Deszczowy weekend spędzam w Kukulida, balansując między piętrami, przenosząc swoje rzeczy z pierwszego na trzecie piętro. Finalna przeprowadzka, mam nadzieję, że ostatnia na jakiś czas. Z małego, gościnnego pokoju tuż przy kuchni, do ogromnej, dwupokojowej przestrzeni. Idealnego miejsca na sypialnię i pracownię zarazem.
Tymczasem, z mojego nowego miejsca wyprowadza się Andriej, przenosi się do malutkiego pokoju naprzeciwko. Oboje przemieszczamy się ze swoimi gratami, krzyżujące się wektory naszych tras prowokują małe rozmowy. Z każdą turą przeprowadzkową znamy się coraz lepiej.
Ale a propos znajomości.
Jakiś czas temu otrzymałam zaskakującego maila z prośbą o udzielenie wywiadu. Moja historia miałaby być pomocna w pracy naukowej o przedsiębiorczości polaków we wschodnich Niemczech. To, jakim cudem kontakt został nawiązany już mnie w ogóle nie zdziwiło, bo sieci drezdeńskich koneksji i przypadków to osobny, cudaczny przypadek. Który już oswoiłam. I bardzo polubiłam. I sama pokochałam konstruowanie przypadków.
Odpisuję Pani Dorocie, zainteresowanej owym wywiadem, że bardzo chętnie opowiem jej swoją historię, ale przedsiębiorczą osobą nie jestem w ogóle. Została przez ów kontakt wprowadzona w błąd, nie posiadam działalności gospodarczej i daleka jestem ood takiego pomysłu. Mimo to, dalej potrzymuje zainteresowanie przeprowadzeniem wywiadu.
Kilka dni później podjeżdżam rowerem pod Muzeum Kraszewskiego w uroczej dzielnicy Drezna, między rzeczką Priessnitz a Łabą, uroczej willowej dzielnicy tuż przy Neustadt. Dorota okazuje się być młodą, fajną kobietą, prowadzącą badania dla kogoś, w charakterze pracy. Zanim zaczyna opowiadać mi o swojej pracy, już mam pewne wyobrażenie tego, co robi. Film drogi. Praca polega na jeżdżeniu po Niemczech, słuchaniu i nagrywaniu historii. Różne miejsca, różni ludzie, różne historie. Mówię jej, że powinna traktować to zlecenie w charakterze podróży.
Siadamy w kawiarni w Kunsthofpassage, opowiadamy o sobie. Przy okazji rozmowy o squatach i Poznaniu, okazuje się nawet, że mamy wspólnych znajomych.
- jak mieszkałam w Poznaniu, pamiętam, że był squat na św. Marcinie. Znałam stamtąd kilka osób, czasami przychodzili się do mnie wykąpać - wspomina Dorota.
- ciekawe kto, znam ekipę, która tam mieszkała - odpowiadam.
- znasz Ankę i Wojtka?
- jasne!
Oficjalna część spotkania, wywiad, trwa dziesięć minut, cała historia cztery godziny. Podczas których pijemy kawę, zajadamy ciasto, spacerujemy po alternatywnym Neustadt. Uwielbiam być przewodnikiem. Po swojemu pokazuje ciekawe miejsca, ulubione kąty, opowiadam po drodze historie związane z miejscami i mówię Dorocie o streetartowych, lokalnych twórcach.
Po kilku godzinach żegnamy się na granicy dzielnicy. Doroty już nie spotkam, ale koncepcja jednorazowej, czterogodzinnej znajomości niesamowicie mi się spodobała.
Tymczasem, z mojego nowego miejsca wyprowadza się Andriej, przenosi się do malutkiego pokoju naprzeciwko. Oboje przemieszczamy się ze swoimi gratami, krzyżujące się wektory naszych tras prowokują małe rozmowy. Z każdą turą przeprowadzkową znamy się coraz lepiej.
Ale a propos znajomości.
Jakiś czas temu otrzymałam zaskakującego maila z prośbą o udzielenie wywiadu. Moja historia miałaby być pomocna w pracy naukowej o przedsiębiorczości polaków we wschodnich Niemczech. To, jakim cudem kontakt został nawiązany już mnie w ogóle nie zdziwiło, bo sieci drezdeńskich koneksji i przypadków to osobny, cudaczny przypadek. Który już oswoiłam. I bardzo polubiłam. I sama pokochałam konstruowanie przypadków.
Odpisuję Pani Dorocie, zainteresowanej owym wywiadem, że bardzo chętnie opowiem jej swoją historię, ale przedsiębiorczą osobą nie jestem w ogóle. Została przez ów kontakt wprowadzona w błąd, nie posiadam działalności gospodarczej i daleka jestem ood takiego pomysłu. Mimo to, dalej potrzymuje zainteresowanie przeprowadzeniem wywiadu.
Kilka dni później podjeżdżam rowerem pod Muzeum Kraszewskiego w uroczej dzielnicy Drezna, między rzeczką Priessnitz a Łabą, uroczej willowej dzielnicy tuż przy Neustadt. Dorota okazuje się być młodą, fajną kobietą, prowadzącą badania dla kogoś, w charakterze pracy. Zanim zaczyna opowiadać mi o swojej pracy, już mam pewne wyobrażenie tego, co robi. Film drogi. Praca polega na jeżdżeniu po Niemczech, słuchaniu i nagrywaniu historii. Różne miejsca, różni ludzie, różne historie. Mówię jej, że powinna traktować to zlecenie w charakterze podróży.
Siadamy w kawiarni w Kunsthofpassage, opowiadamy o sobie. Przy okazji rozmowy o squatach i Poznaniu, okazuje się nawet, że mamy wspólnych znajomych.
- jak mieszkałam w Poznaniu, pamiętam, że był squat na św. Marcinie. Znałam stamtąd kilka osób, czasami przychodzili się do mnie wykąpać - wspomina Dorota.
- ciekawe kto, znam ekipę, która tam mieszkała - odpowiadam.
- znasz Ankę i Wojtka?
- jasne!
Oficjalna część spotkania, wywiad, trwa dziesięć minut, cała historia cztery godziny. Podczas których pijemy kawę, zajadamy ciasto, spacerujemy po alternatywnym Neustadt. Uwielbiam być przewodnikiem. Po swojemu pokazuje ciekawe miejsca, ulubione kąty, opowiadam po drodze historie związane z miejscami i mówię Dorocie o streetartowych, lokalnych twórcach.
Po kilku godzinach żegnamy się na granicy dzielnicy. Doroty już nie spotkam, ale koncepcja jednorazowej, czterogodzinnej znajomości niesamowicie mi się spodobała.
Fotki, wrzucaj fotki i rysunki...koniecznie.Pozdrowionka.
OdpowiedzUsuń