Kolejne 1300 autostopowych kilometrów za mną. Znam ten dystans na pamięć, Drezno-Wrocław-Poznań-Tychy-Drezno. Niby ta sama droga, za każdym razem składa się z innych odcinków, historii, twarzy.
Trochę statystyk jako wstęp: 5 dni, 4 miasta, 2 imprezy, -1st. C. Te 1300 km drogi między moimi polskimi domami to 18 kursów autostopowych, a więc 18 zupełnie innych historii.
*
Pewnego ranka, siadam do komputera usiłując ukończyć artykuł o polskich atrakcjach turystycznych. Już po godzinie, oczy wychodzą mi z orbit od intensywnego kontaktu wzrokowego z ekranem i zastanawiam się czy nie lepiej dokończyć go w Polsce. Pakuję laptop, kilka ciuchów do plecaka, godzinę później jestem już na drodze. A raczej w Tirze, bo nie czekam nawet minuty na pierwszy kurs w kierunku polskiej granicy. Relatywnie szybko docieram też do Wrocławia. Z jednej ciężarówki do drugiej, schodki, drabinki, trzaskanie wielkimi drzwiami, przedstawianie się i dziękowanie. I podróż przez CB radio. Marcin jedzie do Bautzen, gdzie ma rozładunek. Pochodzi z Lubania i mówi mi krótko, że to najlepsza robota, jaką można w jego okolicy znaleźć:
- nie znajdziesz dobrej pracy w Lubaniu. Nie takiej, w której zarobisz osiem kafli na miesiąc - chwali się - tylko tir albo jechanie na fajce, ale szacun jak znajdziesz coś innego, daj cynk, bo nie lubie jeździć.
Zastanawiam się przez moment, co oznacza "jechanie na fajce" i czy pragnę szukać pracy w Lubaniu, ale zostawiam to już bez komentarza. Przez radio ustawia mi następny kurs, a kolejny kierowca jest mistrzem zen z Sandomierza. Starszy kierowca tira, który twierdzi, że nie zazdrości, to jego wielka zaleta. Ludzi ocenia tylko ich miarą, a sam chciałby żyć samotnie na Syberii. Opowiadam mu o swoim marzeniu wyprawy do Mali, a on rewanżuje mi się opowieścią o wymarzonej podróży do RPA, którą z resztą odbył. Zen master zostawia mnie na "kogucie", czyli pod wiaduktem na środku autostrady. Mam się nie martwić, to znane miejsce na podróż okazją, mówi. Kogut to zajazd przy zjeździe na Legnicę, stań tam, a każdy kierowca Tira będzie wiedział, że zostawił cię tu inny. Żegnamy się, a po chwili stoję na autostradzie z wyciągniętym kciukiem. Tylko chwilę. Z koguta zgarnia mnie Przemek, jedzie do Krakowa, on milczy, ja śpiewam radiowe przeboje. Kapliczka autostopowa Bielany, zaczynam wojaże po Wrocławiu.
*
Pokory uczy mnie autostop z Poznania. Zaczynam dzień od napisania trenu do zepsutego laptopa, zamiast kontynuacji artykułu. Deadline należy do przeszłości, tak jak narzędzie pracy. Ale podróż w trakcie.
Piękna pogoda, słońce opala mi twarz, a wiatr sprawia, że czuję się jak na Syberyjskiej pustelni. Jak na złość, czekam prawie dwie godziny na podwózkę. Najpierw zatrzymuje się cygańska fura, a kierowca pyta się, gdzie się wybieram:
-Katowice - odpowiadam nachylona do szyby mercedesa (z nadzieją, że zaraz się w nim ogrzeje)
- nie pytam gdzie jedziesz, tylko gdzie chcesz jechać - mówi grubszy, uśmiechnięty Rom. Dzieciaki na tylnym siedzeniu usmiechają się do mnie. Przestają się uśmiechać, gdy odpowiadam.
- eee, Afryka...
Uśmiechnięci cyganie odjeżdżają bez komentarza.
Moja pierwsza okazja, to nie Mali, ani nawet Wrocław, tylko jakaś podpoznańska bździna, do której doszłabym pieszo w tym samym czasie. Zanim dojadę do Leszna, oddalonego od Poznania o 80 km, minie 5 godzin. I jakieś cztery, krótkie, krajobrazoznawcze kursy autostopowe. Leszno, swoją drogą, jest obiektem kpin autostopowiczów. Rozległe miasto wije się wzdłuż długiej drogi przelotowej, a taka przeprawa to prawdziwe camino de Leszno. Inteligentnie wysiadam więc przed miastem i zrezygnowana, ale wciąż z uśmiechem, łapię stopa na Wrocław. Czekam pół godziny, słońce zaszło. Miejscowy dziadek zabiera mnie do miasta, przejęty moim losem, postanawia wsadzić mnie w pociąg do Tychów i zapłacić mi za bilet. Nie opieram się, bo jestem zrezygnowana, ale PKP opiera się mojej destynacji - takowa nie istnieje. A nawet jeśli wybrałabym bliższy Wrocław, byłoby to równoznaczne ze studiowaniem architektury tutejszego dworca przez cztery godziny. Dziadek chce mi dotrzymać towarzystwa... Proszę go, by zamiast biletu na pociąg, zawiózł mnie za Leszno, gdzie na pewno szybciej znajdę sobie transport do Wrocławia. Jemy jeszcze żurek w barze Zbyhal, ekspedientka mówi, że są tu najlepsze w Lesznie flaczki. Wierzę jej na słowo...
Do Wrocławia docieram migiem, rozradowana opowiadam kierowcy, że odrobiłam swoją lekcję pokory i teraz może być tylko lepiej. Kierowca opowiada mi za to swoje CV z detalami, jak się ogarnął bez matury i założył dobrze prosperującą firmę logistyczną. Jakie ma problemy z kierowcami, dzwonią do niego co chwilę, telefon papieros telefon papieros. O jeden telefon za dużo, a ja muszę wysiąść, nieszczęśliwie na krzyżówce autostrady. Klnę głośniej niż hałas samochodów i pokornie ruszam na intensywny trekkingowy spacer autostradowy. Camino de Bielany. Myślę sobie, jestem wariatka, dylam po nocy wzdłuż autostrady, dobrowolnie, po kilku godzinach na mrozie.
Bielany. Stacja Orlenu jest pusta o tej godzinie, ruch mały. A mimo to, zatrzymuję pierwszy samochód. Z Tomaszem rozmawiam przez dwie godziny o duchowości. Powie mi, że jego misją życiową jest rozwijanie swoich możliwości i wkraczanie na wyższe poziomy. Mówi mi też, że nasze życie zostało już dawno zapisane i nie musimy się w ogóle wysilać, by osiągnąć to, czego pragniemy. Wystarczy werbalizować nasze marzenia, motywować się lub modlić, a to wszystko się spełni, gdy umiejętnie interpretujemy znaki od życia. Według jego filozofii, musiałam przebyć tego dnia autostopową gehennę, żeby trafić właśnie na niego - bo mam dużo pytań i chcę rozwijać swoją duchowość. Historia potoczyła się tak, bym na sam koniec wyboistej drogi dostała odpowiednie nauki i ukierunkowanie. Tomasz opowiada mi o czerpaniu energii słonecznej i nie jedzeniu, co od jakiegoś czasu bardzo mnie fascynuje. Opowiada mi też o interpretowaniu Biblii, transcendencji i wychodzeniu z ciała.
Docieram późno w nocy do Katowic, autobusy same mi się zatrzymują pod stopami, nigdzie już nie czekam i nie marznę, docieram do domu uberszybko.
*
Autostop to kalejdoskop.
Nie moja rola w tym, by zachęcać kogokolwiek to takich podróży. Jeżdżę sama, z reguły przemieszczam się po Polsce i innych krajach w takim samym tempie jak transport odpłatny. Płacisz za bilet, kilka godzin, jesteś w punkcie B. Czytasz książkę w dusznym przedziale, ktoś obok chrapie, ktoś sprawdza bilety. Autostop to szereg egzotycznych spotkań, które nie przydarzą się na co dzień w twoim otoczeniu. Czasem czekam. Czasem spaceruję. A czasem siedzę na stacji benzynowej, piję kawę i obserwuję powolne życie w tych małych, przydrożnych miasteczkach.
Na trasie Tychy-Drezno też musiałam sporo poczekać w niezbyt przyjaznych warunkach pogodowych. Ale usłyszałam od dwóch kierowców, że będą historię odważnej autostopowiczki opowiadać dalej. Bo inspiruje.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz