Sobota, popołudnie. Siedzę w przytulnym pokoju gościnnym, rytmizując słowa na klawiaturze. Jest mi zimno w stopy, generalnie jest bardzo mroźnie. Przez okno widzę fitness w sąsiedniej kamienicy. Dziewczyna w sportowym staniku biega w miejscu. Dzieli nas przepaść temperatur.
Sobota, południe. Siedzę w zaadoptowanym na teatr, pustym parterze. Czytam Włóczęgów Dharmy, marząc po cichu o życiu beatnika. Co jakiś czas słyszę sprzed domu dźwięk wiertarki, wyglądam przez okno i z uśmiechem na twarzy obserwuję jak Sasha tworzy lodowe dekoracje ze znalezionej na balkonie bryły.
- zajebisty pomysł, mogę Ci pomóc?
- spoko, już kończę, zamontuję tu jeszcze lampy, żeby stworzyć miły klimat na wieczór.
- robimy jakąś imprezę, o której nie wiem?
- raczej nie, nie wiem. Ale nie ma nic złego w lodowej sztuce - odpowiada. - Spójrz na tą ozdobę z kostek, podwiesimy ją przy oknie. A w tamtą dużą bryłę zwisającą z balkonu wsadzę światło.
Wracam do lektury, Ginsberg z Kerouakiem wypijają morze alkoholu i płyną.
Moje myśli odpływają do prostych historii autostopowych, gdy było nieco cieplej.
*
Nie każda podróż autostopowa sponsoruje szybkie przemieszczenie się do celu, obfitując w inspirujące rozmowy. Niektóre są dziwnymi hybrydami środków lokomocji, czasochłonnymi operacjami. Tak, jak moja styczniowa wycieczka z Sebastianem.
Sobota, późne popołudnie, niebo równie szare, jak wstążka autostrady, jak przedmieścia Hamburga. Życzliwy i serdecznie nastawiony do życia Sebastian, dzisiaj prezentuje szary, nieprzystający do niego humor i nastawienie na podróż, za to współgrający idealnie z otaczającą nas aurą.
- Wolałbym siedzieć w pociągu i czytać książkę, myślisz, że dojedziemy dzisiaj do Drezna? To całkiem długa droga... - mówi.
- Nie wiem czy to takie istotne, gdzie dzisiaj dojedziemy. Transport i dobrzy ludzie są wszędzie, dojedziemy do Magdeburga, możemy wsiąść w pociąg, trafimy do Lipska, możemy odwiedzić znajomych, wylądujemy w miasteczku o którym nikt nie słyszał, to pogawędzimy z babunią i zjemy jej wszystkie ciasteczka. Ale póki co, wypróbujmy autostop w nowym roku. Widzę stację benzynową. - patrzę na Sebastiana i mam wrażenie, że muszę mu dodać jakiejś motywacji, babunia na zadupiu nie podziałała na wyobraźnię.
Bez słowa rozdzielamy się na stacji benzynowej i każdy na własną rękę przeprowadza swój własny eksperyment socjologiczny. Ustawiam się pod zadaszeniem, zrzucam z ramion plecak i wymieniam na tablicę korkową z wypisanymi wcześniej nazwami niemieckich miast. Tablicę znalazłam kilka dni wcześniej na ulicy w Altonie, dzielnicy Hamburga. Właściwie, to znalazłam ją w parku.
Moja metoda jest prosta. Trzymam tablicę, uśmiecham się do startujących samochodów, kierowców, śledzę ich spojrzenia. Niektórzy patrzą na wypisane miejscowości, kiwają głowami wschód-zachód raczej niż północ-południe, tak jak jedziemy. Większość omija wzrokiem tabliczkę i rejestruje smukłość moich ud, eksponowanych w różowej mini spódniczce. Spoglądam także na Sebastiana, jak zgarbiony pod ciężarem plecaka, wędruje od samochodu do samochodu z szlachetnym pytaniem o podwózkę w miejsce oddalone o 100, 200 albo 500 kilometrów.
Na stacjach benzynowych nic nie umknie uwadze, wszystko dzieje się powoli. Każde spojrzenie, ruch, samochód, zakupiona kawa, wszystko zapisane w kronice powolnych wydarzeń.
Uda w pasiastych rajstopach wygrały pierwszą rozgrywkę autostopową, uśmiechnięty student biochemii zabiera nas do Hannoveru.
Sebastian siada z przodu, ku niezadowoleniu kierowcy, ale używa swojej niesamowitej zdolności konwersacji i przez godzinę prawdopodobnie dowiaduje się więcej o naszym kierowcy niż wiedzą jego rodzice. Cały czas się zastanawiam jak on to robi.
Ja tymczasem przymykam oczy i zasypiam.
Student wysadza nas na przedmieściach Hannoveru, demotywując Sebastiana do reszty. Podupadają nam morale, bo sytuacja jest słaba. Po wnikliwym przestudiowaniu palety możliwości (autostop, pociąg, carpooling, wycieczka po Hannoverze) podczas drogi na dworzec, Sebastian poddaje się.
- Hej, - pocieszam, - znajdźmy mapę i potraktujmy Hannover jak plac zabaw. Przetransportujemy się z powrotem na autostradę za pomocą mapy, internetu i tramwajów, zrobimy licencjat z hannoverskiej komunikacji miejskiej i ruszamy dalej autostopem. Oboje nie mamy kasy na pociąg i mamy nieokreślony limit czasowy, więc pomijając gównianą pogodę, przygoda! Poddaj się jej, Sebastian, może następny kierowca zaoferuję ci cudowną konwersację.
Szybko wypełniamy zadaną nam przez kierowcę miejską zagwozdkę, po dwóch godzinach, trzech tramwajach i jednym autobusie stoimy na stacji benzynowej przy majestatycznej autostradzie numer 2. Drodze 66 Niemiec. Recytuję kilometry z pamięci.
Niemniej jednak, pada deszcz, jest przejmująco zimno, a mapa kraju, która w tajemniczych okolicznościach wpadła Sebastianowi w ręce, jest bezużyteczna. No, może pełni funkcje antycznego artefaktu dodającego poczucie bezpieczeństwa.
Sebastian dalej działa swoją taktyką, pytając kierowców, ja również wypróbowuję jego sposób zawężając grono ankietowanych do polskich rejestracji. Pół godziny, siedzimy w vanie Marcina z Poznania. Wesołego chłopaka, który zgodził się zabrać nas i schronić przed niesprzyjającą aurą pogodową. Podczas gdy Sebastian przysnął z twarzą przyklejoną do szyby, ja prowadzę nic nie znaczącą konwersacje z Marcinem, taką rozmowę wypełniającą czas, rozmazującą pokonywane kilometry.
Na stacji w Magdeburgu kupuję czekoladę, zjemy ją w kolejnym vanie. Kierowcy z Uzbekistanu. Misiu za kierownicą milczy, Sebastian pogrążony w studiowaniu smsów, z kontrapunktem radia i mojego śpiewu. Kierowca podgłaśnia radio, albo lubi Beatlesów tak, jak ja, albo nie podoba mu się moja wersja Hey Jude.
W końcu Sebastian odrywa wzrok od telefonu, patrzy na mnie zmotywowanym spojrzeniem:
- Maxime pyta czy jestem w Dreźnie. To wystarczająca motywacja, żeby jechać do domu - mówi.
- Randeczka! Cudownie - uśmiecham się do Sebastiana. I łamanym niemieckim mówię kierowcy, że zostaniemy przed Lipskiem, gdzieś na stacji, nie jedziemy jednak do miasta.
No więc uzbekistańczyk zostawia nas na stacji benzynowej przed Lipskiem. Pogoda się zmieniła. Na gorsze - a o plusach podróżowania autostopem w deszczu można mówić krótko - jest bez sensu.
Mój towarzysz podróży zostawia mnie z plecakami w pobliskim burger kingu, gdzie oddaje się konsumpcji frytek, które ktoś zostawił przy jednym ze stolików. Sebastian z kolei zadaje kierowcom odwieczne pytania, recytując prośbę o podwózkę jak wyznanie wiary. Po jakimś czasie wraca do bistra:
- tam jest van z polskim kierowcą, który mnie za grosz nie rozumie. Ale myślę, że możesz go przekonać, pójdziesz?
Wracam po kilku minutach, uśmiecham się bez słowa, zabierając plecak. Sebastian robi to samo, uśmiech, plecak, wychodzimy.
Marek jest szkutnikiem i od nastolatka pracuje w Holandii przy budowie jachtów. Opowiada nam zaskakujące historie ze świata holenderskiego czarnego rynku, mrożące krew w żyłach historie portowe przeplatane anegdotkami z życia polskiego pracownika w dalekich krajach. I przy okazji podwozi nas do Hecht, dzielnicy szczupaka.
- Piękny tandem - mówi Sebastian z uśmiechem autostopowicza u kresu podróży - cztery kursy, dwa polsko-, dwa niemieckojęzyczne, nawet zła pogoda nie była straszna, czekania też nie było dużo.
- Intryguje mnie mechanizm zmiany postrzegania podróży z każdym przebytym kilometrem - odpowiadam mu uśmiechem. I żegnamy się w deszczu.
*
Wracając do Włóczęgów Dharmy Kerouaca:
(...)wkrótce świat będzie pełen wędrowców z plecakami, włóczęgów Dharmy, odmawiających swojego podpisu pod powszechnym nakazem konsumpcji dóbr produkcyjnych, a także przymusowej pracy, która daje przywilej konsumpcji tego całego gówna, tych wszystkich pieprzonych lodówek, telewizorów, samochodów (a potem jeszcze nowszych, fantastycznych modeli), szamponów, odżywek do włosów i dezodorantów, których ludzie wcale nie pragną, tak samo jak nie pragną tej ogromnej góry odpadków w śmietniku, rosnącej co tydzień od nowa. Wszyscy są więźniami pracy-produkcji-konsumpcji. Mam wizję wielkiej rewolucji plecaków, której dokonają tysiące, a nawet miliony młodych Amerykanów, wędrujących z plecakami po kraju, wyruszających w góry, by medytować i modlić się samotnie, rozśmieszających dzieci i niosących radość starcom, uszczęśliwiających młode dziewczęta i umiejących sprawić, że nieco starsze dziewczyny poczują się szczęśliwsze. Widzę już tych szalonych wędrowców zen, którzy piszą wiersze w drodze, ktedy tylko przyjdzie im na to ochota, są życzliwi wobec wszystkich ludzi i swymi nieoczekiwanymi uczynkami podtrzymują w duszach zwykłych ludzi marzenie o wiecznej powszechnej wolności wszystkich istot bez wyjątku...
Sobota, południe. Siedzę w zaadoptowanym na teatr, pustym parterze. Czytam Włóczęgów Dharmy, marząc po cichu o życiu beatnika. Co jakiś czas słyszę sprzed domu dźwięk wiertarki, wyglądam przez okno i z uśmiechem na twarzy obserwuję jak Sasha tworzy lodowe dekoracje ze znalezionej na balkonie bryły.
- zajebisty pomysł, mogę Ci pomóc?
- spoko, już kończę, zamontuję tu jeszcze lampy, żeby stworzyć miły klimat na wieczór.
- robimy jakąś imprezę, o której nie wiem?
- raczej nie, nie wiem. Ale nie ma nic złego w lodowej sztuce - odpowiada. - Spójrz na tą ozdobę z kostek, podwiesimy ją przy oknie. A w tamtą dużą bryłę zwisającą z balkonu wsadzę światło.
Wracam do lektury, Ginsberg z Kerouakiem wypijają morze alkoholu i płyną.
Moje myśli odpływają do prostych historii autostopowych, gdy było nieco cieplej.
*
Nie każda podróż autostopowa sponsoruje szybkie przemieszczenie się do celu, obfitując w inspirujące rozmowy. Niektóre są dziwnymi hybrydami środków lokomocji, czasochłonnymi operacjami. Tak, jak moja styczniowa wycieczka z Sebastianem.
Sobota, późne popołudnie, niebo równie szare, jak wstążka autostrady, jak przedmieścia Hamburga. Życzliwy i serdecznie nastawiony do życia Sebastian, dzisiaj prezentuje szary, nieprzystający do niego humor i nastawienie na podróż, za to współgrający idealnie z otaczającą nas aurą.
- Wolałbym siedzieć w pociągu i czytać książkę, myślisz, że dojedziemy dzisiaj do Drezna? To całkiem długa droga... - mówi.
- Nie wiem czy to takie istotne, gdzie dzisiaj dojedziemy. Transport i dobrzy ludzie są wszędzie, dojedziemy do Magdeburga, możemy wsiąść w pociąg, trafimy do Lipska, możemy odwiedzić znajomych, wylądujemy w miasteczku o którym nikt nie słyszał, to pogawędzimy z babunią i zjemy jej wszystkie ciasteczka. Ale póki co, wypróbujmy autostop w nowym roku. Widzę stację benzynową. - patrzę na Sebastiana i mam wrażenie, że muszę mu dodać jakiejś motywacji, babunia na zadupiu nie podziałała na wyobraźnię.
Bez słowa rozdzielamy się na stacji benzynowej i każdy na własną rękę przeprowadza swój własny eksperyment socjologiczny. Ustawiam się pod zadaszeniem, zrzucam z ramion plecak i wymieniam na tablicę korkową z wypisanymi wcześniej nazwami niemieckich miast. Tablicę znalazłam kilka dni wcześniej na ulicy w Altonie, dzielnicy Hamburga. Właściwie, to znalazłam ją w parku.
Moja metoda jest prosta. Trzymam tablicę, uśmiecham się do startujących samochodów, kierowców, śledzę ich spojrzenia. Niektórzy patrzą na wypisane miejscowości, kiwają głowami wschód-zachód raczej niż północ-południe, tak jak jedziemy. Większość omija wzrokiem tabliczkę i rejestruje smukłość moich ud, eksponowanych w różowej mini spódniczce. Spoglądam także na Sebastiana, jak zgarbiony pod ciężarem plecaka, wędruje od samochodu do samochodu z szlachetnym pytaniem o podwózkę w miejsce oddalone o 100, 200 albo 500 kilometrów.
Na stacjach benzynowych nic nie umknie uwadze, wszystko dzieje się powoli. Każde spojrzenie, ruch, samochód, zakupiona kawa, wszystko zapisane w kronice powolnych wydarzeń.
Uda w pasiastych rajstopach wygrały pierwszą rozgrywkę autostopową, uśmiechnięty student biochemii zabiera nas do Hannoveru.
Sebastian siada z przodu, ku niezadowoleniu kierowcy, ale używa swojej niesamowitej zdolności konwersacji i przez godzinę prawdopodobnie dowiaduje się więcej o naszym kierowcy niż wiedzą jego rodzice. Cały czas się zastanawiam jak on to robi.
Ja tymczasem przymykam oczy i zasypiam.
Student wysadza nas na przedmieściach Hannoveru, demotywując Sebastiana do reszty. Podupadają nam morale, bo sytuacja jest słaba. Po wnikliwym przestudiowaniu palety możliwości (autostop, pociąg, carpooling, wycieczka po Hannoverze) podczas drogi na dworzec, Sebastian poddaje się.
- Hej, - pocieszam, - znajdźmy mapę i potraktujmy Hannover jak plac zabaw. Przetransportujemy się z powrotem na autostradę za pomocą mapy, internetu i tramwajów, zrobimy licencjat z hannoverskiej komunikacji miejskiej i ruszamy dalej autostopem. Oboje nie mamy kasy na pociąg i mamy nieokreślony limit czasowy, więc pomijając gównianą pogodę, przygoda! Poddaj się jej, Sebastian, może następny kierowca zaoferuję ci cudowną konwersację.
Szybko wypełniamy zadaną nam przez kierowcę miejską zagwozdkę, po dwóch godzinach, trzech tramwajach i jednym autobusie stoimy na stacji benzynowej przy majestatycznej autostradzie numer 2. Drodze 66 Niemiec. Recytuję kilometry z pamięci.
Niemniej jednak, pada deszcz, jest przejmująco zimno, a mapa kraju, która w tajemniczych okolicznościach wpadła Sebastianowi w ręce, jest bezużyteczna. No, może pełni funkcje antycznego artefaktu dodającego poczucie bezpieczeństwa.
Sebastian dalej działa swoją taktyką, pytając kierowców, ja również wypróbowuję jego sposób zawężając grono ankietowanych do polskich rejestracji. Pół godziny, siedzimy w vanie Marcina z Poznania. Wesołego chłopaka, który zgodził się zabrać nas i schronić przed niesprzyjającą aurą pogodową. Podczas gdy Sebastian przysnął z twarzą przyklejoną do szyby, ja prowadzę nic nie znaczącą konwersacje z Marcinem, taką rozmowę wypełniającą czas, rozmazującą pokonywane kilometry.
Na stacji w Magdeburgu kupuję czekoladę, zjemy ją w kolejnym vanie. Kierowcy z Uzbekistanu. Misiu za kierownicą milczy, Sebastian pogrążony w studiowaniu smsów, z kontrapunktem radia i mojego śpiewu. Kierowca podgłaśnia radio, albo lubi Beatlesów tak, jak ja, albo nie podoba mu się moja wersja Hey Jude.
W końcu Sebastian odrywa wzrok od telefonu, patrzy na mnie zmotywowanym spojrzeniem:
- Maxime pyta czy jestem w Dreźnie. To wystarczająca motywacja, żeby jechać do domu - mówi.
- Randeczka! Cudownie - uśmiecham się do Sebastiana. I łamanym niemieckim mówię kierowcy, że zostaniemy przed Lipskiem, gdzieś na stacji, nie jedziemy jednak do miasta.
No więc uzbekistańczyk zostawia nas na stacji benzynowej przed Lipskiem. Pogoda się zmieniła. Na gorsze - a o plusach podróżowania autostopem w deszczu można mówić krótko - jest bez sensu.
Mój towarzysz podróży zostawia mnie z plecakami w pobliskim burger kingu, gdzie oddaje się konsumpcji frytek, które ktoś zostawił przy jednym ze stolików. Sebastian z kolei zadaje kierowcom odwieczne pytania, recytując prośbę o podwózkę jak wyznanie wiary. Po jakimś czasie wraca do bistra:
- tam jest van z polskim kierowcą, który mnie za grosz nie rozumie. Ale myślę, że możesz go przekonać, pójdziesz?
Wracam po kilku minutach, uśmiecham się bez słowa, zabierając plecak. Sebastian robi to samo, uśmiech, plecak, wychodzimy.
Marek jest szkutnikiem i od nastolatka pracuje w Holandii przy budowie jachtów. Opowiada nam zaskakujące historie ze świata holenderskiego czarnego rynku, mrożące krew w żyłach historie portowe przeplatane anegdotkami z życia polskiego pracownika w dalekich krajach. I przy okazji podwozi nas do Hecht, dzielnicy szczupaka.
- Piękny tandem - mówi Sebastian z uśmiechem autostopowicza u kresu podróży - cztery kursy, dwa polsko-, dwa niemieckojęzyczne, nawet zła pogoda nie była straszna, czekania też nie było dużo.
- Intryguje mnie mechanizm zmiany postrzegania podróży z każdym przebytym kilometrem - odpowiadam mu uśmiechem. I żegnamy się w deszczu.
*
Wracając do Włóczęgów Dharmy Kerouaca:
(...)wkrótce świat będzie pełen wędrowców z plecakami, włóczęgów Dharmy, odmawiających swojego podpisu pod powszechnym nakazem konsumpcji dóbr produkcyjnych, a także przymusowej pracy, która daje przywilej konsumpcji tego całego gówna, tych wszystkich pieprzonych lodówek, telewizorów, samochodów (a potem jeszcze nowszych, fantastycznych modeli), szamponów, odżywek do włosów i dezodorantów, których ludzie wcale nie pragną, tak samo jak nie pragną tej ogromnej góry odpadków w śmietniku, rosnącej co tydzień od nowa. Wszyscy są więźniami pracy-produkcji-konsumpcji. Mam wizję wielkiej rewolucji plecaków, której dokonają tysiące, a nawet miliony młodych Amerykanów, wędrujących z plecakami po kraju, wyruszających w góry, by medytować i modlić się samotnie, rozśmieszających dzieci i niosących radość starcom, uszczęśliwiających młode dziewczęta i umiejących sprawić, że nieco starsze dziewczyny poczują się szczęśliwsze. Widzę już tych szalonych wędrowców zen, którzy piszą wiersze w drodze, ktedy tylko przyjdzie im na to ochota, są życzliwi wobec wszystkich ludzi i swymi nieoczekiwanymi uczynkami podtrzymują w duszach zwykłych ludzi marzenie o wiecznej powszechnej wolności wszystkich istot bez wyjątku...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz