czwartek, 28 marca 2013

św. Krzysztof od kun

Pamiątką z nużącej i długiej podróży po Wielkopolsce jest mały kolaż, wykonany na spontanie z drobiazgów nabytych podczas drogi. Tego dnia, Krzysztof podarował mi skan swojego dyplomu, a jak wiadomo święty Krzysztof to patron drogi. Mój opiekun jest dobrym moderatorem rozmów o przysmakach Mongolii, do tego świetny znawca polskich, nadmorskich pipidów. Pewnie wymyśliłby także lepszy rym z "kolażem z podróży" ;) 


Kierowca, który podrzucił mnie do Legnicy poprosił bym wyciągnęła mapę Polski ze schowka. Zdziwił się, gdy wybuchnęłam śmiechem wyciągając odstraszacz na kuny:
- no co? wiesz jakie one są złośliwe? Pałętają się takie przy samochodzie, podgryzają kable, a takie to inteligentne... Do klatki nie wejdzie, zabić nie można, bo pod ochroną. tylko odstraszyć - mówi.
Szybko zmieniamy jednak temat i trzymając w ręku środek przeciwko kunom, wsłuchuję się w wykład o włoskich klubach piłkarskich.

środa, 27 marca 2013

Pokora.

Kolejne 1300 autostopowych kilometrów za mną. Znam ten dystans na pamięć, Drezno-Wrocław-Poznań-Tychy-Drezno. Niby ta sama droga, za każdym razem składa się z innych odcinków, historii, twarzy.
Trochę statystyk jako wstęp: 5 dni, 4 miasta, 2 imprezy, -1st. C. Te 1300 km drogi między moimi polskimi domami to 18 kursów autostopowych, a więc 18 zupełnie innych historii.

*

Pewnego ranka, siadam do komputera usiłując ukończyć artykuł o polskich atrakcjach turystycznych. Już po godzinie, oczy wychodzą mi z orbit od intensywnego kontaktu wzrokowego z ekranem i zastanawiam się czy  nie lepiej dokończyć go w Polsce. Pakuję laptop, kilka ciuchów do plecaka, godzinę później jestem już na drodze. A raczej w Tirze, bo nie czekam nawet minuty na pierwszy kurs w kierunku polskiej granicy. Relatywnie szybko docieram też do Wrocławia. Z jednej ciężarówki do drugiej, schodki, drabinki, trzaskanie wielkimi drzwiami, przedstawianie się i dziękowanie. I podróż przez CB radio. Marcin jedzie do Bautzen, gdzie ma rozładunek. Pochodzi z Lubania i mówi mi krótko, że to najlepsza robota, jaką można w jego okolicy znaleźć:
- nie znajdziesz dobrej pracy w Lubaniu. Nie takiej, w której zarobisz osiem kafli na miesiąc - chwali się - tylko tir albo jechanie na fajce, ale szacun jak znajdziesz coś innego, daj cynk, bo nie lubie jeździć.
Zastanawiam się przez moment, co oznacza "jechanie na fajce" i czy pragnę szukać pracy w Lubaniu, ale zostawiam to już bez komentarza. Przez radio ustawia mi następny kurs, a kolejny kierowca jest mistrzem zen z Sandomierza. Starszy kierowca tira, który twierdzi, że nie zazdrości, to jego wielka zaleta. Ludzi ocenia tylko ich miarą, a sam chciałby żyć samotnie na Syberii. Opowiadam mu o swoim marzeniu wyprawy do Mali, a on rewanżuje mi się opowieścią o wymarzonej podróży do RPA, którą z resztą odbył. Zen master zostawia mnie na "kogucie", czyli pod wiaduktem na środku autostrady. Mam się nie martwić, to znane miejsce na podróż okazją, mówi. Kogut to zajazd przy zjeździe na Legnicę, stań tam, a każdy kierowca Tira będzie wiedział, że zostawił cię tu inny. Żegnamy się, a po chwili stoję na autostradzie z wyciągniętym kciukiem. Tylko chwilę. Z koguta zgarnia mnie Przemek, jedzie do Krakowa, on milczy, ja śpiewam radiowe przeboje. Kapliczka autostopowa Bielany, zaczynam wojaże po Wrocławiu.

*

Pokory uczy mnie autostop z Poznania. Zaczynam dzień od napisania trenu do zepsutego laptopa, zamiast kontynuacji artykułu. Deadline należy do przeszłości, tak jak narzędzie pracy. Ale podróż w trakcie.
Piękna pogoda, słońce opala mi twarz, a wiatr sprawia, że czuję się jak na Syberyjskiej pustelni. Jak na złość, czekam prawie dwie godziny na podwózkę. Najpierw zatrzymuje się cygańska fura, a kierowca pyta się, gdzie się wybieram:
-Katowice - odpowiadam nachylona do szyby mercedesa (z nadzieją, że zaraz się w nim ogrzeje)
- nie pytam gdzie jedziesz, tylko gdzie chcesz jechać - mówi grubszy, uśmiechnięty Rom. Dzieciaki na tylnym siedzeniu usmiechają się do mnie. Przestają się uśmiechać, gdy odpowiadam.
- eee, Afryka...
Uśmiechnięci cyganie odjeżdżają bez komentarza.
Moja pierwsza okazja, to nie Mali, ani nawet Wrocław, tylko jakaś podpoznańska bździna, do której doszłabym pieszo w tym samym czasie. Zanim dojadę do Leszna, oddalonego od Poznania o 80 km, minie 5 godzin. I jakieś cztery, krótkie, krajobrazoznawcze kursy autostopowe. Leszno, swoją drogą, jest obiektem kpin autostopowiczów. Rozległe miasto wije się wzdłuż długiej drogi przelotowej, a taka przeprawa to prawdziwe camino de Leszno. Inteligentnie wysiadam więc przed miastem i zrezygnowana, ale wciąż z uśmiechem, łapię stopa na Wrocław. Czekam pół godziny, słońce zaszło. Miejscowy dziadek zabiera mnie do miasta, przejęty moim losem, postanawia wsadzić mnie w pociąg do Tychów i zapłacić mi za bilet. Nie opieram się, bo jestem zrezygnowana, ale PKP opiera się mojej destynacji - takowa nie istnieje. A nawet jeśli wybrałabym bliższy Wrocław, byłoby to równoznaczne ze studiowaniem architektury tutejszego dworca przez cztery godziny. Dziadek chce mi dotrzymać towarzystwa... Proszę go, by zamiast biletu na pociąg, zawiózł mnie za Leszno, gdzie na pewno szybciej znajdę sobie transport do Wrocławia. Jemy jeszcze żurek w barze Zbyhal, ekspedientka mówi, że są tu najlepsze w Lesznie flaczki. Wierzę jej na słowo...
Do Wrocławia docieram migiem, rozradowana opowiadam kierowcy, że odrobiłam swoją lekcję pokory i teraz może być tylko lepiej. Kierowca opowiada mi za to swoje CV z detalami, jak się ogarnął bez matury i założył dobrze prosperującą firmę logistyczną. Jakie ma problemy z kierowcami, dzwonią do niego co chwilę, telefon papieros telefon papieros. O jeden telefon za dużo, a ja muszę wysiąść, nieszczęśliwie na krzyżówce autostrady. Klnę głośniej niż hałas samochodów i pokornie ruszam na intensywny trekkingowy spacer autostradowy. Camino de Bielany. Myślę sobie, jestem wariatka, dylam po nocy wzdłuż autostrady, dobrowolnie, po kilku godzinach na mrozie.
Bielany. Stacja Orlenu jest pusta o tej godzinie, ruch mały. A mimo to, zatrzymuję pierwszy samochód. Z Tomaszem rozmawiam przez dwie godziny o duchowości. Powie mi, że jego misją życiową jest rozwijanie swoich możliwości i wkraczanie na wyższe poziomy. Mówi mi też, że nasze życie zostało już dawno zapisane i nie musimy się w ogóle wysilać, by osiągnąć to, czego pragniemy. Wystarczy werbalizować nasze marzenia, motywować się lub modlić, a to wszystko się spełni, gdy umiejętnie interpretujemy znaki od życia. Według jego filozofii, musiałam przebyć tego dnia autostopową gehennę, żeby trafić właśnie na niego - bo mam dużo pytań i chcę rozwijać swoją duchowość. Historia potoczyła się tak, bym na sam koniec wyboistej drogi dostała odpowiednie nauki i ukierunkowanie. Tomasz opowiada mi o czerpaniu energii słonecznej i nie jedzeniu, co od jakiegoś czasu bardzo mnie fascynuje. Opowiada mi też o interpretowaniu Biblii, transcendencji i wychodzeniu z ciała.
Docieram późno w nocy do Katowic, autobusy same mi się zatrzymują pod stopami, nigdzie już nie czekam i nie marznę, docieram do domu uberszybko.

*

Autostop to kalejdoskop.
Nie moja rola w tym, by zachęcać kogokolwiek to takich podróży. Jeżdżę sama, z reguły przemieszczam się po Polsce i innych krajach w takim samym tempie jak transport odpłatny. Płacisz za bilet, kilka godzin, jesteś w punkcie B. Czytasz książkę w dusznym przedziale, ktoś obok chrapie, ktoś sprawdza bilety. Autostop to szereg egzotycznych spotkań, które nie przydarzą się na co dzień w twoim otoczeniu. Czasem czekam. Czasem spaceruję. A czasem siedzę na stacji benzynowej, piję kawę i obserwuję powolne życie w tych małych, przydrożnych miasteczkach.
Na trasie Tychy-Drezno też musiałam sporo poczekać w niezbyt przyjaznych warunkach pogodowych. Ale usłyszałam od dwóch kierowców, że będą historię odważnej autostopowiczki opowiadać dalej. Bo inspiruje.

niedziela, 17 marca 2013

Neustadt to... część 1.

Neustadt jest jak spokojny marzyciel na lekkim haju. Neustadt zachwyca się wszystkim, co ekologiczne i naturalne, co kolorowe i artystyczne. Neustadt uwielbia gotować i organizować kulinarno-herbaciane spędy. Nie śpieszy się i przyciąga do siebie dziwaków.

W tej młodzieżowej dzielnicy Drezna, bezdomni mają swoje ksywki. Najsłynniejszy ma ksywkę Schneewitschen, Snow man. Krótka charakterystyka: rower obładowany fantami i butelkami na wymianę, w koszyku sterta gazet, radio z muzyką klasyczną. I łagodny uśmiech. Schneewitchnego usłyszysz z daleka: skrzypiący rower i brzdęki butelek jako akompaniament muzyki klasycznej. Musiałam sprawdzić tą urban legend, więc pewnego dnia, spotkawszy go na ulicy, zagadałam. Przedstawił się, tak jak legenda wskazuje, opowiedział mi trochę o Krakowie, cały czas obdarzając mnie tym uśmiechem. Uśmiechem spokojnego marzyciela na lekkim haju.

Neustadt kocha jedzenie spod znaku BIO. Na terenie dzielnicy, i miasta, znajdzie się sporo bio marketów, które oferują ekologiczne produkty. O ile BIO kocha każdy i nie kwestionuje świadomej konsumpcji, całkiem śmiesznie przedstawia się z sytuacja z innymi dietami światopoglądowymi. Neustadt jest wegetariańskie, choć jest to dość ambiwalentne pojęcie. Jeśli przeprowadzić ankietę wśród mieszkańców dzielnicy, okaże się, że każdy jest wegetarianinem. Co nie oznacza, że nie można zjeść kebaba od czasu do czasu. Weganizm jest całkiem popularny, aczkolwiek spotyka się z ironicznym komentarzem.

Hannes i Alex organizują brunch w Kukulida. Przynieś jedzenie, posiedz w naszym barze, pogadaj z ludźmi, posłuchaj muzyki. Dzień przed brunchem, Hannes opowiada mi, że usłyszał na ulicy rozmowę o naszym kulinarnym wydarzeniu. Ktoś polecał innej osobie wegański brancz w alternatywnej knajpie. Nie dziwię się, że mój współlokator się zbulwersował, bo ani nie jesteśmy wegańscy, ani alternatywna knajpa. Ale najwidoczniej użycie słowa "wegan" jest zajebistą reklamą.
 - Neustadt kocha też Indie, więc czemu nie zapraszać ludzi na indyjski brunch? - pytam ironiczne.
 - Bo indie to kurczak curry, o ile mi wiadomo, słabo wegański - odpowiada Alex. I dodaje - ale wegetariański w stylu Neustadt.

Od weganizmu wychodzi inny, antykonsumpcyjny styl życia, z którym się utożsamiam, utożsamia się z nim także Neustadt. Nurt freegan to rezygnacja z używania pieniądza, na rzecz wykorzystywania tego, co mamy. Także tego, co odrzucone. Freegan robi zakupy w śmietniku. Tak, właśnie w śmietniku. Wykorzystuje to, co dostawca żywności odrzuca. Przetwarza odpady, recykluje, znajduje, naprawia. Nie robi zakupów za pieniądze w sklepach BIO, bo wszystkie składniki na gigantyczny posiłek znajduje za sklepem. Zdziwić się można, co trafia na śmietnik - przyzwyczaiłam się już, że wśród śmieci mogę znaleźć karton czekolad albo puszki z olejem pistacjowym. Trafiają tam, bo nie zostały kupione przed upływem ważności. Ale co znaczy właściwie data ważności na produkcie? Że w danym dniu, o dokładnej godzinie towar nie nadaje się do spożycia? Znaczy to tylko tyle, że producent nie bierze już odpowiedzialności za to, co sprzedał.
Melony, marakuje, truskawki, pomarańcze, jabłka, banany - to właściwie codzienny składnik mojej diety. Dania przygotowuje głównie z warzyw, czasami całkiem wymyślne. Znajduję wystarczająco dużo jedzenia, żeby ugotować coś dla znajomych lub domowników i jeszcze zrobić sobie słoiki z ratatuille. A niesamowicie fajne jest to, że idąc na zakupy za sklep poznaję spokojnych marzycieli, robiących to samo, co ja. Dzielimy się zakupami, wymieniamy przepisami i bóg wie czym jeszcze, idziemy w swoich kierunkach.

Neustadt jest jak spokojny marzyciel na lekkim haju. Nie da ci mocnych emocji, zawrotu głowy od ekstremalnych wrażeń. Jest miejscem do medytacji i twórczości, ale nie urwie ci głowy, nie wywoła paniki. Może właśnie dlatego połowa mieszkańców marzy na głos o wyprawie do Indii, miejsca znanego z bólu głowy, spowodowanego natłokiem nieprawdopodobnych wrażeń.

wtorek, 12 marca 2013

paradygmaty podróżnicze.

W kręgu moich znajomych znajduje się sporo podróżników. Różne style uprawiania turystyki, inne inspiracje, charaktery z kosmosu, i z kosmosu wyzwania. Niektórzy z nich wsiadają w samoloty, by na innym kontynencie wrzucić 20 kg tymczasowego domu na plecy i ruszyć pieszo zwiedzać np. Indie.

*
paradygmat mieszkańca Neustadt # 1
 Skoro już jesteśmy przy Indiach, to czas na małą dygresję i ukłon w stronę mieszkańców Drezna. Neustadt słynnie z umiłowania do Dalekiego Wschodu - India shopów i sklepów z kulinariami jest pewnie tyle, co kebabów, a szkół jogi drugie tyle. Co 3 mieszkaniec Neustadt był w Indiach przynajmniej raz, co drugi wybiera się do Indii w niedalekiej przyszłości. Mój sąsiad, prawnik-hipster, mówi językiem pendżabskim, czym zadziwił mnie kiedyś rozmawiając z hinduskim kelnerem... w tureckim kebabie. Pisząc to, para z Kukulidy przemierza bezdroża Indii z plecakami.

*

O, mam takiego kolegę, który uwielbia podróżować samolotami. I zwiedzać hotele. Zdecydowanie nie jest najbogatszym człowiekiem świata, ale nie stanowi dla niego problemu wybrać się do Szanghaju, gdzie gwoździem programu jest długi lot maszyną X, o silniku Y oraz nocleg w hotelu Z. Miłość do samolotów zaprowadziła go z resztą do pracy stewarda.
Koleżanka ze studiów, której z resztą bardzo dawno nie widziałam (pewnie podróżuje), postawiła stopę w tylu miejscach, że mogę spokojnie założyć, widziała więcej, niż wszystkie osoby wspomniane w tym tekście. Bogaty kochanek zabiera ją na międzykontynentalne, luksusowe wycieczki. Specjalizacja: rejsy.

Maciek, wspaniały towarzysz podróży, nie ma problemu ze zdecydowaniem się na wycieczkę. Widziałam kilkakrotnie jak po odebraniu kilkuminutowego telefonu odpowiada: - "właśnie kupiłem bilet do Tanzanii" albo "jadę do Kirgistanu". Takiego telefonu może się spodziewać od innej, bliskiej mi osoby, którą można określić jako maniaka promocji i konkursów. Zdzichu jeździ często i gęsto, turystycznie, autostopowo, rowerowo. Bez względu na to, jakiej destynacji, by nie wybrał - napewno zrobi to taniej od ciebie.
Mi samej zdarzyło się odebrać telefon od Maćka, oznajmić mu gdzie jestem i co robię, zdziwić się, że chce przyjechać i jeszcze bardziej, gdy po dwóch dniach się widzimy. Co z tego, że połączenie telefoniczne zbliżało nas przykładowo o tysiąc kilometrów. Wystarczy wyjść z domu, mówią niektórzy.

*

Znam też kilku podróżników z misją. Takich, co jadą do innych krajów, robią dobre uczynki, a później o swoich wycieczkach opowiadają w innym kraju, to znaczy w Polsce. Jest blog i fanpage, czasami jest sponsor wycieczki. Choć sponsorów i lajków więcej mają Ci, co uprawiają turystykę wyczynową. Rowerem przez Bajkał? W zimę? Z północy na południe? Dwójka kolegów poznanych jeszcze w Poznaniu chyba właśnie walczy o tytuł najbardziej monotonnego krajobrazu podczas wyprawy. Choć podziwiam zapał i wyzwanie, czasami nie rozumiem czym kierują się ludzie wybierając takie, a nie inne destynacje. Powoli zmierzam do tego, że kilka dni temu, podczas ekstremalnej wyprawy, bardzo inspirująca postać zaginęła w górach Pakistanu. Tomkowi Kowalskiemu udało się wejść na Broad Peak, zdobyć szczyt i nowy rekord, niestety nie udało mu się zejść. W takich chwilach zastanawiam się po jaką cholerę ludzie decydują się na tak ekstremalne eskapady, jednocześnie podziwiając bezgraniczne poświęcenie się marzeniu. Nie wymienię się już poradami podróżniczymi z Tomkiem...

*

Mimo, że od jakiegoś czasu nie opuszczam Drezna, to biorę udział w pewnym projekcie artystki z Berlina. Dziewczyna prowadzi eksperyment, w którym bierze udział kilku podróżników, po jednym indywidualiście z każdego kontynentu. Wysyła nam pamiętniki i co tydzień nowe wyzwania. Pisanie dla kogoś pamiętnika,  powiedzmy, z wbudowanym scenariuszem, jest dość osobliwe. Ale zmusza do myślenia. Dlatego podzielę się tutaj pierwszymi pytaniami, niech skłonią do szukania własnych odpowiedzi.

Is freedom alive?

What do you do first when you arrive in a new place?




poniedziałek, 4 marca 2013

couchsurfreak

Zeszłego lata poznałam Owena, hippisa idealnego. Owen objawił mi się w Poznaniu, jako akordeonista przemierzający Europę w poszukiwaniu przygód, piosenek, życia. Właściwie przyprowadził go do mnie couchsurfing, choć trafiliśmy na siebie przez przypadek na punkowym koncercie. Podszedł do mnie na squacie, spytał czy jestem Marysia i czy otrzymałam jego e-mail z prośbą o nocleg. Flanelowa koszula, czerwone spodnie, broda, okulary, akordeon. I uśmiech godzący się na wszystko. Z jednego spotkania na Rozbracie urodziło się dwutygodniowe wariackie tournee. Tego samego wieczoru rozpoczęliśmy spontaniczną trasę koncertową w tureckim kebabie. Owen, mówiący i śpiewający po turecku, zaingurował piosenkę, ja mimowolnie zaczęłam tańczyć i tak powstała legenda o wytańczeniu posiłku. Dzień później staliśmy na wylotówce z Poznania powtarzając schemat muzyk plus tancerka, zatrzymując samochody w kierunku festiwalu Woodstock. W każdym samochodzie próbowaliśmy nowy repertuar, improwizując nowe piosenki na kilka języków, śmiejąc się z wszystkiego i z siebie przede wszystkim. Na festiwalu nie było z resztą inaczej. Przygody jednak rozdzieliły nas tymczasowo, ja wróciłam do Poznania, Owen zaginął bez wieści (zostawiając przed wyjazdem w moim mieszkaniu wszystkie swoje rzeczy oprócz akordeonu). Pojawił się kilka dni później, oświadczając, że próbował wrócić z Woodstocku do Poznania, ale trafił do Berlina w mniej lub bardziej zakręconych okolicznościach. Bezceremonialnie zamieszkał ze mną na kilka dni, powracając do schematu adventure seekerów. Grając spontaniczne koncerty na mieście i w barach, promieniując aurą wolności, zrównał sobie niesamowitą rzeszę ludzi swoim małym wariactwem. Po kilku dniach pożegnaliśmy się na rynku łazarskim, jedząc kanapki ze schabowym zakupione na stoisku przy budach z kwiatami.
W zamian za pokazanie mu Polski otrzymałam link do videoklipu z piosenką o wspólnych przygodach (jak ktoś ciekawy, załączam link) http://www.youtube.com/watch?v=uzKMNKxXlrE

Przywołuję tą historię, ponieważ couchsurfing obwieścił mi przybycie do Drezna polskich saksofonistów. Dwójka chłopców prosi o możliwość noclegu w trakcie ich podróży do Włoch. Niestety, muzycy nie napisali dlaczego wybrali właśnie mnie (o co łaskawie proszę, jeśli ktoś jest na tyle cierpliwy, żeby chociaż przejrzeć, co mogę zaoferować i czego oczekuję), więc odpuściłam. Jednak przejeżdżając kilka dni później przez stare miasto, usłyszałam duet saksofonowy, skojarzyłam fakty i pojechałam w kierunku muzyki. Dwóch buroubranych chłopaków, saksofony, wzmacniacz i jakieś tam Fale Dunaju. Bez uśmiechu, bez humoru, bez planu i oczekiwań na swoją podróż. Saksofoniści wydawali się też odporni na mój optymizm, więc pożegnałam ich bez żalu.

Tego samego dnia, Owen napisał mi maila, pozdrawiając z summerhippiecamp gdzieś na zadupiu Stanów. Zrobił sobie przerwę od akordeonu i postanowił kręcić filmy porno (w hippie stylu oczywiście). Tym razem bez linków...

Jestem okropną gospodynią, hostem. Cieszę się z gości-brudasów, namawiam na freeganizm i grzebanie w śmieciach, oprowadzam po opuszczonych budynkach zamiast zabytkach i zdecydowanie za dużo mówię o sztuce. Namawiam na autostop albo wsiadam ze swoimi gościami  w pociągi w złym kierunku, lądując w szczerym polu i jeszcze ciesząc się z tego jak dziecko. Biorę nakrotyki, po czym śpiewam żenujące piosenki niechcianych div. Nie umiem zaparzyć herbaty.
A z drugiej strony powinnam ten post opublikować w bardziej internacjonalnym języku, żeby kilku swoim gościom przypomnieć bardzo fajne chwile.