sobota, 17 sierpnia 2013

170 na blacie i szalony śmiech

W tym tygodniu postanowiłam sprawdzić czy pewna autostopowa teza jest prawdziwa.
Hitch-hiking with fixed time schedule doesn't work, no właśnie, czy autostop jest dobrym środkiem lokomocji, jeśli chcesz gdzieś dojechać na spotkanie?
Do tej pory próbowałam kilka razy dojechać na wykład, otwarcie wystawy, zajęcia z jogi, z czego jedynie na te ostatnie udało mi się zdążyć co do minuty. Tym razem, termin godzina 14, miejsce spotkania oddalone jedynie o 112 kilometrów od Drezna. Wyruszyłam z domu o 10 i nie spodziewałam się, że zgubię się w mieście. Tramwaj się zepsuł, trzeba było wrócić, czekać na kolejny i tym sposobem swoją tabliczkę autostopową wyciągnęłam dopiero o 12.

*2 godziny i 112 km do spotkania
 Po 20 minutach zatrzymuje się sympatyczny staruszek, oferujący mi podwózkę do Riesy, miejscowości położonej w połowie drogi. Nie miałam mapy i choć nie znałam trasy, wsiadłam zestresowana do samochodu. Kierowca opowiedział mi, że jego córka mieszkająca w Anglii spodziewa się pierwszego dziecka, może dzisiaj, może jutro rodzi. A on spodziewa się, że jak wróci do domu, żona zabukuje loty do Londynu. Z każdym kilometrem moje szanse na dostanie się na czas do Lipska maleją, dziadek bowiem pojechał drogą regionalną, nie zaś szybką autostradą, dającą mi możliwość dostania się do miasta w 40 minut. Tym sposobem ....
* 1 godzina, 65 km do spotkania
... a ja stoję na zadupiu krajobrazowej drogi i spoglądam na lokalne rejestracje. Nie pozbywam się uśmiechu, za to złudzenia chowam do kieszeni i dzwonię do pana, z którym zamierzam się spotkać za godzinę, że nic z tego. Okazuje się, że to nie problem, poczeka jak trzeba. Nie uspokaja mnie to jednak, bo stoję na poboczu przez najbliższą godzinę i zbiera się na burzę. W ostatniej chwili ratuje mnie księgowa, jadąca po córkę do przedszkola. Podwozi mnie pod autostradę. Jej samochód stał się idealną parasolką na przelotną burzę. Gdy wychodząc z samochodu, dziękuję jej, już nie pada.
* 50 km do spotkania
Tirem na autostradę, na stację benzynową, skąd zabiera mnie dwóch pracowników budowlanych z Rumunii, a wygląd samochodu mnie totalnie zniechęca. Przeszło mi przez myśl, by nie wsiadać do auta z tymi gośćmi, ale idea, że wyląduje w centrum Lipska przeważyła nad zdrowym rozsądkiem, a raczej uprzedzeniami. Goście okazali się jednak w porządku, porozmawialiśmy chwilę i posłuchaliśmy rumuńskiego disco-polo. Kierowca podwiózł mnie pod sam browar Sternburg w Lipsku, tym samym odstawiając mnie bezpośrednio pod miejsce spotkania.
Tak oto, dwie godziny za późno, przyjechałam na spotkanie o pierwsze artystyczne zlecenie w swojej karierze. Street art dla piwnego koncernu.

112 km w 4 godziny to chyba maksymalny czas podyktowany fatum jakim jest PLAN. Autostopu nie planuje się, to najbardziej wolny i nieprzewidywalny środek transportu. Moją teorię udowadnia mój powrót, jeszcze tego samego dnia. Znowu, tuż przed deszczem, zatrzymał się transport w stronę Drezna. Tym razem autostradą, tym razem z dwoma zakonnicami z Bautzen. Bardzo roześmiane kobiety, każde moje zdanie traktowały lekko pijacką salwą śmiechu, za to niesamowicie szczerą i naturalną. Zakonnica za kierownicą pruła jak szalona, 170 na blacie i szalony śmiech. Po 40 minutach byłam już w dzielnicy Szczupaka, maszerując do domu z torbą wypełnioną darmowym piwem od sponsora.

wtorek, 6 sierpnia 2013

na brudasa, bez pieniędzy, autostopem

Dzisiaj będzie o wieloosobowym autostopie. Moją ulubioną formą podróżowania jest autostop samotny, już pisałam nie raz, że cieszy mnie egoistyczna rozmowa z kierowcą, a czasami nawet kontynuowanie jednego tematu podczas kilku różnych podwózek. Nie znaczy to jednak, że rygorystycznie podróżuję sama. Para chłopak-dziewczyna uchodzi za najbezpieczniejszą relację towarzyską, ale też autostopową. Większość kierowców powie, że zaufanie do pary autostopowej jest dość wysokie (choć wszyscy kierowcy, bez wyjątku przyznają, że samotna dziewczyna ma najłatwiej). Dwie dziewczyny też mogą szybko liczyć na podwózkę, choć w moim przypadku, za każdym razem, gdy podróżuję z koleżankami, spotykamy się z masą dwuznacznych propozycji. Jedna z moich towarzyszek podróży uciekła z tira w środku nocy, gdyż dręczyły ją przeraźliwe koszmary dotyczące kierowcy. Kierowca spał grzecznie na łóżku pod nami i chyba się nawet nie zorientował, że opuszczamy jego samochód. Niemniej jednak, zarówno kierowcy i autostopowicze zgodni są co do jednego - podróżowanie w większym zespole nie działa. Czyżby?

Trójka to taki idealny wakacyjny zestaw autostopowiczów, widzisz trójkę dzieciaków z wystawionymi do góry kciukami i możesz być pewien, że jadą na szalone wakacje czy  festiwal. Przemierzyłam w trójkę Francję z północy na południe, właśnie z takim celem podróży, choć zaczęliśmy przygodę wagabundy w Belgii jako kwintet. A i w piątkę z bagażami złapaliśmy okazję. Dodam jeszcze, że noc była i zadupie straszne.
Ostatnio podróżowałam z dwoma osobami. Cel wymarzony: Woodstock. Towarzysze: Claire, artystka z Nowego Jorku i Alex, ikona hipsterstwa i mój współlokator. Zabranie Claire na Woodstock było czystą przyjemnością. Inspirująca artystka, rysująca komiks o swoim eurotripie w zabójczym tempie. Zanim skończysz z nią jedną rozmowę, wszystko jest już na papierze przedstawione w dowcipny i inteligentny sposób. Nie ma lepszego miejsca do odwiedzenia podczas Eurotripu jak Woodstock, festiwal przebija zbiory Luwru, wjazd na Eiffela i spaghetti we Włoszech razem wzięte. Dla Claire był to pierwszy festiwal muzyczny w życiu i pierwszy autostop.
Ruszyliśmy z Drezna i pierwszą okazję, podwózkę do Berlina złapaliśmy w 20 minut. Na przystanku przy autostradzie uczyliśmy się tańczyć twista, Alex próbował metody "chowania się", a ostatecznie nasz kierowca zatrzymał się, gdy wszyscy byliśmy na widoku. Bez stresu, poświeciliśmy trochę czasu by zapakować wszystkie swoje bagaże, których właściwie nie było wiele, i ruszylismy. Nasz kierowca również okazał się artystą, multiinstrumentalistą. Pożyczyliśmy od niego kilka małych instrumentów, w tym plastikową gitarę-zabawkę i na 150 km zostaliśmy autostopowym indie-bandem. Najmocniejszym ogniwem zespołu okazała się ośmioletnia córeczka kierowcy, grająca na metalowym gwizdku. Na berlińskiej obwodnicy zatrzymaliśmy się na parkingu i podpytaliśmy kierowców o podwózkę - bez rezultatów. Kierowca podwiózł nas więc na drogę krajową na Kostrzyn, gdzie ze stacji benzynowej pojechaliśmy z innym kierowcą wprost na festiwal. Po drodze zgubiliśmy naszą jedyną karimatę, symboliczną opłatę za czterogodzinną podróż na Woodstock.
*
Z festiwalu wracaliśmy także w stereotypowy sposób. Na brudasa, bez pieniędzy, autostopem. Bez karimaty, w moim przypadku także bez butów, które zgubiłam w czeluściach wioski tyskiej. Rozbiliśmy autostopową kapliczkę przed przejściem granicznym. Mijali nas inni autostopowicze, usłyszałam, że "stoicie w złym miejscu i nikt się wam nie zatrzyma", a także, że "w trójkę nic nie złapiecie". Alex poprosił o przetłumaczenie tych darmowych porad, ale odpowiedziałam mu jedynie, że zaraz coś się zatrzyma. W istocie, pierwszy samochód zatrzymał się po kilku minutach.
- możemy was zabrać do frankfurtu, ale mamy tylko dwa miejsca - powitał nas po niemiecku młody chłopak.
- spokojnie zmieścimy się jakoś, jeśli nam pozwolicie spróbować. - padła odpowiedź Alexa. Pomieściliśmy się i po 30 minutach wylądowaliśmy w centrum Frankfurtu nad Odrą, co za brzydkie miasto. Okazało się dość szybko, że musimy je przestudiować dokładnie, by wydostać się w stronę Berlina. Staruszki z przystanku zarekomendowały wycieczkę tramwajem, na co przystaliśmy chętniej niż na spacer. Na przedmieściach Frankfurtu, pośrodku niczego, poprosiliśmy kierowcę ze stacji benzynowej o podwózkę na autostradę. Tym sposobem, przemieściliśmy się we właściwe miejsce do łapania stopa, a nasz kierowca pojechał na urlop na mazury. Morale się nam podniosły, gdy po 10 minutach zatrzymało się małżeństwo jadące do Berlina. Przepytali nas z Woodstocku i polecili film o Dżemie, bo to w końcu zespół z ich miasta. Błyskawicznie, zmienił się język rozmowy na polski, a temat padł na Tychy i okolicę. Także okolica się zmieniła, gdy okazało się, że jesteśmy już na drodze na Drezno, nie ma jednak stacji benzynowej. Berlińscy tyszanie odjechali, a my zostaliśmy ponownie pośrodku niczego, na nieużywanym zjeździe na autostradę. Scenariusz przewidywalny: stojąc na wysepce rozdzielającej pasy jezdni wyobrażamy sobie siebie jak rozbitków na bezludnej wyspie. Zanim przejechał pierwszy samochód zdążyliśmy urządzić sobie piknik, narysować kilka bezludnych wysp, spalić ostatnie papierosy i wypić zapas wody. Szczęśliwie, i tutaj znalazła się podwózka. Kobieta jadąca do Bautzen włączyła radio i klimatyzację, tym samym fundując naszej trójce symultaniczną drzemkę. Obudziłam się 2000m przed Dreznem, Alexa obudziłam 1000m, na końcu Claire, zdziwioną, że zaczęło padać, jakbyśmy znaleźli się w kompletnie innym świecie. I tak na boso, w deszczu i w trójkę, przemierzyliśmy drogę powrotną w pięć godzin. W pięciu godzinach upchnęliśmy zwiedzanie Frankfurtu, piknik na bezludnej wyspie i szereg autostopowych historii, więcej się nie da.


środa, 3 lipca 2013

moje teorie beethovenowskie

Mieszkam w Dreźnie niecały rok i cały ten czas robię totalne głupoty, prowadząc pretensjonalne, nieszablonowe życie. Po ośmiu miesiącach zaczynam pracę, którą można umiejscowić na wykresie normalności gdzieś, mniej więcej w połowie. W normie. Kilka dni temu śmigałam porsche z księdzem, sprawdzając czy autostrada nr 4 wciąż stoi na właściwym sobie miejscu. Otóż nie, tunel przed Zgorzelcem w remoncie, do końca roku kierowcy objazdowo zwiedzają przygraniczne pipidówy. Zrobiłam sobie wycieczkę po trasie należącej do mojego autostopowego repertuaru, zaś w międzyczasie, w moim niemieckim środowisku, działy się rzeczy, przechodzące moje pojęcie. Gdyby cały tort różnorakich historii ułożyć obok siebie warstwa po warstwie, a najlepiej zmieścić na jednym talerzu, okazałoby się, że moi znajomi bawią się beze mnie na festiwalu Fusion, gdzieś za Berlinem, ja wiozę im ponownie zepsuty komputer, a podwozi mnie pracodawczyni, mówiąca, że staż jest od jutra i zawracamy. Komputer umarł, zlecenie przepadło, podobnie jak festiwal, a mail, że czas się stawić do pracy nie został przeczytany. Podobnie jak nieodebrany telefon, wibrujący na biurku daleko poza moim zasięgiem.

- Jestem Bogdan. Możesz mnie znaleźć na naszej klasie, mam 34 znajomych. Używasz naszej klasy? - przedstawił mi się kierowca porsche. Zabrał mnie ze środka autostrady na granicach dwóch państw. Pracuje w Niemczech i włada trzema parafiami, lubi szybkie samochody i boi się polskiej drogówki. - Tu w kieszeni mam przygotowane na mandaty, widzisz, nawet nie zauważyłem że jedziemy dwieście.
Podczas, gdy ksiądz Bogdan opowiada mi o swoim mandaciarskim lęku i życiu polskiego kleryka poza granicami kraju, wyobrażam sobie cudnie stereotypowy obrazek: ksiądz w porszaku na polskiej drodze z pewnością ową drogówkę ucieszy. Zwłaszcza jak przyzna się do profesji. Wracając do rozmowy, Bogdan opowiada mi o zaletach podróżowania z koloratką. - Gdziekolwiek nie pojadę, zawsze mam nocleg, parafia, plebania, wszędzie przenocują, nakarmią. To taka sieć, pan Jezus wiedział co robi. Rozmowę snujemy oboje kaznodziejskim, wolnym tonem, jadąc super szybko samochodem.
- cześć, jestem Marysia, dziękuję za podwózkę. - mówię do następnego kierowcy
- jesteś z Polski? Dziwnie mówisz, z akcentem - odpowiada Czajkowski, choć nie Piotr, mój kierowca.
- no bez przesady! Jasne, że jestem z Polski, zaraz się opamiętam z tym akcentem.
Jedziemy sobie z nie-Piotrem w tą samą lokalizację i douczamy się z kompletnie niepokrewnych nam dziedzin. Wymieniłam nad wyraz użyteczny wykład o symfoniach Beethovena na streszczenie książki Lema, mały wykład o Einsteinie i fizyce kwantowej. Za grosz nie zrozumiałam ostatniego, ale nie wątpię, że moje teorie beethovenowskie były całkiem klarowne i zapamiętywalne. Pojawia się i wizja utopii, tuż obok kawy na stacji benzynowej, zagraniczny żywot polaka sąsiaduje z energią kinetyczną. Nie-Piotr cieszy się, że porozmawiał sobie po polsku, ja również.
- Jak to mówią 'express yourself" działa najlepiej we własnym języku - mówi kierowca, i tak się rozstajemy. Z pewnością, w innym języku z fizyki kwantowej też nie wiele bym wyniosła. Może w obrazkach?

Od jutra porozmawiam tylko po niemiecku, i to służbowo. Pytanie tylko jak długo, w końcu zamiast robić staż od kilku dni, dopiero co wróciłam ze swojego autostopowego trójkąta bermudzkiego. A może wcale nie jest mi dane pracować w określonych godzinach czasowych, jedynie pretensjonalnie ostrzyć wierzchołki trójkąta bermudzkiego, rysując tu i ówdzie jego mapę.

sobota, 25 maja 2013

smaczna sztuka

Gdy świeci słońce, rozrywka i rekreacja jest błaha, spontaniczna i wszystko dzieje się jak należy. Weekendowe wycieczki rowerowe wzdłuż Łaby to okazja do przesłuchania konceptualnego kwintetu na rzężące rowery i przerdzewiałe łańcuchy. A także wymówka, by pierwszy raz w roku wykąpać się w strumieniu wpływającym do rzeki. Tereny wzdłuż Łaby są w weekendy zakorkowane jak Zakopianka. Rolkarze, odpicowane dziewczyny na spacerze z pieskami, rowerzyści we wszystkich kategoriach wiekowych, wszyscy w spacerowym tempie jadą lub idą w stronę granicy z Czechami lub Starego Miasta Drezna. Następną niedzielę jesteśmy już mądrzejsi o to doświadczenie wycieczki rowerowej w korkach i zamiast powolnych 60 km na dwóch kółkach wybieramy mniej konwencjonalny wariant. Alex dogrzebał się do sponiewieranego pontonu, znaleziska ze strychu, Sasha zaopatrzył nas w czapkę kapitańską, a Erwin w pagaj. Ponton miał więcej dziur i pasażerów, niż zapisane było w instrukcji obsługi. Czteroosobowym składem wzięliśmy nasze nieszczęsne artefakty i zanim wsiedliśmy do tramwaju, mającego nas zawieść na koniec miasta (gdzie postanowiliśmy zwodować nasz jacht), zaopatrzyliśmy się w prowiant w jedynym otwartym w niedziele sklepie, monopolowym. Załatanie i napompowanie łodzi zajęło nam mniej więcej tyle, co spożycie większej części naszego prowiantu, ale wszystko szło zgodnie z planem. Wprowadziliśmy szalony pomysł w życie, łódka dostała nazwę wypisaną na burtach markerem i tak oto popłynęliśmy do domu. Oglądając się na zakorkowane rowerzystami alejki, płynęliśmy na białym pontonie wraz z prądem rzeki, prosto do domu. Zatrzymała nas nawet policja, Frieder jako osoba w kapitańskiej czapce, odbył test alkomatem, stróże rzeczni zaaprobowali nawet nazwę, skrzętnie udało się też ukryć, że łódka jest dziurawa i ma zbyt wielu pasażerów.

Gdy pada deszcz, rozrywka i rekreacja bywa raczej zaplanowana i udomowiona. W moim przypadku oscyluje między wystawami i koncertami, szkoda tylko, że odkąd mieszkam w domu kultury, jedyny dystans jaki pokonuje między pracownią, a imprezownią to 73 schody... Julia organizuje wystawę, której tematem jest refleksja o tworzeniu sztuki przez młodych artystów. Pojawia się wideo art, który można porównać do scenariusza Małego Księcia, pojawia się także lustrzana fontanna wypełniona wódką. Obowiązkiem piszącej owy tekst, młodej artystki, było raczej przygotowywanie drinków z ogórkiem, których nazwę do tej pory nie wiem jak przetłumaczyć. Wernisaż niespodziewanie zamienił się w potańcówkę, artyści poszli do domów, wielbiciele miejsca zostali i zapełnili przestrzeń tańcem. Fontanna lustrzana szybko została poskromiona.
Na drugi dzień, gdy już poskromiłam refleksję mojego żołądka na temat drinków warzywnych, dowiedziałam się ponownie, że sztuka bywa smaczna (ale to dopiero później). Wiedziałam, że jak pójdę na performance Su Ran to nic nie skumam, bo w tytule miał coś z czytaniem. No ale to w końcu sztuka, mogę ją zrozumieć na swój sposób albo w ogóle sobie darować rozumienie. Asystent artystki czyta referat o floralnych wzorach i balecie, a Su Ran kroi gigantyczny tort i rozdaje widowni talerzyki.
Podczas, gdy u nas w domu transmisja meczu piłki nożnej jest wizualizacją do koncertu Steffena, ja się zastanawiam czemu akurat dzisiaj musi padać deszcz. Bardzo chciałam iść na otwarcie pustostanu na użytek kulturalny, posłuchać koncertów, porysować ludzi i poznać tych, których nie zdążę narysować w piknikowej scenerii. Pytam Alexa dlaczego chujowa pogoda musi blokować mi wycieczkę na lewackie imprezy - to proste - mówi. - Bóg jest kapitalistą.
Internet jest słaby, więc transmisja meczu się zacina. Tercet jazzowy improwizuje i do tego, breakcorowego obrazu, wydobywając z instrumentów muzykę kompletnie do meczu nie przystającą. Ktoś się domaga, by naprawić tą lustrzaną rzeźbę, bo chyba nie działa. Gdy sztuka jest smaczna, ludzie chętniej ją oglądają.
A ja, zamiast wyjść na imprezę, bębnię w klawiaturę, zastanawiając się czy moja wystawa będzie mieć równie sytą popularność.

czwartek, 2 maja 2013

Polak - wersja demo

Niewiele ostatnio piszę. Pewnie dlatego, że odnalazłam swój rytm, swój dryft. Wsiąknęłam w mieszkanie jak gąbka, rzadziej wychodzę, mniej przygód mam. Ale odkrywam naraz dwadzieścia charakterów, studiując cudze zwyczaje i inne punkty widzenia.
Niemniej jednak, miałam dzisiaj dziwne spotkanie z pewnym Warszawiakiem, co dało mi do myślenia, że Polaków spotkać można wszędzie. Od kilku dni działam na festiwalu artystycznym, który zorganizowała alternatywna komuna. Inna ulica, inna część miasta, zupełnie inni ludzie i punkty widzenia. Zadymione wnętrze, alterglobaliści, punki. Chłopak z krastą gotuje artystom posiłki, a za plecami ma wielki baner FOOD NOT BOMBS. Podczas gdy mroczna grupa młodzieżowa tworzy nie pasujące do ich stereotypowego wyglądu murale na klatce schodowej starej kamienicy, ja wdaje się w rozmowy, siedząc w kuchni-barze. Chłopak z rudą brodą przedstawia mi się jako Maciek, nice to meet you, na co odpowiadam mu swojsko PIERDOLISZ?! Ma 26 lat, przyjechał z kolegą grać ulicznego bluesa, choć polskie operowanie stereotypem każe mi go raczej nazwać hipsterem. Za chwilę obśmiejemy te stereotypy, tak samo jak przypadek naszych studiów. Pojechałam po bandzie wybierając kilka lat temu muzykologię jako zawód. Ale spotkanie drugiego muzykologa z Polski, w punkowej miejscówie, rozłożyło mnie na łopatki.
Podróżując po różnych zakątkach świata mogę spokojnie założyć, że rodaka spotkasz w najbardziej nieoczekiwanym miejscu. Przemierzając Saharę pieszo, założyłabym spokojnie, że inny polski pielgrzym wyrośnie mi z diuny. Cudowną nomadkę z Polski spotykam w ekskluzywnym barze w Rabacie, w otoczeniu, co najmniej dziwacznym. Jednorazowa przyjaciółka opowiedziała mi, że przemierza autostopem Afrykę, zbierając materiały muzyczne.
- nie boisz się podróżować sama? - pytam się Kasi.
- co Ty! Dopóki nie spróbowałam, miałam opory przed samotnym podróżowaniem. Ale teraz rzadko decyduje się na towarzysza. Bo jak podróżujesz sama, to ogarniasz wszystko na instynkt, jak zwierze. Nie pytasz chłopaka czy w prawo czy w lewo, czy na kawę czy plażę. - odpowiada. A ja myślę sobie, że chciałabym żyć jej życiem przynajmniej przez chwilę. Taka demonstracyjna wersja życia Kasi, tak jak testuje się gry komputerowe. - Właśnie wracam z Senegalu, ale zajebista wyprawa! Ty w ogóle, skąd się tu wzięłaś?
Odpowiedź jest prosta, taką mozaikę może zapewnić couchsurfing, wyszukiwarka przypadków.
Polskiego podróżnika ze skrajnie innej półki poznaje na jakimś dworcu na południu Francji. Przeczekujemy wspólnie deszcz na lekko opuszczonej stacji. Żulopodobny facet je jabłko i opowiada o swoim motywie na podróż:
- z winobrania do winobrania. Zbieram se jabłka w Hiszpanii albo oliwki. I tak cały sezon, sezon się kończy to idę kiblować. - moja twarz maluje znak zapytania, więc zbieracz kontynuuje. - no widzisz, bo mam taki patent, że jadę na gapę, jak mnie złapią trzy razy to nie płacę kary, to już wykroczenie i idę siedzieć na trzy mechy.
- to po chuj tak podróżujesz? przecież masz siano po tych wszystkich zbiorach?
- w więzieniu wygodnie i dobre żarcie dają. Najlepszy hotel, jak mam inaczej podróżować??
No właśnie...
Bez względu na to, jakich rodaków nie spotykam, spod jakiej gwiazdy, wszystkich ich łączy jedno. Ciekawość świata. Czy to muzykolog na squacie, dziewczyna z dyktafonem w Afryce czy amator więziennictwa. Czy ta dziewczyna, co rysuje mapy w Dreźnie... 

środa, 24 kwietnia 2013

z dachu

Wszyscy już zauważyli, że przyszła wiosna. Precz na dwór, na spacery, na sporty i inne aktywności.
Nie wiem jak się sprawa ma w Polsce, ale ja już zdążyłam zaliczyć całodniową imprezę urodzinową na świeżym powietrzu z profesjonalnym zestawem wypoczynkowo-piknikowo-przeciwdeszczowym. Czyli sofy, jedzenie i alkohol, plandeka rozkładana w deszczu i doborowe towarzystwo. A wszystko na piętrowej platformie placu zabaw. Zabawy dużych dzieci.
Nie spodziewałam się też, że tego samego dnia trafię na imprezę z ogniskiem i zapachem grilla. Otwarcie sezonu plenerowego uświetniła wizyta dwóch poznańskich znawczyń sztuki, których zdziwienie nad profesjonalnym zorganizowaniem powyższych atrakcji było przesympatyczne i permanentne.
A tak własnie niemcy spędzają słoneczne dni. Piknik na wypasie przygotowany na zasadzie "dołóż cegiełkę" i pełen profesjonalizm. Przygotowani na wszelkie warunki atmosferyczne i wszelkie rozrywki. Slaglike obowiązkowy, tak samo jak amatorzy żonglerki. Paletki ping-pongowe i tańce wokół stołu. Muzycy albo sprzęt grający. I tancerze, także improwizujący-teatralni tancerze. I polskie turystki, siedzące z boku, prowadzące obserwacje socjologiczne.

*

Wraz z nadejściem niesamowicie słonecznych dni, odkrywam, że najlepszym miejscem w Kukulida jest dach. Wyjście drabiną na strychu przez ciasne okno, balansowanie po cieniutkim, kilkumetrowym stelażu prowadzi mnie wprost na kawałek płaskiego dachu sąsiedniego budynku. Na nim można usiąść, położyć się, cieszyć słońcem i panoramą miasta. Ciekawe, żółte kominy, ustawione w rzędzie tworzą rytmiczną dekoracje, niby makiet budynków wśród tych dużych rzędów kamienic w tle. Po drugiej stronie ulicy, inna grupa ludzi piknikuje się na dachu (oczywiście w profesjonalnym stylu). Machamy sobie wzajemnie i wymieniamy duże uśmiechy znad przepaści Martin-Luther Strasse, pięciopiętrowego kanionu. Moi współlokatorzy siedzą na podwórku w kole i dyskutują o wolnej przestrzeni, którą mogliby zaadoptować na działania twórcze. Chciałabym brać udział w spotkaniach aktywistów, ale mój mały, polski mózg, nie ogarnia jeszcze wielkiej, niemieckiej polityki. Oglądam ich z góry jak żywą strukturę geometryczną.


*

Na dworze można zorganizować także inne atrakcje. Podczas, gdy w ciągu tygodnia, życie mieszkańców drezdeńskiej ulicy św. Marcina uprzykrzają roboty drogowe, niedziele są świętem ciszy. Wykorzystuje to i swoje warsztaty z kreatywnego recyklingu przenoszę z wielkiego salonu prosto na plac budowy. Sofy lądują między stertami kostki brukowej a wydmą z piasku. Stoliki i krzesła na ulicy i lokatorzy, spijający kawę na balkonie, wymyślający nam wyzwania rzeźb śmieciowych. Frieder konstruuje ramy do obrazów i luster ze starych siatek i gazet, podczas gdy ja wykładam moim dziecinnym niemieckim zasadę składania tetrapaków w portfele. Jak dobrze, że czynności manualne nie wymagają wielkich, obszernych tłumaczeń. Schrere to nożyczki, karton to karton. A później czasowniki składach, wyciąć i tak dalej. Prażymy się na słońcu na niemieckiej, budowlanej pustyni. Po warsztatach okazuje się, że stworzyliśmy kosz portfeli, kilka ciekawych przedmiotów, skakanki, drony ze sprzętu elektronicznego i wyprodukowaliśmy jeszcze więcej śmieci, niż przynieśliśmy ze sobą.



czwartek, 28 marca 2013

św. Krzysztof od kun

Pamiątką z nużącej i długiej podróży po Wielkopolsce jest mały kolaż, wykonany na spontanie z drobiazgów nabytych podczas drogi. Tego dnia, Krzysztof podarował mi skan swojego dyplomu, a jak wiadomo święty Krzysztof to patron drogi. Mój opiekun jest dobrym moderatorem rozmów o przysmakach Mongolii, do tego świetny znawca polskich, nadmorskich pipidów. Pewnie wymyśliłby także lepszy rym z "kolażem z podróży" ;) 


Kierowca, który podrzucił mnie do Legnicy poprosił bym wyciągnęła mapę Polski ze schowka. Zdziwił się, gdy wybuchnęłam śmiechem wyciągając odstraszacz na kuny:
- no co? wiesz jakie one są złośliwe? Pałętają się takie przy samochodzie, podgryzają kable, a takie to inteligentne... Do klatki nie wejdzie, zabić nie można, bo pod ochroną. tylko odstraszyć - mówi.
Szybko zmieniamy jednak temat i trzymając w ręku środek przeciwko kunom, wsłuchuję się w wykład o włoskich klubach piłkarskich.

środa, 27 marca 2013

Pokora.

Kolejne 1300 autostopowych kilometrów za mną. Znam ten dystans na pamięć, Drezno-Wrocław-Poznań-Tychy-Drezno. Niby ta sama droga, za każdym razem składa się z innych odcinków, historii, twarzy.
Trochę statystyk jako wstęp: 5 dni, 4 miasta, 2 imprezy, -1st. C. Te 1300 km drogi między moimi polskimi domami to 18 kursów autostopowych, a więc 18 zupełnie innych historii.

*

Pewnego ranka, siadam do komputera usiłując ukończyć artykuł o polskich atrakcjach turystycznych. Już po godzinie, oczy wychodzą mi z orbit od intensywnego kontaktu wzrokowego z ekranem i zastanawiam się czy  nie lepiej dokończyć go w Polsce. Pakuję laptop, kilka ciuchów do plecaka, godzinę później jestem już na drodze. A raczej w Tirze, bo nie czekam nawet minuty na pierwszy kurs w kierunku polskiej granicy. Relatywnie szybko docieram też do Wrocławia. Z jednej ciężarówki do drugiej, schodki, drabinki, trzaskanie wielkimi drzwiami, przedstawianie się i dziękowanie. I podróż przez CB radio. Marcin jedzie do Bautzen, gdzie ma rozładunek. Pochodzi z Lubania i mówi mi krótko, że to najlepsza robota, jaką można w jego okolicy znaleźć:
- nie znajdziesz dobrej pracy w Lubaniu. Nie takiej, w której zarobisz osiem kafli na miesiąc - chwali się - tylko tir albo jechanie na fajce, ale szacun jak znajdziesz coś innego, daj cynk, bo nie lubie jeździć.
Zastanawiam się przez moment, co oznacza "jechanie na fajce" i czy pragnę szukać pracy w Lubaniu, ale zostawiam to już bez komentarza. Przez radio ustawia mi następny kurs, a kolejny kierowca jest mistrzem zen z Sandomierza. Starszy kierowca tira, który twierdzi, że nie zazdrości, to jego wielka zaleta. Ludzi ocenia tylko ich miarą, a sam chciałby żyć samotnie na Syberii. Opowiadam mu o swoim marzeniu wyprawy do Mali, a on rewanżuje mi się opowieścią o wymarzonej podróży do RPA, którą z resztą odbył. Zen master zostawia mnie na "kogucie", czyli pod wiaduktem na środku autostrady. Mam się nie martwić, to znane miejsce na podróż okazją, mówi. Kogut to zajazd przy zjeździe na Legnicę, stań tam, a każdy kierowca Tira będzie wiedział, że zostawił cię tu inny. Żegnamy się, a po chwili stoję na autostradzie z wyciągniętym kciukiem. Tylko chwilę. Z koguta zgarnia mnie Przemek, jedzie do Krakowa, on milczy, ja śpiewam radiowe przeboje. Kapliczka autostopowa Bielany, zaczynam wojaże po Wrocławiu.

*

Pokory uczy mnie autostop z Poznania. Zaczynam dzień od napisania trenu do zepsutego laptopa, zamiast kontynuacji artykułu. Deadline należy do przeszłości, tak jak narzędzie pracy. Ale podróż w trakcie.
Piękna pogoda, słońce opala mi twarz, a wiatr sprawia, że czuję się jak na Syberyjskiej pustelni. Jak na złość, czekam prawie dwie godziny na podwózkę. Najpierw zatrzymuje się cygańska fura, a kierowca pyta się, gdzie się wybieram:
-Katowice - odpowiadam nachylona do szyby mercedesa (z nadzieją, że zaraz się w nim ogrzeje)
- nie pytam gdzie jedziesz, tylko gdzie chcesz jechać - mówi grubszy, uśmiechnięty Rom. Dzieciaki na tylnym siedzeniu usmiechają się do mnie. Przestają się uśmiechać, gdy odpowiadam.
- eee, Afryka...
Uśmiechnięci cyganie odjeżdżają bez komentarza.
Moja pierwsza okazja, to nie Mali, ani nawet Wrocław, tylko jakaś podpoznańska bździna, do której doszłabym pieszo w tym samym czasie. Zanim dojadę do Leszna, oddalonego od Poznania o 80 km, minie 5 godzin. I jakieś cztery, krótkie, krajobrazoznawcze kursy autostopowe. Leszno, swoją drogą, jest obiektem kpin autostopowiczów. Rozległe miasto wije się wzdłuż długiej drogi przelotowej, a taka przeprawa to prawdziwe camino de Leszno. Inteligentnie wysiadam więc przed miastem i zrezygnowana, ale wciąż z uśmiechem, łapię stopa na Wrocław. Czekam pół godziny, słońce zaszło. Miejscowy dziadek zabiera mnie do miasta, przejęty moim losem, postanawia wsadzić mnie w pociąg do Tychów i zapłacić mi za bilet. Nie opieram się, bo jestem zrezygnowana, ale PKP opiera się mojej destynacji - takowa nie istnieje. A nawet jeśli wybrałabym bliższy Wrocław, byłoby to równoznaczne ze studiowaniem architektury tutejszego dworca przez cztery godziny. Dziadek chce mi dotrzymać towarzystwa... Proszę go, by zamiast biletu na pociąg, zawiózł mnie za Leszno, gdzie na pewno szybciej znajdę sobie transport do Wrocławia. Jemy jeszcze żurek w barze Zbyhal, ekspedientka mówi, że są tu najlepsze w Lesznie flaczki. Wierzę jej na słowo...
Do Wrocławia docieram migiem, rozradowana opowiadam kierowcy, że odrobiłam swoją lekcję pokory i teraz może być tylko lepiej. Kierowca opowiada mi za to swoje CV z detalami, jak się ogarnął bez matury i założył dobrze prosperującą firmę logistyczną. Jakie ma problemy z kierowcami, dzwonią do niego co chwilę, telefon papieros telefon papieros. O jeden telefon za dużo, a ja muszę wysiąść, nieszczęśliwie na krzyżówce autostrady. Klnę głośniej niż hałas samochodów i pokornie ruszam na intensywny trekkingowy spacer autostradowy. Camino de Bielany. Myślę sobie, jestem wariatka, dylam po nocy wzdłuż autostrady, dobrowolnie, po kilku godzinach na mrozie.
Bielany. Stacja Orlenu jest pusta o tej godzinie, ruch mały. A mimo to, zatrzymuję pierwszy samochód. Z Tomaszem rozmawiam przez dwie godziny o duchowości. Powie mi, że jego misją życiową jest rozwijanie swoich możliwości i wkraczanie na wyższe poziomy. Mówi mi też, że nasze życie zostało już dawno zapisane i nie musimy się w ogóle wysilać, by osiągnąć to, czego pragniemy. Wystarczy werbalizować nasze marzenia, motywować się lub modlić, a to wszystko się spełni, gdy umiejętnie interpretujemy znaki od życia. Według jego filozofii, musiałam przebyć tego dnia autostopową gehennę, żeby trafić właśnie na niego - bo mam dużo pytań i chcę rozwijać swoją duchowość. Historia potoczyła się tak, bym na sam koniec wyboistej drogi dostała odpowiednie nauki i ukierunkowanie. Tomasz opowiada mi o czerpaniu energii słonecznej i nie jedzeniu, co od jakiegoś czasu bardzo mnie fascynuje. Opowiada mi też o interpretowaniu Biblii, transcendencji i wychodzeniu z ciała.
Docieram późno w nocy do Katowic, autobusy same mi się zatrzymują pod stopami, nigdzie już nie czekam i nie marznę, docieram do domu uberszybko.

*

Autostop to kalejdoskop.
Nie moja rola w tym, by zachęcać kogokolwiek to takich podróży. Jeżdżę sama, z reguły przemieszczam się po Polsce i innych krajach w takim samym tempie jak transport odpłatny. Płacisz za bilet, kilka godzin, jesteś w punkcie B. Czytasz książkę w dusznym przedziale, ktoś obok chrapie, ktoś sprawdza bilety. Autostop to szereg egzotycznych spotkań, które nie przydarzą się na co dzień w twoim otoczeniu. Czasem czekam. Czasem spaceruję. A czasem siedzę na stacji benzynowej, piję kawę i obserwuję powolne życie w tych małych, przydrożnych miasteczkach.
Na trasie Tychy-Drezno też musiałam sporo poczekać w niezbyt przyjaznych warunkach pogodowych. Ale usłyszałam od dwóch kierowców, że będą historię odważnej autostopowiczki opowiadać dalej. Bo inspiruje.

niedziela, 17 marca 2013

Neustadt to... część 1.

Neustadt jest jak spokojny marzyciel na lekkim haju. Neustadt zachwyca się wszystkim, co ekologiczne i naturalne, co kolorowe i artystyczne. Neustadt uwielbia gotować i organizować kulinarno-herbaciane spędy. Nie śpieszy się i przyciąga do siebie dziwaków.

W tej młodzieżowej dzielnicy Drezna, bezdomni mają swoje ksywki. Najsłynniejszy ma ksywkę Schneewitschen, Snow man. Krótka charakterystyka: rower obładowany fantami i butelkami na wymianę, w koszyku sterta gazet, radio z muzyką klasyczną. I łagodny uśmiech. Schneewitchnego usłyszysz z daleka: skrzypiący rower i brzdęki butelek jako akompaniament muzyki klasycznej. Musiałam sprawdzić tą urban legend, więc pewnego dnia, spotkawszy go na ulicy, zagadałam. Przedstawił się, tak jak legenda wskazuje, opowiedział mi trochę o Krakowie, cały czas obdarzając mnie tym uśmiechem. Uśmiechem spokojnego marzyciela na lekkim haju.

Neustadt kocha jedzenie spod znaku BIO. Na terenie dzielnicy, i miasta, znajdzie się sporo bio marketów, które oferują ekologiczne produkty. O ile BIO kocha każdy i nie kwestionuje świadomej konsumpcji, całkiem śmiesznie przedstawia się z sytuacja z innymi dietami światopoglądowymi. Neustadt jest wegetariańskie, choć jest to dość ambiwalentne pojęcie. Jeśli przeprowadzić ankietę wśród mieszkańców dzielnicy, okaże się, że każdy jest wegetarianinem. Co nie oznacza, że nie można zjeść kebaba od czasu do czasu. Weganizm jest całkiem popularny, aczkolwiek spotyka się z ironicznym komentarzem.

Hannes i Alex organizują brunch w Kukulida. Przynieś jedzenie, posiedz w naszym barze, pogadaj z ludźmi, posłuchaj muzyki. Dzień przed brunchem, Hannes opowiada mi, że usłyszał na ulicy rozmowę o naszym kulinarnym wydarzeniu. Ktoś polecał innej osobie wegański brancz w alternatywnej knajpie. Nie dziwię się, że mój współlokator się zbulwersował, bo ani nie jesteśmy wegańscy, ani alternatywna knajpa. Ale najwidoczniej użycie słowa "wegan" jest zajebistą reklamą.
 - Neustadt kocha też Indie, więc czemu nie zapraszać ludzi na indyjski brunch? - pytam ironiczne.
 - Bo indie to kurczak curry, o ile mi wiadomo, słabo wegański - odpowiada Alex. I dodaje - ale wegetariański w stylu Neustadt.

Od weganizmu wychodzi inny, antykonsumpcyjny styl życia, z którym się utożsamiam, utożsamia się z nim także Neustadt. Nurt freegan to rezygnacja z używania pieniądza, na rzecz wykorzystywania tego, co mamy. Także tego, co odrzucone. Freegan robi zakupy w śmietniku. Tak, właśnie w śmietniku. Wykorzystuje to, co dostawca żywności odrzuca. Przetwarza odpady, recykluje, znajduje, naprawia. Nie robi zakupów za pieniądze w sklepach BIO, bo wszystkie składniki na gigantyczny posiłek znajduje za sklepem. Zdziwić się można, co trafia na śmietnik - przyzwyczaiłam się już, że wśród śmieci mogę znaleźć karton czekolad albo puszki z olejem pistacjowym. Trafiają tam, bo nie zostały kupione przed upływem ważności. Ale co znaczy właściwie data ważności na produkcie? Że w danym dniu, o dokładnej godzinie towar nie nadaje się do spożycia? Znaczy to tylko tyle, że producent nie bierze już odpowiedzialności za to, co sprzedał.
Melony, marakuje, truskawki, pomarańcze, jabłka, banany - to właściwie codzienny składnik mojej diety. Dania przygotowuje głównie z warzyw, czasami całkiem wymyślne. Znajduję wystarczająco dużo jedzenia, żeby ugotować coś dla znajomych lub domowników i jeszcze zrobić sobie słoiki z ratatuille. A niesamowicie fajne jest to, że idąc na zakupy za sklep poznaję spokojnych marzycieli, robiących to samo, co ja. Dzielimy się zakupami, wymieniamy przepisami i bóg wie czym jeszcze, idziemy w swoich kierunkach.

Neustadt jest jak spokojny marzyciel na lekkim haju. Nie da ci mocnych emocji, zawrotu głowy od ekstremalnych wrażeń. Jest miejscem do medytacji i twórczości, ale nie urwie ci głowy, nie wywoła paniki. Może właśnie dlatego połowa mieszkańców marzy na głos o wyprawie do Indii, miejsca znanego z bólu głowy, spowodowanego natłokiem nieprawdopodobnych wrażeń.

wtorek, 12 marca 2013

paradygmaty podróżnicze.

W kręgu moich znajomych znajduje się sporo podróżników. Różne style uprawiania turystyki, inne inspiracje, charaktery z kosmosu, i z kosmosu wyzwania. Niektórzy z nich wsiadają w samoloty, by na innym kontynencie wrzucić 20 kg tymczasowego domu na plecy i ruszyć pieszo zwiedzać np. Indie.

*
paradygmat mieszkańca Neustadt # 1
 Skoro już jesteśmy przy Indiach, to czas na małą dygresję i ukłon w stronę mieszkańców Drezna. Neustadt słynnie z umiłowania do Dalekiego Wschodu - India shopów i sklepów z kulinariami jest pewnie tyle, co kebabów, a szkół jogi drugie tyle. Co 3 mieszkaniec Neustadt był w Indiach przynajmniej raz, co drugi wybiera się do Indii w niedalekiej przyszłości. Mój sąsiad, prawnik-hipster, mówi językiem pendżabskim, czym zadziwił mnie kiedyś rozmawiając z hinduskim kelnerem... w tureckim kebabie. Pisząc to, para z Kukulidy przemierza bezdroża Indii z plecakami.

*

O, mam takiego kolegę, który uwielbia podróżować samolotami. I zwiedzać hotele. Zdecydowanie nie jest najbogatszym człowiekiem świata, ale nie stanowi dla niego problemu wybrać się do Szanghaju, gdzie gwoździem programu jest długi lot maszyną X, o silniku Y oraz nocleg w hotelu Z. Miłość do samolotów zaprowadziła go z resztą do pracy stewarda.
Koleżanka ze studiów, której z resztą bardzo dawno nie widziałam (pewnie podróżuje), postawiła stopę w tylu miejscach, że mogę spokojnie założyć, widziała więcej, niż wszystkie osoby wspomniane w tym tekście. Bogaty kochanek zabiera ją na międzykontynentalne, luksusowe wycieczki. Specjalizacja: rejsy.

Maciek, wspaniały towarzysz podróży, nie ma problemu ze zdecydowaniem się na wycieczkę. Widziałam kilkakrotnie jak po odebraniu kilkuminutowego telefonu odpowiada: - "właśnie kupiłem bilet do Tanzanii" albo "jadę do Kirgistanu". Takiego telefonu może się spodziewać od innej, bliskiej mi osoby, którą można określić jako maniaka promocji i konkursów. Zdzichu jeździ często i gęsto, turystycznie, autostopowo, rowerowo. Bez względu na to, jakiej destynacji, by nie wybrał - napewno zrobi to taniej od ciebie.
Mi samej zdarzyło się odebrać telefon od Maćka, oznajmić mu gdzie jestem i co robię, zdziwić się, że chce przyjechać i jeszcze bardziej, gdy po dwóch dniach się widzimy. Co z tego, że połączenie telefoniczne zbliżało nas przykładowo o tysiąc kilometrów. Wystarczy wyjść z domu, mówią niektórzy.

*

Znam też kilku podróżników z misją. Takich, co jadą do innych krajów, robią dobre uczynki, a później o swoich wycieczkach opowiadają w innym kraju, to znaczy w Polsce. Jest blog i fanpage, czasami jest sponsor wycieczki. Choć sponsorów i lajków więcej mają Ci, co uprawiają turystykę wyczynową. Rowerem przez Bajkał? W zimę? Z północy na południe? Dwójka kolegów poznanych jeszcze w Poznaniu chyba właśnie walczy o tytuł najbardziej monotonnego krajobrazu podczas wyprawy. Choć podziwiam zapał i wyzwanie, czasami nie rozumiem czym kierują się ludzie wybierając takie, a nie inne destynacje. Powoli zmierzam do tego, że kilka dni temu, podczas ekstremalnej wyprawy, bardzo inspirująca postać zaginęła w górach Pakistanu. Tomkowi Kowalskiemu udało się wejść na Broad Peak, zdobyć szczyt i nowy rekord, niestety nie udało mu się zejść. W takich chwilach zastanawiam się po jaką cholerę ludzie decydują się na tak ekstremalne eskapady, jednocześnie podziwiając bezgraniczne poświęcenie się marzeniu. Nie wymienię się już poradami podróżniczymi z Tomkiem...

*

Mimo, że od jakiegoś czasu nie opuszczam Drezna, to biorę udział w pewnym projekcie artystki z Berlina. Dziewczyna prowadzi eksperyment, w którym bierze udział kilku podróżników, po jednym indywidualiście z każdego kontynentu. Wysyła nam pamiętniki i co tydzień nowe wyzwania. Pisanie dla kogoś pamiętnika,  powiedzmy, z wbudowanym scenariuszem, jest dość osobliwe. Ale zmusza do myślenia. Dlatego podzielę się tutaj pierwszymi pytaniami, niech skłonią do szukania własnych odpowiedzi.

Is freedom alive?

What do you do first when you arrive in a new place?




poniedziałek, 4 marca 2013

couchsurfreak

Zeszłego lata poznałam Owena, hippisa idealnego. Owen objawił mi się w Poznaniu, jako akordeonista przemierzający Europę w poszukiwaniu przygód, piosenek, życia. Właściwie przyprowadził go do mnie couchsurfing, choć trafiliśmy na siebie przez przypadek na punkowym koncercie. Podszedł do mnie na squacie, spytał czy jestem Marysia i czy otrzymałam jego e-mail z prośbą o nocleg. Flanelowa koszula, czerwone spodnie, broda, okulary, akordeon. I uśmiech godzący się na wszystko. Z jednego spotkania na Rozbracie urodziło się dwutygodniowe wariackie tournee. Tego samego wieczoru rozpoczęliśmy spontaniczną trasę koncertową w tureckim kebabie. Owen, mówiący i śpiewający po turecku, zaingurował piosenkę, ja mimowolnie zaczęłam tańczyć i tak powstała legenda o wytańczeniu posiłku. Dzień później staliśmy na wylotówce z Poznania powtarzając schemat muzyk plus tancerka, zatrzymując samochody w kierunku festiwalu Woodstock. W każdym samochodzie próbowaliśmy nowy repertuar, improwizując nowe piosenki na kilka języków, śmiejąc się z wszystkiego i z siebie przede wszystkim. Na festiwalu nie było z resztą inaczej. Przygody jednak rozdzieliły nas tymczasowo, ja wróciłam do Poznania, Owen zaginął bez wieści (zostawiając przed wyjazdem w moim mieszkaniu wszystkie swoje rzeczy oprócz akordeonu). Pojawił się kilka dni później, oświadczając, że próbował wrócić z Woodstocku do Poznania, ale trafił do Berlina w mniej lub bardziej zakręconych okolicznościach. Bezceremonialnie zamieszkał ze mną na kilka dni, powracając do schematu adventure seekerów. Grając spontaniczne koncerty na mieście i w barach, promieniując aurą wolności, zrównał sobie niesamowitą rzeszę ludzi swoim małym wariactwem. Po kilku dniach pożegnaliśmy się na rynku łazarskim, jedząc kanapki ze schabowym zakupione na stoisku przy budach z kwiatami.
W zamian za pokazanie mu Polski otrzymałam link do videoklipu z piosenką o wspólnych przygodach (jak ktoś ciekawy, załączam link) http://www.youtube.com/watch?v=uzKMNKxXlrE

Przywołuję tą historię, ponieważ couchsurfing obwieścił mi przybycie do Drezna polskich saksofonistów. Dwójka chłopców prosi o możliwość noclegu w trakcie ich podróży do Włoch. Niestety, muzycy nie napisali dlaczego wybrali właśnie mnie (o co łaskawie proszę, jeśli ktoś jest na tyle cierpliwy, żeby chociaż przejrzeć, co mogę zaoferować i czego oczekuję), więc odpuściłam. Jednak przejeżdżając kilka dni później przez stare miasto, usłyszałam duet saksofonowy, skojarzyłam fakty i pojechałam w kierunku muzyki. Dwóch buroubranych chłopaków, saksofony, wzmacniacz i jakieś tam Fale Dunaju. Bez uśmiechu, bez humoru, bez planu i oczekiwań na swoją podróż. Saksofoniści wydawali się też odporni na mój optymizm, więc pożegnałam ich bez żalu.

Tego samego dnia, Owen napisał mi maila, pozdrawiając z summerhippiecamp gdzieś na zadupiu Stanów. Zrobił sobie przerwę od akordeonu i postanowił kręcić filmy porno (w hippie stylu oczywiście). Tym razem bez linków...

Jestem okropną gospodynią, hostem. Cieszę się z gości-brudasów, namawiam na freeganizm i grzebanie w śmieciach, oprowadzam po opuszczonych budynkach zamiast zabytkach i zdecydowanie za dużo mówię o sztuce. Namawiam na autostop albo wsiadam ze swoimi gościami  w pociągi w złym kierunku, lądując w szczerym polu i jeszcze ciesząc się z tego jak dziecko. Biorę nakrotyki, po czym śpiewam żenujące piosenki niechcianych div. Nie umiem zaparzyć herbaty.
A z drugiej strony powinnam ten post opublikować w bardziej internacjonalnym języku, żeby kilku swoim gościom przypomnieć bardzo fajne chwile.



czwartek, 21 lutego 2013

atomowa meduza

Chinka, Wietnamka i Kamerunka uczą się jak rozkładać obrusy i sztućce na okrągłym, biurowym stole. Dwójka Niemców i ja, do kompletu, przyglądamy się tej kosmopolitycznej lekcji, prowadzonej przez korpuletną blondynę, naturlich, po niemiecku. Po sztućcach czas na zastawę, nasza kolej.
Jesteśmy na kelnerskim szkoleniu mającym na celu przygotować nas do obsługiwania vipowskich bankietów. Wcale mi się to nie podoba. Nie do twarzy mi z regułami, w uniformie pingwina i ośmiogodzinnym, służalczym uśmiechem. Choć akurat o uśmiech mi łatwo, gdy przypominam sobie scenę z Podziemnego Kręgu, w której Tyler Durden aka Brad Pitt, jako kelner, sika do odpicowanej wazy z zupą dla gości. Myśl o służeniu bierzę górę nad zaletami, jakimi są przyszła wypłata i możliwość zwiedzenia ekskluzywnych, drezdeńskich miejscówek. Dziewczyny sprawdzają czy ułożyły widelce pod odpowiednim kątem, a ja dziękuję szefowej za możliwość pracy i z szelmowskim uśmiechem Tylera Durdena wychodzę z biura.
Od razu mi lepiej.
Wcale nie tak łatwo dostać pracę w Saksonii, ale bez kitu, z magisterką i inteligencją, mogę sobie pozwolić na coś lepszego niż współczesne niewolnictwo. Międzynarodowe towarzystwo przyszłych kelnerów wcale nie złagodziło tej wizji.

W dziedzinie, która mnie ponad wszystko interesuje, dzieje się za to bardzo dużo. Tygodniowe praktyki z rzeźby lodowej przyniosły bardzo fajne kontakty. Samo rzeźbienie, z kolei, okazało się niesamowicie zajmujące i uzależniające. (Corinna twierdzi, że rzeźbienie to idealne zajęcia dla pacjentów z nerwicą...) Przeniesienie szkicu na bryłę z początku wydaje się trudne, ale w praktyce okazuje się dobrym wyzwaniem. Szkoda tylko, że tak czasochłonnym (w pracy na mrozie jest to wielki minus).
Na poczatek rzeźbię z Giovannim z Włoch grzyba atomowego, którego na poczet wystawy zmieniamy w meduzę. I przy okazji postępów odkrywam fazy pracy:
Faza 1 - przyzwyczajanie się do pracy w materiale (czyt. bryła lodu). Chcesz rzeźbić ambitne rzeczy, łabędzie, rybki odpadają z miejsca.
Faza 2 - orientujesz się, że lód to najcudowniej kiczowy materiał rzeźbiarski. Powracasz do utartych tematów lodowo-rzeźbiarskich i walczysz z ochotą na wyrzeźbienie kutasa.
Faza 3 - orientujesz się także, że z każdego pomysłu można zorganizować coś wymyślnie abstrakcyjnego. Już wiesz, że każda lodowa rzeźba wygląda efektownie w świetle ( może po za nieporadną "piramidą", którą wyrzeźbił duet Sycylijczyków). Rezygnujesz z czasochłonnej pracy dłutem na poczet piły mechanicznej - co prawda, odbiera to charakteru szlechetnego rzemieślnictwa, ale dobrze pasuje do opętańczego śmiechu.
Na takiej "youth exchange" każdy artysta musi się zmierzyć z pracą z innymi ludźmi. Dla kogoś, kto uwielbia pracować samemu, nie lubi tłumaczyć swoich pomysłów (w kilku językach) taka sytuacja może doprowadzić do pasji. Stanęłam też przed dylematem typu obrona projektu czy praca z ludźmi, gdy okazało się, że nad moim projektem pracuje zbyt dużo osób i zbyt szybko oddalamy się od pierwotnego szkicu. Tym  razem wybrałam team-work, zamiast egoistycznej satysfakcji. Wspólną pracą stworzyliśmy piękną rzeźbę abstrakcyjną. Tak, dobrze wyglądała w świetle ;)
Tydzień rzeźbienia w mroźnej aurze przepłacam komponowaniem symfonii na kaszel. Na szczęście w domowych pieleszach zawsze znajdzie się kilku chętnych do uzupełnienia dzieła o dodatkowe schorowane głosy, więc po tygodniu po za domem, integruje się z innymi rekonwalescentami. I w końcu wracam do rysowania.

Z tej okazji, dzielę się też linkiem do odpimpowanego portoflio, więc w końcu unaoczniam tu swoje dzieła. Wśród nich wizualny spacer po Dreźnie, a także pierwsza część autorskiego komiksu nad którym pracuję z Maikiem. Enjoy!
http://marysiawasik.wordpress.com/

sobota, 2 lutego 2013

bipolar movement.

Deszczowy weekend spędzam w Kukulida, balansując między piętrami, przenosząc swoje rzeczy z pierwszego na trzecie piętro. Finalna przeprowadzka, mam nadzieję, że ostatnia na jakiś czas. Z małego, gościnnego pokoju tuż przy kuchni, do ogromnej, dwupokojowej przestrzeni. Idealnego miejsca na sypialnię i pracownię zarazem.
Tymczasem, z mojego nowego miejsca wyprowadza się Andriej, przenosi się do malutkiego pokoju naprzeciwko. Oboje przemieszczamy się ze swoimi gratami, krzyżujące się wektory naszych tras prowokują małe rozmowy. Z każdą turą przeprowadzkową znamy się coraz lepiej.

Ale a propos znajomości.
Jakiś czas temu otrzymałam zaskakującego maila z prośbą o udzielenie wywiadu. Moja historia miałaby być pomocna w pracy naukowej o przedsiębiorczości polaków we wschodnich Niemczech. To, jakim cudem kontakt został nawiązany już mnie w ogóle nie zdziwiło, bo sieci drezdeńskich koneksji i przypadków to osobny, cudaczny przypadek. Który już oswoiłam. I bardzo polubiłam. I sama pokochałam konstruowanie przypadków.
Odpisuję Pani Dorocie, zainteresowanej owym wywiadem, że bardzo chętnie opowiem jej swoją historię, ale przedsiębiorczą osobą nie jestem w ogóle. Została przez ów kontakt wprowadzona w błąd, nie posiadam działalności gospodarczej i daleka jestem ood takiego pomysłu. Mimo to, dalej potrzymuje zainteresowanie przeprowadzeniem wywiadu.
Kilka dni później podjeżdżam rowerem pod Muzeum Kraszewskiego w uroczej dzielnicy Drezna, między rzeczką Priessnitz a Łabą, uroczej willowej dzielnicy tuż przy Neustadt. Dorota okazuje się być młodą, fajną kobietą, prowadzącą badania dla kogoś, w charakterze pracy. Zanim zaczyna opowiadać mi o swojej pracy, już mam pewne wyobrażenie tego, co robi. Film drogi. Praca polega na jeżdżeniu po Niemczech, słuchaniu i nagrywaniu historii. Różne miejsca, różni ludzie, różne historie. Mówię jej, że powinna traktować to zlecenie w charakterze podróży.
Siadamy w kawiarni w Kunsthofpassage, opowiadamy o sobie. Przy okazji rozmowy o squatach i Poznaniu,  okazuje się nawet, że mamy wspólnych znajomych.
- jak mieszkałam w Poznaniu, pamiętam, że był squat na św. Marcinie. Znałam stamtąd kilka osób, czasami przychodzili się do mnie wykąpać - wspomina Dorota.
- ciekawe kto, znam ekipę, która tam mieszkała - odpowiadam.
- znasz Ankę i Wojtka?
- jasne!

Oficjalna część spotkania, wywiad, trwa dziesięć minut, cała historia cztery godziny. Podczas których pijemy kawę, zajadamy ciasto, spacerujemy po alternatywnym Neustadt. Uwielbiam być przewodnikiem. Po swojemu pokazuje ciekawe miejsca, ulubione kąty, opowiadam po drodze historie związane z miejscami i mówię Dorocie o streetartowych, lokalnych twórcach.
Po kilku godzinach żegnamy się na granicy dzielnicy. Doroty już nie spotkam, ale koncepcja jednorazowej, czterogodzinnej znajomości niesamowicie mi się spodobała.

sobota, 26 stycznia 2013

wędrowcy z plecakami

Sobota, popołudnie. Siedzę w przytulnym pokoju gościnnym, rytmizując słowa na klawiaturze. Jest mi zimno w stopy, generalnie jest bardzo mroźnie. Przez okno widzę fitness w sąsiedniej kamienicy. Dziewczyna w sportowym staniku biega w miejscu. Dzieli nas przepaść temperatur.

Sobota, południe. Siedzę w zaadoptowanym na teatr, pustym parterze. Czytam Włóczęgów Dharmy, marząc po cichu o życiu beatnika. Co jakiś czas słyszę sprzed domu dźwięk wiertarki, wyglądam przez okno i z uśmiechem na twarzy obserwuję jak Sasha tworzy lodowe dekoracje ze znalezionej na balkonie bryły.
- zajebisty pomysł, mogę Ci pomóc?
- spoko, już kończę, zamontuję tu jeszcze lampy, żeby stworzyć miły klimat na wieczór.
- robimy jakąś imprezę, o której nie wiem?
- raczej nie, nie wiem. Ale nie ma nic złego w lodowej sztuce - odpowiada. - Spójrz na tą ozdobę z kostek, podwiesimy ją przy oknie. A w tamtą dużą bryłę zwisającą z balkonu wsadzę światło.

Wracam do lektury, Ginsberg z Kerouakiem wypijają morze alkoholu i płyną.
Moje myśli odpływają do prostych historii autostopowych, gdy było nieco cieplej.

*

Nie każda podróż autostopowa sponsoruje szybkie przemieszczenie się do celu, obfitując w inspirujące rozmowy. Niektóre są dziwnymi hybrydami środków lokomocji, czasochłonnymi operacjami. Tak, jak moja styczniowa wycieczka z Sebastianem.
Sobota, późne popołudnie, niebo równie szare, jak wstążka autostrady, jak przedmieścia Hamburga. Życzliwy i serdecznie nastawiony do życia Sebastian, dzisiaj prezentuje szary, nieprzystający do niego humor i nastawienie na podróż, za to współgrający idealnie z otaczającą nas aurą.
- Wolałbym siedzieć w pociągu i czytać książkę, myślisz, że dojedziemy dzisiaj do Drezna? To całkiem długa droga... - mówi.
- Nie wiem czy to takie istotne, gdzie dzisiaj dojedziemy. Transport i dobrzy ludzie są wszędzie, dojedziemy do Magdeburga, możemy wsiąść w pociąg, trafimy do Lipska, możemy odwiedzić znajomych, wylądujemy w miasteczku o którym nikt nie słyszał, to pogawędzimy z babunią i zjemy jej wszystkie ciasteczka. Ale póki co, wypróbujmy autostop w nowym roku. Widzę stację benzynową. - patrzę na Sebastiana i mam wrażenie, że muszę mu dodać jakiejś motywacji, babunia na zadupiu nie podziałała na wyobraźnię.
Bez słowa rozdzielamy się na stacji benzynowej i każdy na własną rękę przeprowadza swój własny eksperyment socjologiczny. Ustawiam się pod zadaszeniem, zrzucam z ramion plecak i wymieniam na tablicę korkową z wypisanymi wcześniej nazwami niemieckich miast. Tablicę znalazłam kilka dni wcześniej na ulicy w Altonie, dzielnicy Hamburga. Właściwie, to znalazłam ją w parku.
Moja metoda jest prosta. Trzymam tablicę, uśmiecham się do startujących samochodów, kierowców, śledzę ich spojrzenia. Niektórzy patrzą na wypisane miejscowości, kiwają głowami wschód-zachód raczej niż północ-południe, tak jak jedziemy. Większość omija wzrokiem tabliczkę i rejestruje smukłość moich ud, eksponowanych w różowej mini spódniczce. Spoglądam także na Sebastiana, jak zgarbiony pod ciężarem plecaka, wędruje od samochodu do samochodu z szlachetnym pytaniem o podwózkę w miejsce oddalone o 100, 200 albo 500 kilometrów.
Na stacjach benzynowych nic nie umknie uwadze, wszystko dzieje się powoli. Każde spojrzenie, ruch, samochód, zakupiona kawa, wszystko zapisane w kronice powolnych wydarzeń.
Uda w pasiastych rajstopach wygrały pierwszą rozgrywkę autostopową, uśmiechnięty student biochemii zabiera nas do Hannoveru.
Sebastian siada z przodu, ku niezadowoleniu kierowcy, ale używa swojej niesamowitej zdolności konwersacji i przez godzinę prawdopodobnie dowiaduje się więcej o naszym kierowcy niż wiedzą jego rodzice. Cały czas się zastanawiam jak on to robi.
Ja tymczasem przymykam oczy i zasypiam.

Student wysadza nas na przedmieściach Hannoveru, demotywując Sebastiana do reszty. Podupadają nam morale, bo sytuacja jest słaba. Po wnikliwym przestudiowaniu palety możliwości (autostop, pociąg, carpooling, wycieczka po Hannoverze) podczas drogi na dworzec, Sebastian poddaje się.
- Hej, - pocieszam, - znajdźmy mapę i potraktujmy Hannover jak plac zabaw. Przetransportujemy się z powrotem na autostradę za pomocą mapy, internetu i tramwajów, zrobimy licencjat z hannoverskiej komunikacji miejskiej i ruszamy dalej autostopem. Oboje nie mamy kasy na pociąg i mamy nieokreślony limit czasowy, więc pomijając gównianą pogodę, przygoda! Poddaj się jej, Sebastian, może następny kierowca zaoferuję ci cudowną konwersację.
Szybko wypełniamy zadaną nam przez kierowcę miejską zagwozdkę, po dwóch godzinach, trzech tramwajach i jednym autobusie stoimy na stacji benzynowej przy majestatycznej autostradzie numer 2. Drodze 66 Niemiec. Recytuję kilometry z pamięci.
Niemniej jednak, pada deszcz, jest przejmująco zimno, a mapa kraju, która w tajemniczych okolicznościach wpadła Sebastianowi w ręce, jest bezużyteczna. No, może pełni funkcje antycznego artefaktu dodającego poczucie bezpieczeństwa.
Sebastian dalej działa swoją taktyką, pytając kierowców, ja również wypróbowuję jego sposób zawężając grono ankietowanych do polskich rejestracji. Pół godziny, siedzimy w vanie Marcina z Poznania. Wesołego chłopaka, który zgodził się zabrać nas i schronić przed niesprzyjającą aurą pogodową. Podczas gdy Sebastian przysnął z twarzą przyklejoną do szyby, ja prowadzę nic nie znaczącą konwersacje z Marcinem, taką rozmowę wypełniającą czas, rozmazującą pokonywane kilometry.
Na stacji w Magdeburgu kupuję czekoladę, zjemy ją w kolejnym vanie. Kierowcy z Uzbekistanu. Misiu za kierownicą milczy, Sebastian pogrążony w studiowaniu smsów, z kontrapunktem radia i mojego śpiewu. Kierowca podgłaśnia radio, albo lubi Beatlesów tak, jak ja, albo nie podoba mu się moja wersja Hey Jude.
W końcu Sebastian odrywa wzrok od telefonu, patrzy na mnie zmotywowanym spojrzeniem:
- Maxime pyta czy jestem w Dreźnie. To wystarczająca motywacja, żeby jechać do domu - mówi.
- Randeczka! Cudownie - uśmiecham się do Sebastiana. I łamanym niemieckim mówię kierowcy, że zostaniemy przed Lipskiem, gdzieś na stacji, nie jedziemy jednak do miasta.
No więc uzbekistańczyk zostawia nas na stacji benzynowej przed Lipskiem. Pogoda się zmieniła. Na gorsze - a o plusach podróżowania autostopem w deszczu można mówić krótko - jest bez sensu.
Mój towarzysz podróży zostawia mnie z plecakami w pobliskim burger kingu, gdzie oddaje się konsumpcji frytek, które ktoś zostawił przy jednym ze stolików. Sebastian z kolei zadaje kierowcom odwieczne pytania, recytując prośbę o podwózkę jak wyznanie wiary. Po jakimś czasie wraca do bistra:
- tam jest van z polskim kierowcą, który mnie za grosz nie rozumie. Ale myślę, że możesz go przekonać, pójdziesz?
Wracam po kilku minutach, uśmiecham się bez słowa, zabierając plecak. Sebastian robi to samo, uśmiech, plecak, wychodzimy.
Marek jest szkutnikiem i od nastolatka pracuje w Holandii przy budowie jachtów. Opowiada nam zaskakujące historie ze świata holenderskiego czarnego rynku, mrożące krew w żyłach historie portowe przeplatane anegdotkami z życia polskiego pracownika w dalekich krajach. I przy okazji podwozi nas do Hecht, dzielnicy szczupaka.
- Piękny tandem - mówi Sebastian z uśmiechem autostopowicza u kresu podróży - cztery kursy, dwa polsko-, dwa niemieckojęzyczne, nawet zła pogoda nie była straszna, czekania też nie było dużo.
- Intryguje mnie mechanizm zmiany postrzegania podróży z każdym przebytym kilometrem - odpowiadam mu uśmiechem. I żegnamy się w deszczu.

*

Wracając do Włóczęgów Dharmy Kerouaca:

(...)wkrótce świat będzie pełen wędrowców z plecakami, włóczęgów Dharmy, odmawiających swojego podpisu pod powszechnym nakazem konsumpcji dóbr produkcyjnych, a także przymusowej pracy, która daje przywilej konsumpcji tego całego gówna, tych wszystkich pieprzonych lodówek, telewizorów, samochodów (a potem jeszcze nowszych, fantastycznych modeli), szamponów, odżywek do włosów i dezodorantów, których ludzie wcale nie pragną, tak samo jak nie pragną tej ogromnej góry odpadków w śmietniku, rosnącej co tydzień od nowa. Wszyscy są więźniami pracy-produkcji-konsumpcji. Mam wizję wielkiej rewolucji plecaków, której dokonają tysiące, a nawet miliony młodych Amerykanów, wędrujących z plecakami po kraju, wyruszających w góry, by medytować i modlić się samotnie, rozśmieszających dzieci i niosących radość starcom, uszczęśliwiających młode dziewczęta i umiejących sprawić, że nieco starsze dziewczyny poczują się szczęśliwsze. Widzę już tych szalonych wędrowców zen, którzy piszą wiersze w drodze, ktedy tylko przyjdzie im na to ochota, są życzliwi wobec wszystkich ludzi i swymi nieoczekiwanymi uczynkami podtrzymują w duszach zwykłych ludzi marzenie o wiecznej powszechnej wolności wszystkich istot bez wyjątku... 


wtorek, 22 stycznia 2013

Baza.

Wszystko, co robisz, definiuję cię. To, co jesz i to, gdzie mieszkasz.
Przez ostatnie dwa miesiące mieszkałam w miejscu, gdzie kompletnie nie pasowałam. I z ludźmi, do których nie przystawałam. Bardzo ucieszyłam się na wiadomość, że Kukulida, Projekt Haus, zaprasza mnie na tak zwany casting na nowego mieszkańca. I mimo że rozmawiałam z otwartymi, pełnymi pomysłów i doświadczeń ludźmi, byłam zestresowana jak na najważniejszej rozmowie kwalifikacyjnej w swoim życiu (chociaż w ogóle nie mam takich doświadczeń). Z resztą powiedziałam o swoim stresie na głos i szczerość się opłaciła, rozmowa pobiegła w zupełnie innym kierunku.

Dotychczas mieszkałam w kilku różnych miejscach, mieszkaniach z różnymi ludźmi, jeszcze więcej miejsc odwiedziłam jako podróżniczka i muszę przyznać, że żadna lokalizacja nie zrobiła na mnie takiego wrażenia. 17 osób wynajmuje całą kamienicę i wspólnie realizują tu swoje pomysły. Jest tu więc miejsce na warsztat stolarski i krawiecki, scena na działania teatralne, kino, lekcje rysunku, improwizacji ruchowej, przestrzeń na koncerty. I przestrzeń mieszkalna ze wspólnym piętrem, czyli dużą kuchnią i dwoma pokojami do pracy czy odpoczynku. Ludzie, którzy tu mieszkają to młodzieżowa mieszanka różnych światów: studenci, aktywiści, artyści, bezrobotni i pracujący w różnych dziedzinach, ciekawi świata ludzie.

Gdy przeprowadzałam się do Drezna z plecakiem i walizką w ręce, podróżując autostopem, nie śniło mi się, że mój dorobek w trzy miesiące rozrośnie się kilkakrotnie. Dwie książki (symboliczny Kapuściński i Kerouac, bez którego nie podejmuje podróży) rozmnożyły się do pełnego makulatury kartonu. Szkicownik zakupiony wcześniej w Paryżu zmultiplikował się kilkakrotnie i rozrósł do obrazów na deskach i płócień. Zbierane z ulicy artefakty też zapełniły kilka kartonów.
Na szczęście kilku zaufanych wolontariuszy pomogło mi wszystko przetransportować do nowego lokum, przy okazji spijając po drodze symboliczną butelkę szampana.

Podczas dotychczasowych przeprowadzek nie miałam nigdy myśli, ile kontaktów i koneksji da mi nowe miejsce. Ile nowych możliwości i zajawek do zrealizowania zapewni mi zwykłe mieszkanie, kolejni współlokatorzy.

Życzę Polsce większej tolerancji dla skłotów i skłotersów, mieszkań-projektów, otwartych domów i komun.
Mam już w Dreźnie rodzinę.


sobota, 5 stycznia 2013

autostopem...

Bardzo lubię autostopowe podróże. Każdy kurs, miejsce, poznana osoba, samochód niosą ze sobą nową historię. Pora roku na wyprawy autostopowe nie ma znaczenia, zanim zdążą mi skostnieć ręce od trzymania tabliczki z destynacją, już rozgrzewam je w samochodzie. Moja ostatnia wyprawa to klasyczna pielgrzymka między Domami, Drezno a Poznań, Poznań a Tychy, Tychy a Drezno. Środek trójkąta wypada we Wrocławiu, gdzie czasami się zatrzymuję na dłużej niż wyciągnięcie kciuka.

*

Zawsze, gdy stoję w Hellerberge, drezdeńskim punkcie autostopowym na Wrocław oraz Berlin, oślepia mnie słońce. Nie widzę reakcji kierowców, mrużę oczy i kwaśno się uśmiecham. Trzymam malutki karton z napisem PL. Do granicy jadę z finansistą z Goerlitz. Small talk o Dreźnie traktuję śmiertelnie poważnie, jak egzamin prawie, bo rozmawiamy po niemiecku. Kierowca wysadza mnie na zjeździe do miasta, a więc na autostradzie i ledwo wykonuje jakieś manewry, już mija mnie policja. Schodzę z drogi i leśnym duktem, w śniegu, idę wzdłuż autostrady. Za 1000 metrów parking, przejdę może 200, a na parking wjadę czerwonym tirem. Zdaje się, że policja wypatrzyła mnie i w lusterku patrzę, jak machają na moją furę lizakiem. Ale jest już za późno.
Bogdan, typowy tirowiec, przejęty jest tylko "dróżką". I może jeszcze tym, gdzie mnie zostawić, temat powraca jak refren radiowego przeboju. "Ja muszę dziewiątkę przekręcić, bo dzisiaj dychę lecę" - mówi poważnie przez telefon, a za chwilę tłumaczy mi gdzie "kręci pauzę". Żegnam go przy tej okazji w Legnicy, a na kierowcę do Wrocławia czekam dobre 20 minut. Z kartką "Poznań", którą znalazłam w teczce z rysunkami, nie schodzącym z twarzy uprzejmym uśmiechem, klnę w myślach na obojętne twarze kierowców. Ogrzanych w swoich szarych samochodach, odwracających wzrok od szarej eminencji stacji benzynowej.
We Wrocławiu, z okazji półmetka wycieczki, zmieniam strony autostrady. Szybko łapię kurs do Leszna, przyjemna wartka rozmowa ze sprzedawcą garniturów, choć już kompletnie nie pamiętam o czym... W Lesznie jest ciemno, mimo godziny 17. Trudno powiedzieć, żeby konformistyczna kawa w McDonaldsie orzeźwiła, choć takie było założenie. Orzeźwia za to aura pogodowa. I pomysł, by czekać na podwózkę w centrum Leszna, po zmroku, w środku przebudowy drogi.
Nie mniej jednak to miejsce okazało się idealne, by zatrzymać tira... - "Ja mam ciężko, 23 tony cukru, zanim to się rozbuja" - westchnął Wojtek z Wągrowca ruszając wolno z zatoczki zagubionej w Lesznie. Wojtek jest zdecydowanym, inteligentnym, fajnym gościem. Młody chłopak, który od dziecka chciał być kierowcą ciężarówki. I jestem zdziwiona jego zdrowym podejściem do pracy - "Nie jeżdżę za granicę, bo lubię mieć wolne weekendy" - opowiada. Jest przeciwieństwem zdziadziałego Bogdana, który pewnie dałby się pociąć za dożywotnie nie wychodzenie z kabiny samochodu. Wojtek opowiada mi też jak jego ciężarówka została kiedyś okradziona. Spał w kabinie na parkingu i nie zorientował się w ogóle, kiedy spuszczono mu benzynę z baków i wypakowano załadunek...  - co wiozłeś? - pytam. - jebane ciastka dla caritasu.... - odpowiada sarkastycznie... - w życiu mi nie było tak głupio, jak wtedy, gdy pojechałem z tym, co zostało na miejsce rozładunku. Suche herbatniki na pomoc humanitarną dla złodziei...
Rozmawiamy o mapach, orientacji w terenie, podróżach, wartko płynie czas, zanim się obejrzę, już jesteśmy w Poznaniu.
- gdzie Cię wysadzić? Ja jadę na Piłę, za Poznaniem mam rozładunek, za rondem obornickim.
- ja muszę wysiąść na skrzyżowaniu Żeromskiego i Dąbrowskiego. Przystanek po prawej, tory tramwajowe, żółta stacja benzynowa. Wiesz, gdzie to? - tłumaczę Jeżyce najbardziej logistycznie jak mogę.
- aha, Lotos przy skręcie na Terravite - definiuje Wojtek.
- hm... ok. No widzisz, to właśnie mam na myśli mówiąc o osobistych mapach. To samo miejsce widzimy z innej perspektywy. Dla mnie punkt autostopowy, dla ciebie przejazd na rozładunek.
- mam nadzieję, że wydasz swoją mapę kiedyś, powodzenia - uśmiecha się kierowca - masz już nazwę?
- mam! Dzięki za podwózkę i rozmowę - odwzajemniam uśmiech i wyskakuję z kabiny prosto w Noc Jeżyc.
Z termosem w ręce, idę do Republiki Rytmu przytulić Kubę.

*

Rytuał autostopu poznańskiego. Tramwaj na Górczyn. Spacer wiaduktem, mijam stację benzynową i zmierzam w kierunki Hal Odzieżowych, macham do kierowców z przystanku nieopodal. Poranek jest mroźny. Okutana w czerń kobieta na przystanku pali papierosa i przygląda mi się tępym wzrokiem. Nie ma w niej ani grama ciekawości, za to ja zastanawiam się, gdzie jedzie z rana, w niedzielę, dzień przed Wigilią. Jeśli jedzie do pracy, serdecznie jej współczuję i czczę niemców za wolną od handlu niedzielę. Nawet przed świętami. Za moment, podjeżdża bezpłatny autobus do Auchan do którego wsiada.
Ogrzewam się chwilę w drodze do Mosiny i pytam młodego poznaniaka czy wie, co to moczka. I czy jego babcia też gotuje jakieś obrzydliwe, świąteczne zupy. Nie gotuje. Jedziemy milcząc, słuchając z powagą lokalnego gangsta rapu.
Małżeństwo finansistów jedzie na święta do Rawicza. Właśnie się przeprowadzili do Poznania, to kolejne miasto po Wrocławiu, Hannoverze, Kolonii i czymś tam jeszcze. - W podatkach zawsze i wszędzie jest praca. Próbujemy wszędzie, czekając na swoje dobre miejsce - odpowiada kobieta bez przekonania. Rozmawiamy o życiu w Poznaniu i przez chwilę zastanawiam się czy to nie są jacyś przekręciarze. Ale są mili i zapewniają mi przewóz, więc myśl o podróżnikach-oszustach beztrosko ulatuje z kolejnym kilometrem.
Nie pamiętam, kto podwozi mnie na Bielany. Ale znowu trafiam do Wrocławskiego Sanktuarium Autostopowego. Dwóch małych stacyjek benzynowych przy autostradzie, w środku centrum handlowego.
Stąd zabiera mnie Tomek i od razu obwieszcza mi że jedzie do Cieszyna "uzupełnić słoiki" i jakoś szybko łapiemy nić porozumienia. Jedzie ze Szwajcarii. I opowiada mi swoje życie. Pijemy kawę, palimy papierosy. Tomek studiował socjologię, był "humanistą w czarnym swetrze", zainteresowany antropologią. Całe studia myślał, że socjologia to jego powołanie i będzie się zajmować tematem akademicko. Życie zweryfikowało jego marzenia, gdy wyjechał do Anglii i trafił na budowę, by nadzorować robotników z różnych zakątków świata. - Nadzorując polaczków, rumunów i ruskich, często przechodziło mi przez myśl, żeby zapisać te antropologiczne badania, które w istocie były moją pracą... Zamiast jednak zająć się książką, nauczyłem się siły i bezlitosnego cwaniactwa. Nie dziw się, że tak krytycznie podchodzę do swojego życiorysu, mam piękny stereotypowy scenariusz polskiego studenta humanistyki.
Tomek pracuje w Szwajcarii i najwidoczniej jest mu tam o wiele lepiej niż w innych miejscach, w których żył. Marzy o porsche i zapewnia mnie, że pewnie dorobi się tej fury około 40stki - do bólu prawdziwy stereotyp, co nie? - to nie pytanie, więc nie odpowiadam. - Nie chce wracać do Polski. W tej szarości nic dla mnie nie ma. - mówi. - Podwiozę Cię do domu, tylko mnie nawiguj.
Wysiadając, odsłaniam mu widok na napis JEBAĆ STARE BABY, który zdobi blok moich rodziców. I prowokuje serdeczny uśmiech mojego kierowcy.
 - Masz przepiękne, stereotypowe, szare miasteczko, globtroterko.   
- Wiem. Cenię to sobie. Gdyby było inne, może byśmy się nie poznali. Dzięki za towarzystwo.
- To ja dziękuję - odpowiada spokojnie.

Do domu dzieli mnie 36 kroków.

*

Nie mam jeszcze sprecyzowanego miejsca na rozpoczęcie podróży do Drezna. Za tymczasową kapliczkę autostopową, by dostać się na autostradę, obrałam sobie przystanek przy Auchan w Mikołowie. Nauczyciel informatyki, przystojny chłopak, podwozi mnie do Gliwic. Z krótkiej rozmowy dowiaduję się, że jego życie oscyluje między pracą ze skomplikowanymi dzieciakami, a skomplikowanymi miłościami. Za chwilę ja oscyluje między autostradą a miastem, na skomplikowanej krzyżówce, marketów, stacji benzynowych. Z dupy miejsce, betonowe nic. Decyduję się łapać stopa przy stacji benzynowej, gdzie po pół godzinie zaprasza mnie do samochodu sympatyczny dziadek, inżynier. Jedzie do Wrocławia, codziennie jeździ do Wrocławia. Opowiadam mu o powodach, dla których przeniosłam się do Drezna, a on łapie moment, by pochwalić się, że mieszkał już we Włoszech i w Stanach i w Odessie. Jego opowieść o tym ostatnim miejscu brzmi bardzo interesująco, wizualizuję sobie podróż do Odessy. Ale ani opowieść, ani iluzja nie jest tak urocza jak opowieść Tomka o Tel Awiwie, ośrodku izraelskiego luzu.
Pytam się dziadka, czemu mieszka w Gliwicach, ale chyba ma problem z odpowiedzią...
Bielany. Mała stacyjka przeżywa dzisiaj oblężenie, dziękuję dziadkowi, wysiadam i kieruję swój uśmiech w stronę kwartetu autostopowiczów.
- cześć, jestem Marysia, gdzie jedziecie? - pytam grupkę. Dwie dziewczyny, dwóch chłopaków. Tylko jeden, w długich włosach i okularach ze mną rozmawia, reszta dygocze i słucha.
- do Marsylii, na Sylwestra. W szóstkę, jedna para już pojechała.
- a Ty? Do Wrocławia? Gdzie jedzie twój kierowca - pyta chłopak, łapczywie zerkając na brudnego citroena dziadka.
- on jedzie do centrum do pracy. A ja dalej do Drezna. Ale dam wam łapać w spokoju, idę na kawę. No i flaszkę muszę kupić - wyraźnie ich uspokajam faktem, że nie będę z nimi konkurować, w końcu wszyscy jedziemy w tym samym kierunku.
- często jeździsz na stopa?
- często, zawsze. Życzę Wam żebyście dotarli szybko, pewnie za 2 dni będziecie na Lazurowym Wybrzeżu... Powodzenia! - uśmiecham się i odchodzę w stronę bielańskich marketów.
Gdy wracam na stację moich autostopowiczy już nie ma. Nawet się dziwię. Wyciągam kartkę DREZNO, uśmiecham się, teraz świeci słońce. Odwracam się za mijającym mnie samochodem i zauważam, że para autostopowiczy stoi 50 metrów dalej, już na autostradzie. - Ale do kitu miejscówa - myślę - ale lepiej dla mnie.
- Mogę Cię podwieźć do krzyżówki na Olszynę, bo później skręcam na Berlin - pyta kierowca z oldschoolowego Saaba - mówisz po polsku?
Nie pasuje mi ta trasa, będę stała na autostradzie, ale pierwsze wrażenie podpowiada CIEKAWA OSOBA...
- jasne, może być - odpowiadam po polsku.
Olaf jedzie do Magdeburga (to taki miły przypadek, że akurat piszę o nim przejeżdżając pociągiem przez to miasto). W jego starym Saabie podłoga ma wyściółkę ze śmieci i kubków po kawie. On sam, w szarej czapce, z rudym zarostem, inteligentnym, ciekawym spojrzeniem. Tak wygląda docent dizajnu z Magdeburskiej uczelni. Tak wygląda polski dizajner, który właśnie dostał kontrakt w Chinach.
Rzadko mi się zdarza trafić na silną nić porozumienia, konwersację albo znajomość, którą ma się ochotę kontynuować, pamiętać, która czegoś uczy. Olaf widocznie też się cieszy, że mnie zabrał, bo strasznie nudzi się podczas jazdy i chyba ma podobne odczucia, co ja. Debatujemy o sztuce, a 70-ciokilometrowa rozmowa wydłuża się do 220-stu. W połowie zdania o swoich ideach, widzę kątem oka parę do Marsylii, beznadziejnie stojących na autostradzie. Ale nie rozmyślam o nich, są wizualnym przecinkiem mojej wypowiedzi. Olaf zdecydował się zmienić trasę, pojechać przez Lipsk. I odwieźć mnie do Neustadt.
- gdy wyjadę do Chin będzie mi brakować tego samochodu. Zastanawiam się czy nie przejechać całej trasy Saabem. Symbolicznie... O, Drezno, który zjazd? Prowadź mnie.

Wysiadam na Luizie, za chwilę ściskam z Sebastianem, nie wiedząc, że za tydzień będę z nim beztrosko przemierzać Niemcy autostopem. W deszczu...