanów się nad tym
- chyba jednak lampa z pchlego targu.
- no to powodzenia uliczny nomadzie, odpowiadamy chórem.
Wcale jej nie spławiliśmy. Każdy z nas poczuł epilog wieczoru wraz z kebabem.

- Jak się tu czujesz? - pyta Seb przed domem
- samotna. Ale w dobrym sensie. Mam czas na swoje prywatne eksploracje, medytacje. Ale jestem tu samotna językowo, mimo że wszyscy mówią po angielsku i są otwarci. Krótkie rozmowy mają krótki termin przydatności, bo angielski sprawia, że wszyscy traktują mnie jak turystkę.
- Wszystko przyjdzie z czasem, a każdy dzień daje nową lekcję. 
- Nie inaczej.

środa, 17 października 2012

2, Herzsutra.

Zatrzymałam się w pakamerze Sebastiana. Trudno chyba o lepszą definicję tego mieszkania, tak jak łatwiej opisać czego tu nie ma, niż wymienić cały egzotyczny skład posiadłości. O, mam lepszą definicję, świątynia upcyklingu... Wszystkie przedmioty, meble pochodzą z najróżniejszych wykopalisk śmietnikowo-miejskich, z pchlich targów, wszystko ma swoją historię (nawet ta gigantyczna butelka po 3-litrowym szampanie, z której wczoraj zrobiliśmy lampę). W wolnym czasie powstają tu najróżniejsze konstrukcje ze znalezionego na budowach drewna, tak jak antresola, która jest moim pokojem zastępczym. I tonie w lampach, święcących gwiazdach i najróżniejszych błyskotkach. Stąd mogę bezpiecznie podglądać, co się dzieje, a gdy włączę pełne oświetlenie cały hol wygląda jak w przeddzień świąt. Ta miejscówa jest dla mnie od kilku lat  sercem Neustadt. Zawiera mnóstwo historii i zawsze przyciąga hipisoidalne postaci... 
Gdy przyjeżdżam jest tu tylko Liane, która właśnie się przeprowadziła, podglądam więc jak przekształca swój pokój. Zamiast lampy, która zwykle zwisa z centralnego punktu sufitu, patrzę na dyndający bukiet ziół, tybetańskie zawieszki nad oknami, zdjęcia, błyskotki na obdartych z farby ścianach. 
Wychodzę zapoznać się z sąsiadami i po kilku minutach małej konwersacji zapraszają mnie na zajęcia medytacji, które za chwilę się rozpoczynają. Odciągam więc Liane od porządków, zabieram ją na lekcje zen na poddaszu (do mieszkania o najpiękniejszych podłogach świata). Uśmiechnięty sąsiad zabiera nas do pokoju medytacji, z ołtarzem buddyjskim i poduchami. Tłumaczy po angielsku rytuały, których musimy się trzymać przez najbliższe półtorej godziny i jak nie zrobić z siebie głupka podczas zajęć. 
Siedzimy więc w ósemkę w przestrzennym pokoju o pięknych podłogach, wdychamy kadzidła i rozpoczynamy medytację. Najpierw śpiewy... Z koreańskim tekstem na wysokości splotu słonecznego, zdezorientowana, rozglądam się na pełną powagi resztę uczestników. Dwóch gości w szarych szatach zaczyna śpiewać, trzeci, odpowiedzialny za ołtarz i dźwięk, daje rytmiczne sygnały do kłaniania się i klękania. Wszyscy zaczynają śpiewać mantrę po koreańsku, kłaniać się rytmicznie na sygnał. Trudno mi zachować powagę w tak dziwacznym momencie, jasne, jestem specjalistką od koreańskich mantr i ukłonów. Gubię się w tekście dwieście razy, nie ogarniam melodii, ale wkręcam się w rytuał z gracją godną powieści Vonneguta. Następna mantra to Sutra Serca. Po niemiecku... mam więc idealną pierwszą lekcję języka, do tego śpiewaną (moja dobra karma umarła już ze śmiechu i osiągnęła nirwanę). Po śpiewach następuje medytacja osobista. Siadasz w wygodnej, ale określonej pewnymi normami pozycji i przez godzinę, z małą przerwą, skupiasz się na tym, kim jesteś. Patrzę w najpiękniejszą podłogę na świecie, oddycham i szukam swoich wcieleń. Co się składa na to cudne dziecko postmodernizmu? Jestem faraonem, rybakiem, dwórką, moskiewskim psem, kolegą poprzedniego psiego wcielenia Hugo-Badera, jestem niewolnikiem, Buddą, dadaistą, piekarzem... nie wiem. Mija godzina, nie mam zielonego pojęcia kim jestem. Mówię to mistrzowi po ceremonii, odpowiada mi, dobrze. Od "nie wiem" zaczyna się cała zabawa. 
W takim razie, nie mam pytań, muszę przemyśleć czy ostatnie dwie godziny były raczej dziwne czy mistyczne. Schodzę do pakamery.... gdzie czeka na mnie impreza! Moi przyszli współlokatorzy i zarazem cudowny tercet znajomych, przyszli przekonać się na własne oczy, czy dotarłam do Drezna. Jakob, Hannes, Jena i karton wina przywiezionego z winobrania. Sebastian wraca z uczelni, zdziwiony tak samo jak ja, samozwańczą imprezą w jego domu, i tylko się uśmiecha tym swoim uśmiechem obdarowującym wszystkim ciepłem na całą zimę. Wraz z tym uśmiechem za chwilę zaproszę na imprezę mnichów z poddasza i gdy piją z nami wino, od razu zapominam o koreańskich tańcach. 

A co można robić przez cały dzień w nowym miejscu? Uruchamiam z rana swój zmysł uliczny, biorę szkicownik i wychodzę z domu rysować swoją mapę miasta. Zaglądam w bramy, zakamarki, wchodzę wszędzie, gdzie mi rozkaże moja wskrzeszona po wczoraj karma. Trafiłam do biura alterglobalistycznego festiwalu, który odbywa się za kilka dni i proponuję uśmiechniętym dziewczynom za laptopami swoją pomoc. Oczywiście, że się zgadzają, potrzebują przecież kogoś, kto zrobi scenografię na finałową imprezę. Tak się składa, że mam kilka pomysłów i od razu wkręcam się w klimat, bo cały festiwal wspiera ideę Upcycle i DIY, lepiej nie mogłam trafić. Umawiam się z dziewczynami, przy okazji dowiaduję się, że z okazji festiwalu będzie dużo warsztatów DIY, flashmob silent disco i masę innych akcji. Moja mapa Drezna nabiera już pewne kształty. 
Korzystam z dobrej pogody podglądając ludzi w parku. Pełno samotnych, kolorowych lasek, zupełnie jak ja przysiadło w trawie z książkami, kawami i innymi papierosami. Samotne na zielonym trawniku drzewo straciło już wszystkie liście, więc widać szczegółowo piękne tatuaże na plecach kolesi, którzy się na nie wspięli. Grupki sportowo rekreacyjne na tym samym trawniku są ciekawą odmianą po polskim parku śmierdzącym rozlanym browarem i melanżem petów i łusek słonecznika pod ławkami. Jestem jednozdaniowym hejterem.
Wracam do domu tylko po to, by dać się porwać Sebastianowi i Liane na kolejny spacer. A ponieważ postanowili mi robić fiszki niemieckie oklejając wszystkie domowe przedmioty, proponuję im, żeby wyciągnąć ten pomysł na miasto... Pomysł się przyjął, więc nasz tercet lingwistyczny, zabierając z domu wszelkie markery i taśmy ruszył tagować świat (swoją drogą, Sebastian ma marzenie tworzyć street art, więc idealnie się składa). Oklejamy witryny sklepowe, samochody, znaki, śmietniki, knajpki, buty ulicznych komendantów melanżu, wszystkie fiszki są polsko-niemieckie (jakby ktoś również zapragnął nauczyć się na ulicy kilku przydatnych wyrazów po polsku). Tworzymy jeszcze spontaniczną rzeźbę ze znalezionych na ulicy przedmiotów i wracamy do domu. 
Przed snem powtórzę Herzsutrę, mówię sobie. 
A może w przyszłym wcieleniu?

wtorek, 16 października 2012

0

Trudno mi powiedzieć jak długo trwała moja przeprowadzka do Drezna (i czy przypadkiem nadal nie jest w toku). Powtarzam sobie i różnej grupie odbiorców od około dwóch lat, że kiedyś przeprowadzę się do Drezna ( i prawdopodobnie nikt tego nie brał na serio aż do tej pory). Spakowałam swój dom w plecak i walizkę i zaczęłam wprowadzać plan przenoszenia swojego życia gdzie indziej. Autostopem. Robiąc po drodze przystanki, odwiedziny. Wyjeżdżając na wylotówkę Wrocławia sprawiało mi nieco dziwną przyjemność przedostawanie się przez centrum miasta ze świadomością, że mam przy sobie Wszystkie Swoje Rzeczy. Mogłabym się tu i teraz przeprowadzić, zostać. Rozpakować swoją walizkę na wrocławskim rynku na przykład albo jakimś pięknym zakątku (w walizce jest moja sztuka) i stworzyć swoją plenerową pracownię tu i teraz. Wyciągnąć sukienkę z plecaka-szafy, dostosować strój do sytuacji, choć tak naprawdę nie mam ani jednej sukienki. Bezdomne myśli chodzą mi po głowie, tak samo jak ta, że pragnę szybko złapać kurs autostopowy, najlepiej od razu od Neustadt, drezdeńskiego centrum studentów, hippisów i kolorowych ptaków. Docieram na Bielany, muszę przejść obładowana jeszcze ten trawnik, tam dalej jest stacja benzynowa na zjeździe na autostradę. Ludzie z przystanku autobusowego pod wielkim supermarketem mogą zaobserwować jak oddalam się ze swoim Domem w absurdalnym dla nich kierunku. Staję przed stacją o rozpoczynam czary - pokazuje samochodom swój magiczny palec - i zatrzymuję samochód po kilku minutach. 
- Dortmund? 
- Drezno? 
- wskakuj. 
Mówisz i masz, jadę zmęczoną skodą oktawią tam, gdzie chce. Kierowca, poważny koleś w średnim wieku, o twarzy, której nie zapamiętałabym po stu spojrzeniach, opowiada mi o swojej pracy w Monachium, żonie we Włocławku, blokach, działkach, pracy i zarobkach. Takie spojrzenie na życie w schematach. Jeżdżę do pracy zbyt daleko od domu, żeby nie myśleć o przeprowadzce, ale żona nie chce, bo nie lubi, nie lubi języka, więc ja do niej jeżdżę, wracam co dwa tygodnie. Fajki sobie kupię po drodze, na zapas, i wieczorem już jestem. Praca w fabryce w kosmopolitycznym tyglu mężczyzn, co bez pomysłu na życie, wyjeżdżają za pracą.
- Miałem kiedyś działkę, ale musiałem ją sprzedać, bo żona nie chciała tam chodzić. A jak ja chodziłem, to raz na miesiąc, trzeba było wyplewić te całe chaszcze, dwa dni tyry na działce, a żona dre morde, że mnie w domu nie ma. To sprzedałem działkę... z działką budowlaną było tak samo, teraz w bloku mieszkam (i się wyspać nie mogę kurna, normalnie źle się czuję tam, no wiesz)
Dresden Zentrum, skręcamy z autostrady, nawiguję kierowcę jak GPS, skoda skręca w skupisko wysokich, starych kamienic. Dziękuję pięknie, zabieram swój przenośny dom, jestem na miejscu. Siadam na pierwszej napotkanej ławce, pod alternatywną knajpą Ostpol urządzoną w domku jednorodzinnych i odpalam papierosa. Palę fajkę na wschodnim biegunie i znowu mam nieodpartą pokusę bezdomnego, zostawić tu swój Dom jak jakąś instalację. Obserwuję ludzi na ulicy, przechodzących w lekkim oddaleniu, a za chwilę pójdę na znaną mi ulicę, główną ulicę Neustadt i zapukam do drzwi Sebastiana. Rozpoczynam swój pierwszy dzień w nowym mieście...