Javier ma bardzo interesującą pracę. Jest profesorem od sztuki ulicy na uniwersytecie w Madrycie, mniemam, że nie ma zbyt wielu kumpli po fachu w gronie profesorskim. Na zaproszenie drezdeńskiej galerii udziela wykładu o subkulturze train-writerów. Rzeczowo prowadzi słuchaczy przez historię amerykańskiego graffiti, między zmianą slajdów popija nonszalancko piwo. Wprowadza nas w świat pociągowych grafficiarzy, przedstawia ich jako kolekcjonerów modeli pociągów, konceptualnych artystów. Planujących każdą akcję z rozkładem jazdy pociągów i pracy ochrony kolei. I miejskich eksploratorów, tunelowych szczurów znających każdą trakcję w swoim mieście. Podróżników wyruszających na polowanie nowych typów wagonów, biletów w innych miastach i krajach. Zadziwia mnie historia o duecie artystów z Kopenhagi, którzy błąkając się po dworcum malując kolejne dzieła, znaleźli ukryty, podziemny pokój. I zamieszkali w nim na kilka lat. Z biegiem czasu przerobili pomieszczenie na mieszkanie i nikt z obsługi dworca nie zauważył lokatorów. Gdy po czterech latach zostali wyrzuceni ze swojego domu, znaleźli inne, w tym samym kompleksie...
Jestem grouppie. Zdaję sobie sprawę, że chodzenie na koncerty polskich kapel w obcym kraju niesie ze sobą złote możliwości poznania muzyków po koncercie i alkoholowej integracji, morza konwersacji. W ukochanym Verandaerbarze, opisuję Drezno smutnemu kwartetowi smyczkowemu. W zadymionej piwnicy Chemiefabrik daje wykład o ulicznym nomadyźmie muzykom pewnego ska zespołu.
Marcus wynajmuje mieszkanie w byłym hostelu. Robi właśnie imprezę z okazji i przeprowadzki, jest mnóstwo gości-podróżników, couchsurferów, dla których to mieszkanie faktycznie jest dzisiaj hostelem, jedyna różnica, że nie płacą za nocleg. Zespół gra w kuchni, dość sporych rozmiarów, nawet z sekcją dętą, spokojnie pomieścili się z całym sprzętem. Podłoga rytmicznie drży od basu i perkusji, ludzie tańczą między piecem, a stołem z przekąskami. Dwie smutne, nietańczące dziewczyny, siedzące na przepastnej kanapie pod oknem, przyjechały z Polski, z butelką żubrówki. Zapraszam je na nocną wycieczkę po mieście, gdy skończy się koncert i wydaje mi się, że mojej propozycji zwiedzania nie da się przebić absolutnie niczym w sobotni wieczór (tj. przejście przez Neustadt ze wskazaniem zajawkowych miejsc, zwieńczone huczną imprezą w Kukulida, alternatywnym Domu, artystycznej komunie). Dziewczyny jednak odpowiadają, że są zmęczone i chcą iść spaść, gdy tylko impreza w ich Hostelu się skończy. Żegnam się z gospodarzem i przepraszam, że sabotażuję mu imprezę podbierając na wycieczkę Argentyńczyka. W Kukulidzie totalny chaos imprezowy, tłok, wszechświat small-talków, łańcuch pomieszczeń-barów-parkietów i innych atrakcji. Spotykam niespodziewanie Maika i bardzo szybko gubię swój ogon z poprzedniej imprezy. Równie szybko zgubię też i jego, by odnaleźć go po godzinie, po metamorfozie w pomieszczeniu zwanym "animalizator":
- gdy cię ostatnio widziałem byłaś modelką, teraz jesteś... lisem, what the f*ck?
- gdy cię ostatnio widziałam byłeś kolekcjonerem historii, a teraz jesteś pijany
- jedno nie wyklucza drugiego, opowiedz mi coś, proszę
Strumień świadomości i konceptualna mapa Drezna. O tym jak zmienia się miejsce zamieszkania i jak swobodnie zmienia się sposób życia w nowym miejscu. W równej mierze przygody autostopowiczki. I dziennik pokładowy artystki. I trochę pamiętnik ewoluujący w nieznanym kierunku.
niedziela, 16 grudnia 2012
poniedziałek, 26 listopada 2012
Kultura.
Dwie aktorki, ubrane w złote koszulki i dżinsowe szorty drżą, rytmicznie podskakują przede mną przez jakąś godzinę, emocjonalnie reagując na kiczowe przeboje radiowe. Tarzając się po scenie, dwie spocone dzieczyny próbują odśpiewać 'I wanna dance with somebody', resztkami sił wydzierają się do mikrofonów, pragnąć Bad Romance.
Biała dykta podwieszona na suficie sunie w moim kierunku. Mrocznie wizualizacje zakłócają mi wizję, bezwarunkowo cofam się do tyłu chcąc uniknąć kolizji z dziwacznym projektorem, a czujniki, wyczulone na ruch w pomieszczeniu, wyłączają wszelkie urządzenia i wraz z kilkoma zwiedzającymi zamieramy na moment w pustej, białej sali, czekając na dalsze atrakcje. Wygląda na to, że maszyna się popsuła. Artystka rozstawia drabinę, mocuje się z instalacją pod sufitem, widzowie wychodzą. Zastanawiam się czy to rzeczywiście usterka czy zaplanowany performance. Zaczynam odbierać wszelkie bodźce jak zaplanowane działania artystyczne. Stoję więc pośrodku sali i przyglądam się mocującej z własnym wytworem wyobraźni kobiecie.
Ktoś proponuje mi koncert jazzowy grupy z Jemenu i przypomina mi się wypowiedź Pilcha z jakiegoś wywiadu. Pisze on, że niemcy są zawsze przygotowani na wszelkie wydarzenia kulturalne. Cyk, konferencja z polskim pisarzem, wszyscy są oczytani i zadają pytania, odbębnili swoje zadanie domowe. Jemeński jazz, myślę, może innym razem.
Podczas jednego ze spotkań o pracę w pewnej instytucji kulturalnej, szefowa placówki daje mi radę - bywaj, oglądaj, zadawaj pytania, pojawiaj się na wszystkich eventach, a prędko znajdziesz to, czego szukasz. Plus, spodziewaj się, że lista twoich kontaktów zacznie się szybko powiększać.
Staję się więc kulturalnym koksem.
Grupa tancerzy przesuwa po scenie stare volvo w te i z powrotem, wykonując podczas przedstawienia niesamowite układy choreograficzne. Dowiaduję się, że Rosja to stan umysłu, pada śnieg, kurtyna opada.
Przed godzinę swojego życia słucham też niebotycznego hałasu, który nie ma nic wspólnego z dźwiękami maszyn czy musika mundana. Zakładam papierowe okulary, ginę w mieniących się czerwienią wizualizacjach.
Oglądam wystawę fotografii słynnych pomników konnych z różnych miejsc. Z wyjątkiem faktu, że artysta wyciął ze zdjęć Wielkich Zdobywców, zostawiając same odlewy zwierząt.
Jedenaście videoartów pod rząd to zdecydowanie za dużo nawet dla konesera.
Udomowione graffitti w muzeum, płótna z tagami w knajpach.
Wernisaż w sklepie monopolowym to ciekawa idea, w drezdeńskich monopolach jest więcej sztuki niż w domu przeciętnego polaka. A z drugiej strony każdy wernisaż w galerii, w prawie każdym zakątku świata, zamienia się na jeden wieczór w sklep monopolowy.
Najmniejsza drezdeńska galeria to mur z dwoma gablotkami, zmiana ekspozycji w każdy niedzielny wieczór. Zobaczysz tu wszystko, od zdjęć z Afryki, po wariacje loga Hello Kitty i sakralne kolaże. Wystarczy tylko przejść wzdłuż Bohmische strasse i zatrzymać się na chwilę przy Raskolnikoff bar.
Pewna niedziela, otwarte pracownie artystyczne w całym mieście, oglądam niewyobrażalne ilości sztuki, pomysłów, myszkuję po cudzych miejscach pracy i domach, prawdziwa gratka dla street nomada. Jedna garażowa pracownia portrecisty wprawia mnie w osłupienie, w życiu nie widziałam tylu kolorowych ludzi w jednym miejscu! Całe pomieszczenie zawalone jest płótnami, a z każdego z nich zerka na mnie jakaś postać.
Verandaerbar zaprasza często do siebie song-writerów. Pewnego dnia trafiam na koncert Pana we fraku, który upija się samotnie przy barze, czekając na jakąkolwiek widownię. Jego jedynymi słuchaczami, poza mną, jest jeszcze Liane i Maik. Muzyk rezygnuje więc z występu na scenie, siada z gitarą na barze, podstawiamy sobie sofę tuż obok i słuchamy jego historii, w tym piosenek o nas. Spędzamy tak ze trzy godziny słuchając berlińskiego Boba Dylana. Wychodząc wręczam mu jego portret wykonany podczas tego intymnego koncertu.
Na korytarzu Hellerau widzę dziewczynę ubraną w papierowe paski reklamowe, wręcza mi jeden z nich, odrywając go z biustu. Call me, czytam, przesuwam wzrok po numerze telefonu. Ciekawe ile osób musi się pojawić w mojej sytuacji, żeby hostessa artysty pozbyła się swojego stroju.
W Kukulida na Martin Luther Strasse, co niedzielę można zobaczyć amatorski teatr-telenowelę o życiu dzielnicy. Cudowny pomysł przeniesienia klasycznych scen Neustadt to dla mnie kwintesencja podejścia tutejszych mieszkańców. Wszyscy kochają swoją artystyczną dzielnicę i traktują ją jak swój dom. Mała sala teatralna na squacie jest przepełniona pół godziny przed każdym kolejnym odcinkiem, a jeszcze więcej chętnych pojawia się po epizodzie improwizując przyjęcie.
Biała dykta podwieszona na suficie sunie w moim kierunku. Mrocznie wizualizacje zakłócają mi wizję, bezwarunkowo cofam się do tyłu chcąc uniknąć kolizji z dziwacznym projektorem, a czujniki, wyczulone na ruch w pomieszczeniu, wyłączają wszelkie urządzenia i wraz z kilkoma zwiedzającymi zamieramy na moment w pustej, białej sali, czekając na dalsze atrakcje. Wygląda na to, że maszyna się popsuła. Artystka rozstawia drabinę, mocuje się z instalacją pod sufitem, widzowie wychodzą. Zastanawiam się czy to rzeczywiście usterka czy zaplanowany performance. Zaczynam odbierać wszelkie bodźce jak zaplanowane działania artystyczne. Stoję więc pośrodku sali i przyglądam się mocującej z własnym wytworem wyobraźni kobiecie.
Ktoś proponuje mi koncert jazzowy grupy z Jemenu i przypomina mi się wypowiedź Pilcha z jakiegoś wywiadu. Pisze on, że niemcy są zawsze przygotowani na wszelkie wydarzenia kulturalne. Cyk, konferencja z polskim pisarzem, wszyscy są oczytani i zadają pytania, odbębnili swoje zadanie domowe. Jemeński jazz, myślę, może innym razem.
Podczas jednego ze spotkań o pracę w pewnej instytucji kulturalnej, szefowa placówki daje mi radę - bywaj, oglądaj, zadawaj pytania, pojawiaj się na wszystkich eventach, a prędko znajdziesz to, czego szukasz. Plus, spodziewaj się, że lista twoich kontaktów zacznie się szybko powiększać.
Staję się więc kulturalnym koksem.
Grupa tancerzy przesuwa po scenie stare volvo w te i z powrotem, wykonując podczas przedstawienia niesamowite układy choreograficzne. Dowiaduję się, że Rosja to stan umysłu, pada śnieg, kurtyna opada.
Przed godzinę swojego życia słucham też niebotycznego hałasu, który nie ma nic wspólnego z dźwiękami maszyn czy musika mundana. Zakładam papierowe okulary, ginę w mieniących się czerwienią wizualizacjach.
Oglądam wystawę fotografii słynnych pomników konnych z różnych miejsc. Z wyjątkiem faktu, że artysta wyciął ze zdjęć Wielkich Zdobywców, zostawiając same odlewy zwierząt.
Jedenaście videoartów pod rząd to zdecydowanie za dużo nawet dla konesera.
Udomowione graffitti w muzeum, płótna z tagami w knajpach.
Wernisaż w sklepie monopolowym to ciekawa idea, w drezdeńskich monopolach jest więcej sztuki niż w domu przeciętnego polaka. A z drugiej strony każdy wernisaż w galerii, w prawie każdym zakątku świata, zamienia się na jeden wieczór w sklep monopolowy.
Najmniejsza drezdeńska galeria to mur z dwoma gablotkami, zmiana ekspozycji w każdy niedzielny wieczór. Zobaczysz tu wszystko, od zdjęć z Afryki, po wariacje loga Hello Kitty i sakralne kolaże. Wystarczy tylko przejść wzdłuż Bohmische strasse i zatrzymać się na chwilę przy Raskolnikoff bar.
Pewna niedziela, otwarte pracownie artystyczne w całym mieście, oglądam niewyobrażalne ilości sztuki, pomysłów, myszkuję po cudzych miejscach pracy i domach, prawdziwa gratka dla street nomada. Jedna garażowa pracownia portrecisty wprawia mnie w osłupienie, w życiu nie widziałam tylu kolorowych ludzi w jednym miejscu! Całe pomieszczenie zawalone jest płótnami, a z każdego z nich zerka na mnie jakaś postać.
Verandaerbar zaprasza często do siebie song-writerów. Pewnego dnia trafiam na koncert Pana we fraku, który upija się samotnie przy barze, czekając na jakąkolwiek widownię. Jego jedynymi słuchaczami, poza mną, jest jeszcze Liane i Maik. Muzyk rezygnuje więc z występu na scenie, siada z gitarą na barze, podstawiamy sobie sofę tuż obok i słuchamy jego historii, w tym piosenek o nas. Spędzamy tak ze trzy godziny słuchając berlińskiego Boba Dylana. Wychodząc wręczam mu jego portret wykonany podczas tego intymnego koncertu.
Na korytarzu Hellerau widzę dziewczynę ubraną w papierowe paski reklamowe, wręcza mi jeden z nich, odrywając go z biustu. Call me, czytam, przesuwam wzrok po numerze telefonu. Ciekawe ile osób musi się pojawić w mojej sytuacji, żeby hostessa artysty pozbyła się swojego stroju.
W Kukulida na Martin Luther Strasse, co niedzielę można zobaczyć amatorski teatr-telenowelę o życiu dzielnicy. Cudowny pomysł przeniesienia klasycznych scen Neustadt to dla mnie kwintesencja podejścia tutejszych mieszkańców. Wszyscy kochają swoją artystyczną dzielnicę i traktują ją jak swój dom. Mała sala teatralna na squacie jest przepełniona pół godziny przed każdym kolejnym odcinkiem, a jeszcze więcej chętnych pojawia się po epizodzie improwizując przyjęcie.
środa, 21 listopada 2012
Sandor i Aldona
Opowiadanie swoich historii rozrosło się do sporych wymiarów. Gdy nie mam przy sobie zeszytu, pamiętnika albo aparatu, by uchwycić warty zapamiętania moment, wyciągam szkicownik. Gdy pojawia się chwila, przenoszę nieuchwycone na bloga. Albo opowiadam historię Maikowi, gdy rytualnie domaga się - come on, tell me a story. Nie przyzna się otwarcie, ale jest kolekcjonerem opowieści i opowiadaczy.
Ostatnie kilka dni przypomina zbiór obrazków z Amelii, słodkiego, wariackiego filmu z ładnymi pocztówkami z Paryża. A właściwie tylko nasuwa mi się skojarzenie, bo cieszą mnie małe, słodkie wariackie chwile.
Wybierając się na poniedziałkowe zajęcia z capoeiry po raz pierwszy próbuję wypracowanej trasy, nie zmieniając ścieżki, warto mieć utarty schemat i przyglądać mu się, jak się zmienia i co ma do zaoferowania. Wyprowadzam Aldonę, rower, który złożyliśmy wspólnie z Sebastianem na spacer. Przejeżdżam przez Hecht i Bischopsplatz, pod mostem o pięknym, rytmicznym sklepieniu, mijam Hole of Fame, hipsterski sklep z cudnymi t-shirtami i dziwacznymi koncertami song-writerów, przejeżdżam przez Louisenstrasse, zaglądam czy Korinny nie ma w sklepie z herbatą, zaglądam w okno Liane. Pierwsze skrzyżowanie przy Schoune, dużym klubie nie ma o tej porze zbyt wielu ludzi, puste kebaby, zamknięte sklepy nocne. Próbuję nowej cukierni na Alaunstrasse, szukam swojej ulubionej w Neustadt, choć jeszcze nie mam mocnego ciasteczkowego kandydata. Aldona ma kłódkę, ale jej nie używam, bo jest jak nie chciana diva. Zbyt dziwna, by ktoś odważył się ją skraść. Przejeżdżam przez Albertplatz w Glacisstrasse, ulicę szkół muzycznych, teatrów w wymuskanych kamienicach, prosto na Carolabrucke, drewnianą kładkę przerzuconą przez Łabę. Dalej mam już prostą drogą na Uniwersytet, ale zatrzymuję się przy monumentalnym budynku na ulicy Durera i zaglądam do akademii sztuki, czeka mnie tu pewna historia, którą zapragnęłam kontynuować. Od jakiegoś czasu próbuję się skontaktować z węgierskim artystą, który daje tu lekcje anatomii. Boję się konfrontacji, bo jego iście artystyczne, wampirze nazwisko budzi respekt. Stoję przed drzwiami i waham się czy zapukać, gdy Sandor we własnej osobie pojawia się znikąd i zaprasza mnie do gabinetu. Rozmowa po niemiecku nie jest w moim przypadku najlepszą strategią na uzyskanie pracy, ale udaje się i moje imię zostaje wpisane w grafik.
- może pani pozować w przyszłym tygodniu? To lekcje dla kilku osób, 4 godziny, w sali obok - mówi profesor, pokazując palcem pomieszczenie wypełnione szkieletami i sztalugami.To zajęcia z kolan - dodaje, kładąc rękę na kolanie.
Wychodzę z zamku sztuki, wyprowadzam Aldonę przez żelazną bramę i zadowolona z pierwszej udanej rozmowy o pracę, przeprowadzoną po niemiecku, jadę dalej.
Następnego dnia, siedzę w mieszkaniu Liane i Sebastiana, malujemy się i stroimy przed imprezą z mottem "różowe królestwo". Przed wyjściem, Liane wręcza mi jeszcze listy, które do mnie przyszły. Siedzę na drabinie w pakamerowym przedpokoju i z zaciekawieniem dzieciaka otwieram list z Maroka. Z ręcznie rysowaną mapą Wellington. Staje mi przed oczami wakacyjna znajomość i codzienne mantra do Iana:
- oprowadzam Cię po Polsce, po Poznaniu, Toruniu, narysuj mi w zamian mapę ze swoim spacerem.
- Londyn czy Wellington? - pyta
- może być nawet miejsce, którego nie znasz...
Rysunek jest perfekcyjny. Dokładny, z humorystycznymi opisami, ciekawym przedstawieniem miejsc, wykonany z sercem. A spod koperty wypadają jeszcze dwie pocztówki, jedna obwieszcza "do zobaczenia, kiedyś, gdzieś, dumbster bunny" a druga pozdrawia mnie ze Słupcy i odrywa myśli od Iana do Apolinarego Szeluty i pewnego poznańskiego kompozytora, kochającego niechciane divy.
Północ to idealna pora na odtworzenia poniedziałkowego szlaku rowerowego z Maikiem i Sebastianem. W drodze na imprezę, Aldona psuje się trzykrotnie, aż w końcu Sebastian decyduje się ją holować. Jadę więc za nim, śmieję się na zakrętach wróżących szybki upadek i w końcu zaliczam sromotną glebę na Durerstrasse. Chłopcy są przerażeni, zbierają mnie z ziemi, Maik decyduje się na powrót do domu po samochód. Siedzimy więc z Sebastianem na opustoszałej ulicy, oparci o przewrócone rowery. Patrzę na swoje lamparcie spodnie, zakrwawione na kolanach, unieruchamiam skręconą kostkę i patrzę na zamek Sandora przed nami:
- to całkiem zabawne, że rozwalam swoje piękne modelowe kolana akurat przy zamku draculi, u którego będę pozować.
- to tak samo zabawne, jak propozycja wybrania się samochodem wcześniej albo słynna sentencja Maika : typowy żart Sebastiana i typowy fail - odpowiada zasmucony nieudanym rowerowym eksperymentem.
- cóż, utartą trasę warto powtarzać w wielu wariacjach, inaczej popadamy w rutynę.
Proszę rano Sebastiana, by towarzyszył mi w drodze do szpitala. A raczej, żeby zaplanował mi całą wycieczkę. Takiego zwiedzania Drezna nie planowałam wcześniej, tak samo jak nie planowałam zrezygnować z wycieczki do Berlina z Maikiem na rzecz izby przyjęć. Sebastian wynosi mnie z domu na rękach i prowadzi do roweru z przyczepą żula zaparkowanego pod murem z grafiitti Vegan Hools. Widziałam tą przyczepę wożącą drewno, będącą przenośnym sklepem na uliczym festiwalu, wygląda na to, że za chwilę będzie rikszą. Dostaję koc i siadam w wózku, rozkoszuję się jazdą po Hecht, Alaunsparku i nabrzeżem Elby z perspektywy dziecka. i dosłownie kręcę swój street view i uśmiechy, którymi obdarzają nas przechodnie zdziwieni niecodzienną przejażdżką.
Ostatnie kilka dni przypomina zbiór obrazków z Amelii, słodkiego, wariackiego filmu z ładnymi pocztówkami z Paryża. A właściwie tylko nasuwa mi się skojarzenie, bo cieszą mnie małe, słodkie wariackie chwile.
Wybierając się na poniedziałkowe zajęcia z capoeiry po raz pierwszy próbuję wypracowanej trasy, nie zmieniając ścieżki, warto mieć utarty schemat i przyglądać mu się, jak się zmienia i co ma do zaoferowania. Wyprowadzam Aldonę, rower, który złożyliśmy wspólnie z Sebastianem na spacer. Przejeżdżam przez Hecht i Bischopsplatz, pod mostem o pięknym, rytmicznym sklepieniu, mijam Hole of Fame, hipsterski sklep z cudnymi t-shirtami i dziwacznymi koncertami song-writerów, przejeżdżam przez Louisenstrasse, zaglądam czy Korinny nie ma w sklepie z herbatą, zaglądam w okno Liane. Pierwsze skrzyżowanie przy Schoune, dużym klubie nie ma o tej porze zbyt wielu ludzi, puste kebaby, zamknięte sklepy nocne. Próbuję nowej cukierni na Alaunstrasse, szukam swojej ulubionej w Neustadt, choć jeszcze nie mam mocnego ciasteczkowego kandydata. Aldona ma kłódkę, ale jej nie używam, bo jest jak nie chciana diva. Zbyt dziwna, by ktoś odważył się ją skraść. Przejeżdżam przez Albertplatz w Glacisstrasse, ulicę szkół muzycznych, teatrów w wymuskanych kamienicach, prosto na Carolabrucke, drewnianą kładkę przerzuconą przez Łabę. Dalej mam już prostą drogą na Uniwersytet, ale zatrzymuję się przy monumentalnym budynku na ulicy Durera i zaglądam do akademii sztuki, czeka mnie tu pewna historia, którą zapragnęłam kontynuować. Od jakiegoś czasu próbuję się skontaktować z węgierskim artystą, który daje tu lekcje anatomii. Boję się konfrontacji, bo jego iście artystyczne, wampirze nazwisko budzi respekt. Stoję przed drzwiami i waham się czy zapukać, gdy Sandor we własnej osobie pojawia się znikąd i zaprasza mnie do gabinetu. Rozmowa po niemiecku nie jest w moim przypadku najlepszą strategią na uzyskanie pracy, ale udaje się i moje imię zostaje wpisane w grafik.
- może pani pozować w przyszłym tygodniu? To lekcje dla kilku osób, 4 godziny, w sali obok - mówi profesor, pokazując palcem pomieszczenie wypełnione szkieletami i sztalugami.To zajęcia z kolan - dodaje, kładąc rękę na kolanie.
Wychodzę z zamku sztuki, wyprowadzam Aldonę przez żelazną bramę i zadowolona z pierwszej udanej rozmowy o pracę, przeprowadzoną po niemiecku, jadę dalej.
Następnego dnia, siedzę w mieszkaniu Liane i Sebastiana, malujemy się i stroimy przed imprezą z mottem "różowe królestwo". Przed wyjściem, Liane wręcza mi jeszcze listy, które do mnie przyszły. Siedzę na drabinie w pakamerowym przedpokoju i z zaciekawieniem dzieciaka otwieram list z Maroka. Z ręcznie rysowaną mapą Wellington. Staje mi przed oczami wakacyjna znajomość i codzienne mantra do Iana:
- oprowadzam Cię po Polsce, po Poznaniu, Toruniu, narysuj mi w zamian mapę ze swoim spacerem.
- Londyn czy Wellington? - pyta
- może być nawet miejsce, którego nie znasz...
Rysunek jest perfekcyjny. Dokładny, z humorystycznymi opisami, ciekawym przedstawieniem miejsc, wykonany z sercem. A spod koperty wypadają jeszcze dwie pocztówki, jedna obwieszcza "do zobaczenia, kiedyś, gdzieś, dumbster bunny" a druga pozdrawia mnie ze Słupcy i odrywa myśli od Iana do Apolinarego Szeluty i pewnego poznańskiego kompozytora, kochającego niechciane divy.
Północ to idealna pora na odtworzenia poniedziałkowego szlaku rowerowego z Maikiem i Sebastianem. W drodze na imprezę, Aldona psuje się trzykrotnie, aż w końcu Sebastian decyduje się ją holować. Jadę więc za nim, śmieję się na zakrętach wróżących szybki upadek i w końcu zaliczam sromotną glebę na Durerstrasse. Chłopcy są przerażeni, zbierają mnie z ziemi, Maik decyduje się na powrót do domu po samochód. Siedzimy więc z Sebastianem na opustoszałej ulicy, oparci o przewrócone rowery. Patrzę na swoje lamparcie spodnie, zakrwawione na kolanach, unieruchamiam skręconą kostkę i patrzę na zamek Sandora przed nami:
- to całkiem zabawne, że rozwalam swoje piękne modelowe kolana akurat przy zamku draculi, u którego będę pozować.
- to tak samo zabawne, jak propozycja wybrania się samochodem wcześniej albo słynna sentencja Maika : typowy żart Sebastiana i typowy fail - odpowiada zasmucony nieudanym rowerowym eksperymentem.
- cóż, utartą trasę warto powtarzać w wielu wariacjach, inaczej popadamy w rutynę.
Proszę rano Sebastiana, by towarzyszył mi w drodze do szpitala. A raczej, żeby zaplanował mi całą wycieczkę. Takiego zwiedzania Drezna nie planowałam wcześniej, tak samo jak nie planowałam zrezygnować z wycieczki do Berlina z Maikiem na rzecz izby przyjęć. Sebastian wynosi mnie z domu na rękach i prowadzi do roweru z przyczepą żula zaparkowanego pod murem z grafiitti Vegan Hools. Widziałam tą przyczepę wożącą drewno, będącą przenośnym sklepem na uliczym festiwalu, wygląda na to, że za chwilę będzie rikszą. Dostaję koc i siadam w wózku, rozkoszuję się jazdą po Hecht, Alaunsparku i nabrzeżem Elby z perspektywy dziecka. i dosłownie kręcę swój street view i uśmiechy, którymi obdarzają nas przechodnie zdziwieni niecodzienną przejażdżką.
niedziela, 18 listopada 2012
najmniejsze disko na świecie
W niedzielne południe, tuż po późnej, poimprezowej pobudce, odkrywam, patrząc z lekkim zażenowaniem w lustro, pozostałości po body-paintingu, który wczoraj zafundowała mi bułgarska malarka. Olga miała wernisaż w jednym z wielu pokoi na domówce, obdarowując gości oglądających jej obrazy malunkami na ciele. Cała kamienica świętuje pierwszy, wspólny rok, impreza w każdym mieszkaniu, na korytarzu. Jest wernisaż i bodypainting, jest bar z dramenbejsową potańcówką, jest pokój koncertowy, w którym przewija się kilka zespołów i songwriterów i DJów, do rana królują balcan beats. Niezliczona ilość kuchni to osobny świat imprez, pogaduch, spontanicznych dancefloorów czy posiłków. Widziałam także salę kinową i pokój gier. I najmniejsze disko na świecie urządzone w komórce wyłożonej czarnym materiałem i fluorescencyjnymi gadżetami, z muzyką grającą, gdy domkniesz drzwi... Przychodząc na domówkę nie sądziłam, że najpierw trafię do pokoju z salonem stylówy. Przepiękna dziewczyna pin-up zadaje mi pytanie kim chcę dzisiaj być, sadza mnie w fotelu i zaczyna mnie czesać i malować. Jest studentką charakteryzacji na drezdeńskiej akademii sztuki. Po dziesięciu minutach mam na głowie irokeza, perfekcyjny punkowy make-up i nigdy by mi do głowy nie przyszło, że w takiej odsłonie poznam swoich przyszłych pracodawców...
Nie mam pojęcia ile osób może się przewinąć przez taką imprezę, chyba cała dzielnica tu przyszła. Przemieszczanie się między piętrami jest kombinacją kilkunastu small-talków na każdym stopniu, jeśli w ogóle można mówić o przemieszczaniu się w takim ścisku. Paradoksalnie najwięcej miejsca jest w najmniejszym disko, gdzie tańczę techno z trójką ludzi w upiornych makijażach.
Zastanawiam się pewnego dnia nad życiem nocnym Drezna - trudno trafić na taneczną imprezę, większość wydarzeń skupia się raczej wokół stolików i barów, jeśli w lokalu gra DJ prawdopodobieństwo, że goście zaczną tańczyć przed 2 w nocy jest wątpliwe jak ich trzeźwość. Z kolei wszystkie domówki na które do tej pory tutaj trafiłam to czysta energia i godna podziwu pomysłowość i inwencja gospodarzy. Mieszkania zawsze są wzorowo przystrojone, pełne sztuki i dekoracji, z nagłośnieniem, DJ a nawet wizualizacjami (tak, jak ta impreza na strychu, przemienionym na jedną noc w techno party), z jedzeniem, barem i gotowością na totalny chaos i zabawę.
Mimo że jestem lekko zawiedziona klubową ofertą Drezna, mam jednak swoje ulubione miejsca. Obie knajpy kompletnie się od siebie różnią, a to, co je łączy to niepowtarzalny klimat. Alteswettburo to stary domek jednorodzinny znajdujący się między dworcem Neustadt i Albertplatzem. Ta klubokawiarnia serwuje napoje, kilka potraw i dużo, dużo sztuki. Ich kalendarz i ściany cały czas wypełnione są obrazami, a gdy pierwszy raz tu trafiłam, zauroczyła mnie wystawa drezdeńskiego street artu. Siadam w kącie Andy K, zakochana w jego subtelnych, mrocznych pracach, a barmanka mi mówi, że autor prac to pionier drezdeńskiego urban artu. I jest także DJem, jeśli mam ochotę go poznać, mogę przyjść jutro na koncert. Przynosi mi kawę i opowiada mi także o pozostałych artystach prezentujących tu swoje prace, zastanawia się na głos czy również będą na imprezie. Po chwili wraca za bar skonstruowany ze starych radioodbiorników. Alteswettburo ma niepowtarzalny klimat vintage, bar jak marzenie audiofila, stoliki i krzesła ze schronisk górskich mieszają się ze sztuką współczesną goszczącą na ścianach. Gdy przychodzę następnym razem, poznaję osławionego pioniera street artu, poważnego, grubszego faceta w hip-hopowych ciuchach i odrobinę żałuję, że zepsułam sobie świętą wizję natchnionego artysty...
Chemiefabrik jest zupełnie innym miejscem. Przy ognisku przed wejściem do lokalu, ktoś wręcza mi naklejkę Good night white pride i antifowego zina, ambitną lekturę do nauki niemieckiego. Niska, uberalternatywna knajpka, w której na co dzień odbywają się HC-punkowe koncerty mniej lub bardziej znanych zespołów. Warto tu się jednak wybrać na tańce, jungle, breakcore, dubstep albo oldschool hip-hop, gdzie można liczyć na rapową bitwę albo spontaniczny koncert jakiegoś nawijacza. Chemiefabrik ma piwniczny klimat, a jej jedyny wystrój to wklepki, antyfaszystowskie naklejki i przemieszane plakaty przeszłych i przyszłych wydarzeń. A mimo to na tańce przychodzi tu mnóstwo ludzi, ortodoksyjni w stylówie lewacy, stali bywalcy, mieszają się w tłumie z okazjonalnymi, wystrojonymi na imprezę gościami.
Nie mam pojęcia ile osób może się przewinąć przez taką imprezę, chyba cała dzielnica tu przyszła. Przemieszczanie się między piętrami jest kombinacją kilkunastu small-talków na każdym stopniu, jeśli w ogóle można mówić o przemieszczaniu się w takim ścisku. Paradoksalnie najwięcej miejsca jest w najmniejszym disko, gdzie tańczę techno z trójką ludzi w upiornych makijażach.
Zastanawiam się pewnego dnia nad życiem nocnym Drezna - trudno trafić na taneczną imprezę, większość wydarzeń skupia się raczej wokół stolików i barów, jeśli w lokalu gra DJ prawdopodobieństwo, że goście zaczną tańczyć przed 2 w nocy jest wątpliwe jak ich trzeźwość. Z kolei wszystkie domówki na które do tej pory tutaj trafiłam to czysta energia i godna podziwu pomysłowość i inwencja gospodarzy. Mieszkania zawsze są wzorowo przystrojone, pełne sztuki i dekoracji, z nagłośnieniem, DJ a nawet wizualizacjami (tak, jak ta impreza na strychu, przemienionym na jedną noc w techno party), z jedzeniem, barem i gotowością na totalny chaos i zabawę.
Mimo że jestem lekko zawiedziona klubową ofertą Drezna, mam jednak swoje ulubione miejsca. Obie knajpy kompletnie się od siebie różnią, a to, co je łączy to niepowtarzalny klimat. Alteswettburo to stary domek jednorodzinny znajdujący się między dworcem Neustadt i Albertplatzem. Ta klubokawiarnia serwuje napoje, kilka potraw i dużo, dużo sztuki. Ich kalendarz i ściany cały czas wypełnione są obrazami, a gdy pierwszy raz tu trafiłam, zauroczyła mnie wystawa drezdeńskiego street artu. Siadam w kącie Andy K, zakochana w jego subtelnych, mrocznych pracach, a barmanka mi mówi, że autor prac to pionier drezdeńskiego urban artu. I jest także DJem, jeśli mam ochotę go poznać, mogę przyjść jutro na koncert. Przynosi mi kawę i opowiada mi także o pozostałych artystach prezentujących tu swoje prace, zastanawia się na głos czy również będą na imprezie. Po chwili wraca za bar skonstruowany ze starych radioodbiorników. Alteswettburo ma niepowtarzalny klimat vintage, bar jak marzenie audiofila, stoliki i krzesła ze schronisk górskich mieszają się ze sztuką współczesną goszczącą na ścianach. Gdy przychodzę następnym razem, poznaję osławionego pioniera street artu, poważnego, grubszego faceta w hip-hopowych ciuchach i odrobinę żałuję, że zepsułam sobie świętą wizję natchnionego artysty...
Chemiefabrik jest zupełnie innym miejscem. Przy ognisku przed wejściem do lokalu, ktoś wręcza mi naklejkę Good night white pride i antifowego zina, ambitną lekturę do nauki niemieckiego. Niska, uberalternatywna knajpka, w której na co dzień odbywają się HC-punkowe koncerty mniej lub bardziej znanych zespołów. Warto tu się jednak wybrać na tańce, jungle, breakcore, dubstep albo oldschool hip-hop, gdzie można liczyć na rapową bitwę albo spontaniczny koncert jakiegoś nawijacza. Chemiefabrik ma piwniczny klimat, a jej jedyny wystrój to wklepki, antyfaszystowskie naklejki i przemieszane plakaty przeszłych i przyszłych wydarzeń. A mimo to na tańce przychodzi tu mnóstwo ludzi, ortodoksyjni w stylówie lewacy, stali bywalcy, mieszają się w tłumie z okazjonalnymi, wystrojonymi na imprezę gościami.
wtorek, 6 listopada 2012
mapa
Życie w Dreźnie nabiera tempa. Po dwóch tygodniach aklimatyzacji czas na zapuszczenie swoich korzeni (przynajmniej taką darmową radę ostatnio usłyszałam). Powoli zapełniam sobie grafik zadaniami, a sieć kontaktów i możliwości z każdym dniem się rozszerza. Nie mieszkam już u Sebastiana, ale u Tobiego, w zupełnie innym świecie. Inna dzielnica, całkiem przyjemna, choć cicha i dopiero budząca się do życia, a taki sam klimat panuje w mieszkaniu. Świeżo wynajęta przez Tobiego i Dorę, pusta przestrzeń w odnowionej kamienicy. Moi współlokatorzy studiują psychologię, poznali się na wymianie studenckiej w Rosji, oboje też, są nowi w Dreźnie. Tobias zna miasto dobrze, bo tu studiuje od kilku lat, ale biorąc pod uwagę jego drastycznie szybko pogorszającą się wadę wzroku, odkrywa Drezno z zupełnie innej perspektywy.
Coś jest dziwnego w tym, że znowu mieszkam z rusofilami. Jeszcze dobrze nie umeblowali mieszkania, ale kubki z cyrylicą, magnesy i babuszki już mnie kłują po oczach. Mam wrażenie, że rosyjskie koneksje prześladują mnie, podobnie jak origami i masoneria, zbyt często powracające w rzeczywistości wątki, żeby ich powtarzalność nie wydała się dziwna. No i byłam dzisiaj w teatrze tańca współczesnego - tancerze z Rosji.
Z Tobim mam bardzo przyjemny układ lokatorski: mieszkam w zamian za malowanie ścian w jego pokoju. Nie zauważyłam jak szybko z upcyklowej designerki stałam się twórczynią domowego murala, ciekawa odmiana.
Z Sebastianem widuję się codziennie. Właściwie pobieram nauki życia od niego. Podaje mi kontakty na małe prace i zajęcia, załatwia darmowe bilety na wystawy i teatr, gdzie pracuje, oprowadza po mieście. Pewnego dnia zafundował mi wycieczkę po campusie uniwersyteckim. Wybraliśmy się na zajęcia capoiery (pierwsza pozycja w moim drezdeńskim grafiku), a później na spacer po miasteczku studenckim. Seb opowiada mi o architekturze budynków, szukamy po drodze ogłoszeń o pracę, lekcji językowych i jakiegoś punku zaczepienia dla mnie, wchodzimy na dach wydziału psychologii, to nie pierwsza panorama miasta z dachu, jaką oglądam. Za wydziałem architektury znajdujemy śmietnik, gdzie studenci wyrzucają swoje prace, raj dla dwójki śmieciowych kolekcjonerów. Po paru minutach grzebania w kontenerze mam cudną lampę biurową z łatwym do naprawienia defektem, pusty szkicownik i kilka dużych arkuszy papieru dobrej jakości. No może jeszcze kilka kaset wideo i starych dyskietek, świetnych materiałów do realizowania zajawek. Gdy wracam obładowana do domu, Dora patrzy na mnie znacząco i pyta: - jak to jest, że codziennie wychodzisz "na spacer" z pustą torbą, a wracasz obładowana z jakimiś meblami, gratami pod pachą? - rytuał, - odpowiadam - tak po prostu wygląda mój spacer. Poza tym, jeszcze nie wynajęłam oficjalnie u Was pokoju, ale już poczułam się w obowiązku wyposażyć Wam kuchnię.
Dostaję od Sebastiana wielki arkusz papieru, chyba można nim wytapetować całą ścianę. - Wiem, że rysujesz mapy. Ten papier jest wystarczająco duży na całe miasto, rysuj swoje miejsca. Zaznacz Wagenplatz, moje mieszkanie, Tobiego, tą domówkę na strychu, gdzie byliśmy, wiesz, swoje miejsca... Opublikuj ją kiedyś, proszę! Uśmiecham się szeroko i cieszę jak dziecko, które dostało worek klocków Lego. Już nie mogę się doczekać kiedy zacznę ją rysować, bo sama mapa tworzy się z każdym spacerem i okolicznością, wystarczy tylko wyjść z domu...
Jest jeszcze jeden punkt w drezdeńskiej konstelacji geograficzno-ludzkiej. Maik wrócił z Paryża. Przyjaciel Sebastiana i Tobiasa, mój serdeczny kolega. Wybieram się z nim na pierwszy od dawna spacer i bardzo szybko sobie przypominam, co znaczy słowo Roiber. Pada deszcz a my spacerujemy w ciemnościach w kanale rzecznym i udajemy, że jesteśmy w podziemnym mieście. Echo naszych śmiechów z tunelu wyszydza nas, gdy okazuje się, że wydostanie się z powrotem do miasta odznacza wspinaczkę po murze i korzeniach drzew rosnących na górze. Ostatni raz, gdy się widzieliśmy zajadaliśmy naleśniki nad Sekwaną ulegając paryskiej romantycznej atmosferze, za to drezdeński spacer w ubłoconych ciuchach miłości nie wróży. W mieszkaniu Maika poznaję za to Christin, wspaniałą dziewczynę uczącą się polskiego. Zamiast cieszyć się, że kolega wrócił, rozmawiam po polsku o kuchni islandzkiej i mieszkaniach w Krakowie. Znalazłam mega fajną partnerkę do nauki języka.
Tobi, Sebastian, Maik mieszkają w jednej linii, mojej pierwszej kartograficznej konstelacji odwiedzin.
Coś jest dziwnego w tym, że znowu mieszkam z rusofilami. Jeszcze dobrze nie umeblowali mieszkania, ale kubki z cyrylicą, magnesy i babuszki już mnie kłują po oczach. Mam wrażenie, że rosyjskie koneksje prześladują mnie, podobnie jak origami i masoneria, zbyt często powracające w rzeczywistości wątki, żeby ich powtarzalność nie wydała się dziwna. No i byłam dzisiaj w teatrze tańca współczesnego - tancerze z Rosji.
Z Tobim mam bardzo przyjemny układ lokatorski: mieszkam w zamian za malowanie ścian w jego pokoju. Nie zauważyłam jak szybko z upcyklowej designerki stałam się twórczynią domowego murala, ciekawa odmiana.
Z Sebastianem widuję się codziennie. Właściwie pobieram nauki życia od niego. Podaje mi kontakty na małe prace i zajęcia, załatwia darmowe bilety na wystawy i teatr, gdzie pracuje, oprowadza po mieście. Pewnego dnia zafundował mi wycieczkę po campusie uniwersyteckim. Wybraliśmy się na zajęcia capoiery (pierwsza pozycja w moim drezdeńskim grafiku), a później na spacer po miasteczku studenckim. Seb opowiada mi o architekturze budynków, szukamy po drodze ogłoszeń o pracę, lekcji językowych i jakiegoś punku zaczepienia dla mnie, wchodzimy na dach wydziału psychologii, to nie pierwsza panorama miasta z dachu, jaką oglądam. Za wydziałem architektury znajdujemy śmietnik, gdzie studenci wyrzucają swoje prace, raj dla dwójki śmieciowych kolekcjonerów. Po paru minutach grzebania w kontenerze mam cudną lampę biurową z łatwym do naprawienia defektem, pusty szkicownik i kilka dużych arkuszy papieru dobrej jakości. No może jeszcze kilka kaset wideo i starych dyskietek, świetnych materiałów do realizowania zajawek. Gdy wracam obładowana do domu, Dora patrzy na mnie znacząco i pyta: - jak to jest, że codziennie wychodzisz "na spacer" z pustą torbą, a wracasz obładowana z jakimiś meblami, gratami pod pachą? - rytuał, - odpowiadam - tak po prostu wygląda mój spacer. Poza tym, jeszcze nie wynajęłam oficjalnie u Was pokoju, ale już poczułam się w obowiązku wyposażyć Wam kuchnię.
Dostaję od Sebastiana wielki arkusz papieru, chyba można nim wytapetować całą ścianę. - Wiem, że rysujesz mapy. Ten papier jest wystarczająco duży na całe miasto, rysuj swoje miejsca. Zaznacz Wagenplatz, moje mieszkanie, Tobiego, tą domówkę na strychu, gdzie byliśmy, wiesz, swoje miejsca... Opublikuj ją kiedyś, proszę! Uśmiecham się szeroko i cieszę jak dziecko, które dostało worek klocków Lego. Już nie mogę się doczekać kiedy zacznę ją rysować, bo sama mapa tworzy się z każdym spacerem i okolicznością, wystarczy tylko wyjść z domu...
Jest jeszcze jeden punkt w drezdeńskiej konstelacji geograficzno-ludzkiej. Maik wrócił z Paryża. Przyjaciel Sebastiana i Tobiasa, mój serdeczny kolega. Wybieram się z nim na pierwszy od dawna spacer i bardzo szybko sobie przypominam, co znaczy słowo Roiber. Pada deszcz a my spacerujemy w ciemnościach w kanale rzecznym i udajemy, że jesteśmy w podziemnym mieście. Echo naszych śmiechów z tunelu wyszydza nas, gdy okazuje się, że wydostanie się z powrotem do miasta odznacza wspinaczkę po murze i korzeniach drzew rosnących na górze. Ostatni raz, gdy się widzieliśmy zajadaliśmy naleśniki nad Sekwaną ulegając paryskiej romantycznej atmosferze, za to drezdeński spacer w ubłoconych ciuchach miłości nie wróży. W mieszkaniu Maika poznaję za to Christin, wspaniałą dziewczynę uczącą się polskiego. Zamiast cieszyć się, że kolega wrócił, rozmawiam po polsku o kuchni islandzkiej i mieszkaniach w Krakowie. Znalazłam mega fajną partnerkę do nauki języka.
Tobi, Sebastian, Maik mieszkają w jednej linii, mojej pierwszej kartograficznej konstelacji odwiedzin.
środa, 24 października 2012
8. Permakultur
Po tygodniu mieszkania w Dreźnie zrealizowałam czwarty i szósty podpunkt swojej listy 'things to do'. Odnalazłam swoją miejscówkę do działania i zarazem inspirację do tworzenia. Z okazji festiwalu Umundu, który obecnie się odbywa w mieście, a dotyczy świadomej konsumpcji, odnalazłam swoje miejsce w warsztacie Freiraum Ebtal. Warsztat-squat mieszczący się nad Łabą, to gigantyczny self-made'owy teren, gdzie każda kreatywna osoba może stworzyć coś swojego nie płacąc za atelier czy narzędzia. Przy okazji festiwalu Ebtal squat był otwarty dla wszystkich, można było zerknąć do tutejszej huty, stolarni, zbudować sobie instrument muzyczny, stworzyć swoją biżuterię, maskotkę, ciuch albo po prostu posiedzieć i napić się młodego wina. Od razu zaznaczam, że miejscówie i jej twórcom przyświeca idea upcyklingu, więc wszystkie warsztaty odbywały się w duchu przetwarzania odpadów i dawania śmieciom drugiego życia. Biżuteria? Z sprzętu elektronicznego, patrzę jak nastolatki robią sobie kolczyki z klawiszy klawiatury. Kawałek za nimi, przy długim stole siedzi kilku sympatycznych młodzieńców i konstruują z przeróżnych gadżetów instrumenty muzyczne. Wychodzę z wysokiej hali i schodami w dół trafiam do pracowni malarskiej z barem. Dwóch zajawkowiczy tworzy szablony, zza klimatycznego baru dudni punk. Idąc dalej, przez podwórkowe warsztaty szycia dla dzieci, trafiam do świetnie urządzonej stodoły, w której mieści się kolejny bar i stolarnia. Kilka osób buduje właśnie meble według swoich wizji ze zgromadzonych ze śmietników desek i europalet. Dołączam się do organizatorki festiwalu i pomagam jej budować ławkę, prezent dla przyjaciółki. Dziewczyna obok, tworzy samodzielnie wymyślny regał, tamten facet właśnie szlifuje swój stołek barowy... wszyscy pożyczają sobie narzędzia, doradzają. Barman-opiekun warsztatów uczy mnie szybko jak obsługiwać przycinarkę do drewna i przy okazji mówi mi, że mogę tu przyjść każdego dnia. - Po co kupować meble, skoro można sobie je zbudować według swojej wizji mając przy tym dużo frajdy i nauki. Teraz budujesz ławkę i uczysz się jak używać narzędzi, ale założę się, że za kilka dni przyjdziesz tutaj zbudować sobie sztalugę.
Nie przeczę... Zza wysokiego żywopłotu widać starych ludzi spacerujących wzdłuż rzeki. Siedzimy sobie Anna-Leną na zbudowanej ze śmieci werandzie, na naszej ławce, pijemy młode wino i obserwujemy ten niedzielny spacer.
Do tego miejsca należy także galeria, reprezentująca ideę upcyklingu w dwóch skromnych pokojach. Dywany z klawiatur opowiadają historię wysypisk elektronicznych śmieci w Afryce, gigantyczne ciucho-zasłony wyśmiewają nasze szafowe zbiory, a wizualizacje przedstawiają nieustanny ruch w fastfoodach. Ebtal namawia do świadomej konsumpcji i każe się zastanowić nad naszymi własnymi potrzebami. W galeryjnej szafie wiszą ubrania znalezione na śmietnikach, wyglądające dobrze i schludnie z metkami: "czy naprawdę potrzebujesz kolejnego ciucha?".
Zastanawia mnie jedynie, że ludzie, którzy przyszli na wystawę boją się korzystać z "dizajnerskich" pomysłów meblarskich i jakoś nikt nie chce siedzieć w tej wygodnej, przyciętej "na sofę" wannie...
Trafiam także na alterglobalistyczne spotkanie, wykład o permakulturze. Zgromadzeni spoko trzydziestoosobową grupę po kolei przedstawiamy się, będziemy przez cały dzień razem rozmawiać o ekologicznym życiu. Nawet się denerwuje faktem, że będę grupową rodzynką, bo zaraz jako jedyna przedstawię się po angielsku, ale ostatecznie obraca się to na moją korzyść:
-cześć wszystkim, nazywam się Marysia. Jestem z Polski. Nie mówię za dobrze po niemiecku, więc ten wykład traktuję jako lekcję poglądowo-lingwistyczną. Zajmuję się sztuką, a do swoich pracy wykorzystuję przedmioty znalezione na ulicy. Organizuję także warsztaty DIY. W Polsce permakultura nie jest mocno rozwinięta, dlatego cieszę się, że mogę się od was czegoś dzisiaj nauczyć.
Wszyscy się do mnie uśmiechają, 30 osób zapamiętało moje imię i przez cały dzień każdy będzie mi pomagał albo coś tłumaczył. Zwłaszcza przystojny, hipisoidalny wykładowca...
Permakultur to ruch który opiera się na wzajemnej pomocy, sobie i naturze. Dbaj o ludzi, dbaj o ziemię, dziel się tym, co masz, żyj w zgodzie z naturą. W skrócie, bądź dobrym człowiekiem. Po zapoznaniu, krótkim wykładzie, przyrządzamy sobie w knajpie wspólny posiłek z warzyw, które mieszkańcy Neustadt uprawiają we wspólnych ogródkach, garden-projects, powstających coraz częściej na pustych parcelach lub niezaanektowanych podwórkach-skwerkach. Zbiorowo dbają o rośliny i wykorzystują je. Cała grupa jest mocno wkręcona w takie akcje, chyba każdy mieszczuch ma prędzej czy później potrzebę wyhodowania własnego pomidora.
Z dnia na dzień mam mocniejsze uczucia przynależności do kultury jaka utworzyła się w Neustadt. Odnalazłam alter-grupę otwartą na ludzi, czego bardzo brakowało mi w Polsce... Ale jest druga strona. Dopóki nie mówię po niemiecku, mogę sobie przynależeć do swojej własnej jednoosobowej grupy poglądowej, ousidera auslandera.
Nie przeczę... Zza wysokiego żywopłotu widać starych ludzi spacerujących wzdłuż rzeki. Siedzimy sobie Anna-Leną na zbudowanej ze śmieci werandzie, na naszej ławce, pijemy młode wino i obserwujemy ten niedzielny spacer.
Do tego miejsca należy także galeria, reprezentująca ideę upcyklingu w dwóch skromnych pokojach. Dywany z klawiatur opowiadają historię wysypisk elektronicznych śmieci w Afryce, gigantyczne ciucho-zasłony wyśmiewają nasze szafowe zbiory, a wizualizacje przedstawiają nieustanny ruch w fastfoodach. Ebtal namawia do świadomej konsumpcji i każe się zastanowić nad naszymi własnymi potrzebami. W galeryjnej szafie wiszą ubrania znalezione na śmietnikach, wyglądające dobrze i schludnie z metkami: "czy naprawdę potrzebujesz kolejnego ciucha?".
Zastanawia mnie jedynie, że ludzie, którzy przyszli na wystawę boją się korzystać z "dizajnerskich" pomysłów meblarskich i jakoś nikt nie chce siedzieć w tej wygodnej, przyciętej "na sofę" wannie...
Trafiam także na alterglobalistyczne spotkanie, wykład o permakulturze. Zgromadzeni spoko trzydziestoosobową grupę po kolei przedstawiamy się, będziemy przez cały dzień razem rozmawiać o ekologicznym życiu. Nawet się denerwuje faktem, że będę grupową rodzynką, bo zaraz jako jedyna przedstawię się po angielsku, ale ostatecznie obraca się to na moją korzyść:
-cześć wszystkim, nazywam się Marysia. Jestem z Polski. Nie mówię za dobrze po niemiecku, więc ten wykład traktuję jako lekcję poglądowo-lingwistyczną. Zajmuję się sztuką, a do swoich pracy wykorzystuję przedmioty znalezione na ulicy. Organizuję także warsztaty DIY. W Polsce permakultura nie jest mocno rozwinięta, dlatego cieszę się, że mogę się od was czegoś dzisiaj nauczyć.
Wszyscy się do mnie uśmiechają, 30 osób zapamiętało moje imię i przez cały dzień każdy będzie mi pomagał albo coś tłumaczył. Zwłaszcza przystojny, hipisoidalny wykładowca...
Permakultur to ruch który opiera się na wzajemnej pomocy, sobie i naturze. Dbaj o ludzi, dbaj o ziemię, dziel się tym, co masz, żyj w zgodzie z naturą. W skrócie, bądź dobrym człowiekiem. Po zapoznaniu, krótkim wykładzie, przyrządzamy sobie w knajpie wspólny posiłek z warzyw, które mieszkańcy Neustadt uprawiają we wspólnych ogródkach, garden-projects, powstających coraz częściej na pustych parcelach lub niezaanektowanych podwórkach-skwerkach. Zbiorowo dbają o rośliny i wykorzystują je. Cała grupa jest mocno wkręcona w takie akcje, chyba każdy mieszczuch ma prędzej czy później potrzebę wyhodowania własnego pomidora.
Z dnia na dzień mam mocniejsze uczucia przynależności do kultury jaka utworzyła się w Neustadt. Odnalazłam alter-grupę otwartą na ludzi, czego bardzo brakowało mi w Polsce... Ale jest druga strona. Dopóki nie mówię po niemiecku, mogę sobie przynależeć do swojej własnej jednoosobowej grupy poglądowej, ousidera auslandera.
sobota, 20 października 2012
5, Poranna Lampa.
Uliczny nomad w nowym mieście najlepiej się czuję wieczorami, w weekendy. Na przykład w taki piątkowy wieczór, miejscówki, które w dzień są zamknięte zapraszają w nocy na najróżniejsze wydarzenia, na eksplorację. Miejscówki, które w dzień świecą pustkami, a wieczorami są zapełnione, kuszą każdego nomada, pragnącego anonimowo poczuć atmosferę nowego terenu. Wybieram się z Sebastianem i Tobim na spacer i zapoznaję się z drezdeńskimi barami. Na scenie jednego z nich, pięciu smutnych chłopców w identycznych przydługich, krótkich włosach gra niesamowicie długą, nijaką piosenkę. A może to różne kilkominutowe utwory, to nieistotne. Tak naprawdę to występ solisty, gitarzysty-wokalisty, jedynego z grupy wspierających go nieśmiało muzyków, który przejawia krztynę charyzmy. Publiczność siedzi po turecku pod sceną rozmyślając o smutnych mężczyznach grających nijakiego rocka. Basista nieśmiało proponuje, polubcie nas na facebooku. Gdy zespół schodzi ze sceny, a lider zaczyna grać swoje utwory solo, atmosfera w ogóle się nie zmienia, za to pojawia się wyśmienita okazja do opuszczenia "sali koncertowej".
Mimo nijakiego koncertu, bardzo podoba mi się ta knajpa, jej wystrój i atmosfera kojarzy mi się z działkowymi altanami zwykle urządzonymi w zbędne meble, nie wyrzucone po remoncie prl-owskiego mieszkania. Za barem mają Lecha, więc jeśliby się uprzeć, wszędzie można znaleźć polski akcent.
Opuszczamy bar szybko i ruszamy w inny zakątek Neustadt.
- Może będzie jakiś koncert w Niebieskiej Fabryce? Byłam tam dzisiaj, zakradłam się do kilku pracowni, żeby nawiązać jakieś kontakty, ale nikogo tam nie było... Chodźmy tam teraz! - namawiam chłopaków, na co chętnie przystają.
Po drodze znajdujemy na ulicy wyrzuconą, "działkową" sofę, siadamy na niej i zastanawiamy się czy możemy z nią albo z niej coś zrobić lub zostawić ją w bardziej sprzyjającym miejscu. Sofa jest na kółkach, więc szybko służy mi jako taksówka do Niebieskiej Fabryki. Jest dość topornym środkiem transportu, do tego napęd na dwóch mężczyzn jest kapryśny, więc porzucamy ją kilkanaście metrów dalej, nie dając jej szansy na pozostanie autem na zawsze. W Fabryce koncert się skończył, ale weszliśmy do środka, by obejrzeć odjazdowe wnętrze! Zdaje się, że całe podwórko zostało zaanektowane przez podstarzałych hipisów artystów, żyjących tu sobie w małej komunie przy okazji organizując wydarzenia kulturalne dla mieszkańców dzielnicy. Ascetyczne, przestrzenne wnętrze na pierwszym piętrze pozwala zauważać każdy mały detal artystyczny. Trudno nie zwrócić uwagi na wielkoformatowy abstrakcyjny obraz za sceną i trudno się naiwnie nie zachwycić malunkami na kiblu czy umywalce. Najbardziej bombowa jest jednak muza! Gdzieś z pomieszczenia pod nami dobiega jazzowe jam session, hermetyczne zamknięte w pracowni malarskiej do której rano się zakradłam. Teraz jest przed nami zamknięta, więc siedzimy cichutko na dworze słuchając artystycznej bibki w garażu-pracowni. I siedzimy na płytkach chodnikowych z wyrzeźbionymi na nich małymi twarzami...
Trafiamy jeszcze na wernisaż w małym lokalu po sklepie. W środku może dziesięć osób, na zewnątrz, z browarami i papierosami chyba dziesięć razy tyle! Zakręcamy się na moment, każdy pogrążony w swoim small-talk'u, oglądam wystawę portretów bez twarzy i zastygam przy nich w zachwycie. Bo właściwie, skoro artysta nie radzi sobie z malowaniem ludzkich twarzy, dlaczego i tak nie miałby namalować szeregu portretów? Twarzy na płótnach nie ma albo są rozmazane albo wystrzelone w kosmos albo jeszcze coś innego. Kupuję ten pomysł (a może swoją interpretację), Tobi nie, kupuje za to kebaba obok i namawia tureckiego kebabmastera, by podzielił go na trzy części. Po chwili zapominamy o sztuce, bo siedzimy w witrynie sklepowej jedząc nasze nano-kebaby.
- cześć, jestem Christina, idziecie gdzieś na imprezę? - zaczepia nas dziewczyna w kurtce w szkocką kratkę, chociaż pytanie i wzrok kieruje do Sebastiana.
- jesteś street nomadem? Coś nam proponujesz? - pyta Seb.
- Street nomad? A Kto to? Co planujecie, idziecie gdzieś może? Bo ja chciałabym gdzieś pójść dalej, a nie do domu, chociaż muszę jutro wstać rano i kupić lampę... - dziewczyna zdecydowanie próbuję nas, jego namówić na dalsze zeznania, ale chyba jeszcze nie nabrała do końca śmiałości. Czy poranna lampa jest wymówką na wypadek naszej odmowy?
- My czekamy na autobus do Nowej Zelandii, możesz poczekać z nami - odpowiadam absurd, bo jeden już zwęszyłam, za to Sebastian go kontynuuje - jeśli miałabyś pojechać jutro do Nowej Zelandii a kupić lampę..., zastanów się nad tym
- chyba jednak lampa z pchlego targu.
- no to powodzenia uliczny nomadzie, odpowiadamy chórem.
Wcale jej nie spławiliśmy. Każdy z nas poczuł epilog wieczoru wraz z kebabem.
- Jak się tu czujesz? - pyta Seb przed domem
- samotna. Ale w dobrym sensie. Mam czas na swoje prywatne eksploracje, medytacje. Ale jestem tu samotna językowo, mimo że wszyscy mówią po angielsku i są otwarci. Krótkie rozmowy mają krótki termin przydatności, bo angielski sprawia, że wszyscy traktują mnie jak turystkę.
- Wszystko przyjdzie z czasem, a każdy dzień daje nową lekcję.
- Nie inaczej.
Mimo nijakiego koncertu, bardzo podoba mi się ta knajpa, jej wystrój i atmosfera kojarzy mi się z działkowymi altanami zwykle urządzonymi w zbędne meble, nie wyrzucone po remoncie prl-owskiego mieszkania. Za barem mają Lecha, więc jeśliby się uprzeć, wszędzie można znaleźć polski akcent.
Opuszczamy bar szybko i ruszamy w inny zakątek Neustadt.
- Może będzie jakiś koncert w Niebieskiej Fabryce? Byłam tam dzisiaj, zakradłam się do kilku pracowni, żeby nawiązać jakieś kontakty, ale nikogo tam nie było... Chodźmy tam teraz! - namawiam chłopaków, na co chętnie przystają.
Po drodze znajdujemy na ulicy wyrzuconą, "działkową" sofę, siadamy na niej i zastanawiamy się czy możemy z nią albo z niej coś zrobić lub zostawić ją w bardziej sprzyjającym miejscu. Sofa jest na kółkach, więc szybko służy mi jako taksówka do Niebieskiej Fabryki. Jest dość topornym środkiem transportu, do tego napęd na dwóch mężczyzn jest kapryśny, więc porzucamy ją kilkanaście metrów dalej, nie dając jej szansy na pozostanie autem na zawsze. W Fabryce koncert się skończył, ale weszliśmy do środka, by obejrzeć odjazdowe wnętrze! Zdaje się, że całe podwórko zostało zaanektowane przez podstarzałych hipisów artystów, żyjących tu sobie w małej komunie przy okazji organizując wydarzenia kulturalne dla mieszkańców dzielnicy. Ascetyczne, przestrzenne wnętrze na pierwszym piętrze pozwala zauważać każdy mały detal artystyczny. Trudno nie zwrócić uwagi na wielkoformatowy abstrakcyjny obraz za sceną i trudno się naiwnie nie zachwycić malunkami na kiblu czy umywalce. Najbardziej bombowa jest jednak muza! Gdzieś z pomieszczenia pod nami dobiega jazzowe jam session, hermetyczne zamknięte w pracowni malarskiej do której rano się zakradłam. Teraz jest przed nami zamknięta, więc siedzimy cichutko na dworze słuchając artystycznej bibki w garażu-pracowni. I siedzimy na płytkach chodnikowych z wyrzeźbionymi na nich małymi twarzami...
Trafiamy jeszcze na wernisaż w małym lokalu po sklepie. W środku może dziesięć osób, na zewnątrz, z browarami i papierosami chyba dziesięć razy tyle! Zakręcamy się na moment, każdy pogrążony w swoim small-talk'u, oglądam wystawę portretów bez twarzy i zastygam przy nich w zachwycie. Bo właściwie, skoro artysta nie radzi sobie z malowaniem ludzkich twarzy, dlaczego i tak nie miałby namalować szeregu portretów? Twarzy na płótnach nie ma albo są rozmazane albo wystrzelone w kosmos albo jeszcze coś innego. Kupuję ten pomysł (a może swoją interpretację), Tobi nie, kupuje za to kebaba obok i namawia tureckiego kebabmastera, by podzielił go na trzy części. Po chwili zapominamy o sztuce, bo siedzimy w witrynie sklepowej jedząc nasze nano-kebaby.
- cześć, jestem Christina, idziecie gdzieś na imprezę? - zaczepia nas dziewczyna w kurtce w szkocką kratkę, chociaż pytanie i wzrok kieruje do Sebastiana.
- jesteś street nomadem? Coś nam proponujesz? - pyta Seb.
- Street nomad? A Kto to? Co planujecie, idziecie gdzieś może? Bo ja chciałabym gdzieś pójść dalej, a nie do domu, chociaż muszę jutro wstać rano i kupić lampę... - dziewczyna zdecydowanie próbuję nas, jego namówić na dalsze zeznania, ale chyba jeszcze nie nabrała do końca śmiałości. Czy poranna lampa jest wymówką na wypadek naszej odmowy?
- My czekamy na autobus do Nowej Zelandii, możesz poczekać z nami - odpowiadam absurd, bo jeden już zwęszyłam, za to Sebastian go kontynuuje - jeśli miałabyś pojechać jutro do Nowej Zelandii a kupić lampę..., zastanów się nad tym
- chyba jednak lampa z pchlego targu.
- no to powodzenia uliczny nomadzie, odpowiadamy chórem.
Wcale jej nie spławiliśmy. Każdy z nas poczuł epilog wieczoru wraz z kebabem.
- Jak się tu czujesz? - pyta Seb przed domem
- samotna. Ale w dobrym sensie. Mam czas na swoje prywatne eksploracje, medytacje. Ale jestem tu samotna językowo, mimo że wszyscy mówią po angielsku i są otwarci. Krótkie rozmowy mają krótki termin przydatności, bo angielski sprawia, że wszyscy traktują mnie jak turystkę.
- Wszystko przyjdzie z czasem, a każdy dzień daje nową lekcję.
- Nie inaczej.
środa, 17 października 2012
2, Herzsutra.
Zatrzymałam się w pakamerze Sebastiana. Trudno chyba o lepszą definicję tego mieszkania, tak jak łatwiej opisać czego tu nie ma, niż wymienić cały egzotyczny skład posiadłości. O, mam lepszą definicję, świątynia upcyklingu... Wszystkie przedmioty, meble pochodzą z najróżniejszych wykopalisk śmietnikowo-miejskich, z pchlich targów, wszystko ma swoją historię (nawet ta gigantyczna butelka po 3-litrowym szampanie, z której wczoraj zrobiliśmy lampę). W wolnym czasie powstają tu najróżniejsze konstrukcje ze znalezionego na budowach drewna, tak jak antresola, która jest moim pokojem zastępczym. I tonie w lampach, święcących gwiazdach i najróżniejszych błyskotkach. Stąd mogę bezpiecznie podglądać, co się dzieje, a gdy włączę pełne oświetlenie cały hol wygląda jak w przeddzień świąt. Ta miejscówa jest dla mnie od kilku lat sercem Neustadt. Zawiera mnóstwo historii i zawsze przyciąga hipisoidalne postaci...
Gdy przyjeżdżam jest tu tylko Liane, która właśnie się przeprowadziła, podglądam więc jak przekształca swój pokój. Zamiast lampy, która zwykle zwisa z centralnego punktu sufitu, patrzę na dyndający bukiet ziół, tybetańskie zawieszki nad oknami, zdjęcia, błyskotki na obdartych z farby ścianach.
Wychodzę zapoznać się z sąsiadami i po kilku minutach małej konwersacji zapraszają mnie na zajęcia medytacji, które za chwilę się rozpoczynają. Odciągam więc Liane od porządków, zabieram ją na lekcje zen na poddaszu (do mieszkania o najpiękniejszych podłogach świata). Uśmiechnięty sąsiad zabiera nas do pokoju medytacji, z ołtarzem buddyjskim i poduchami. Tłumaczy po angielsku rytuały, których musimy się trzymać przez najbliższe półtorej godziny i jak nie zrobić z siebie głupka podczas zajęć.
Siedzimy więc w ósemkę w przestrzennym pokoju o pięknych podłogach, wdychamy kadzidła i rozpoczynamy medytację. Najpierw śpiewy... Z koreańskim tekstem na wysokości splotu słonecznego, zdezorientowana, rozglądam się na pełną powagi resztę uczestników. Dwóch gości w szarych szatach zaczyna śpiewać, trzeci, odpowiedzialny za ołtarz i dźwięk, daje rytmiczne sygnały do kłaniania się i klękania. Wszyscy zaczynają śpiewać mantrę po koreańsku, kłaniać się rytmicznie na sygnał. Trudno mi zachować powagę w tak dziwacznym momencie, jasne, jestem specjalistką od koreańskich mantr i ukłonów. Gubię się w tekście dwieście razy, nie ogarniam melodii, ale wkręcam się w rytuał z gracją godną powieści Vonneguta. Następna mantra to Sutra Serca. Po niemiecku... mam więc idealną pierwszą lekcję języka, do tego śpiewaną (moja dobra karma umarła już ze śmiechu i osiągnęła nirwanę). Po śpiewach następuje medytacja osobista. Siadasz w wygodnej, ale określonej pewnymi normami pozycji i przez godzinę, z małą przerwą, skupiasz się na tym, kim jesteś. Patrzę w najpiękniejszą podłogę na świecie, oddycham i szukam swoich wcieleń. Co się składa na to cudne dziecko postmodernizmu? Jestem faraonem, rybakiem, dwórką, moskiewskim psem, kolegą poprzedniego psiego wcielenia Hugo-Badera, jestem niewolnikiem, Buddą, dadaistą, piekarzem... nie wiem. Mija godzina, nie mam zielonego pojęcia kim jestem. Mówię to mistrzowi po ceremonii, odpowiada mi, dobrze. Od "nie wiem" zaczyna się cała zabawa.
W takim razie, nie mam pytań, muszę przemyśleć czy ostatnie dwie godziny były raczej dziwne czy mistyczne. Schodzę do pakamery.... gdzie czeka na mnie impreza! Moi przyszli współlokatorzy i zarazem cudowny tercet znajomych, przyszli przekonać się na własne oczy, czy dotarłam do Drezna. Jakob, Hannes, Jena i karton wina przywiezionego z winobrania. Sebastian wraca z uczelni, zdziwiony tak samo jak ja, samozwańczą imprezą w jego domu, i tylko się uśmiecha tym swoim uśmiechem obdarowującym wszystkim ciepłem na całą zimę. Wraz z tym uśmiechem za chwilę zaproszę na imprezę mnichów z poddasza i gdy piją z nami wino, od razu zapominam o koreańskich tańcach.
A co można robić przez cały dzień w nowym miejscu? Uruchamiam z rana swój zmysł uliczny, biorę szkicownik i wychodzę z domu rysować swoją mapę miasta. Zaglądam w bramy, zakamarki, wchodzę wszędzie, gdzie mi rozkaże moja wskrzeszona po wczoraj karma. Trafiłam do biura alterglobalistycznego festiwalu, który odbywa się za kilka dni i proponuję uśmiechniętym dziewczynom za laptopami swoją pomoc. Oczywiście, że się zgadzają, potrzebują przecież kogoś, kto zrobi scenografię na finałową imprezę. Tak się składa, że mam kilka pomysłów i od razu wkręcam się w klimat, bo cały festiwal wspiera ideę Upcycle i DIY, lepiej nie mogłam trafić. Umawiam się z dziewczynami, przy okazji dowiaduję się, że z okazji festiwalu będzie dużo warsztatów DIY, flashmob silent disco i masę innych akcji. Moja mapa Drezna nabiera już pewne kształty.
Korzystam z dobrej pogody podglądając ludzi w parku. Pełno samotnych, kolorowych lasek, zupełnie jak ja przysiadło w trawie z książkami, kawami i innymi papierosami. Samotne na zielonym trawniku drzewo straciło już wszystkie liście, więc widać szczegółowo piękne tatuaże na plecach kolesi, którzy się na nie wspięli. Grupki sportowo rekreacyjne na tym samym trawniku są ciekawą odmianą po polskim parku śmierdzącym rozlanym browarem i melanżem petów i łusek słonecznika pod ławkami. Jestem jednozdaniowym hejterem.
Wracam do domu tylko po to, by dać się porwać Sebastianowi i Liane na kolejny spacer. A ponieważ postanowili mi robić fiszki niemieckie oklejając wszystkie domowe przedmioty, proponuję im, żeby wyciągnąć ten pomysł na miasto... Pomysł się przyjął, więc nasz tercet lingwistyczny, zabierając z domu wszelkie markery i taśmy ruszył tagować świat (swoją drogą, Sebastian ma marzenie tworzyć street art, więc idealnie się składa). Oklejamy witryny sklepowe, samochody, znaki, śmietniki, knajpki, buty ulicznych komendantów melanżu, wszystkie fiszki są polsko-niemieckie (jakby ktoś również zapragnął nauczyć się na ulicy kilku przydatnych wyrazów po polsku). Tworzymy jeszcze spontaniczną rzeźbę ze znalezionych na ulicy przedmiotów i wracamy do domu.
Przed snem powtórzę Herzsutrę, mówię sobie.
A może w przyszłym wcieleniu?
Gdy przyjeżdżam jest tu tylko Liane, która właśnie się przeprowadziła, podglądam więc jak przekształca swój pokój. Zamiast lampy, która zwykle zwisa z centralnego punktu sufitu, patrzę na dyndający bukiet ziół, tybetańskie zawieszki nad oknami, zdjęcia, błyskotki na obdartych z farby ścianach.
Wychodzę zapoznać się z sąsiadami i po kilku minutach małej konwersacji zapraszają mnie na zajęcia medytacji, które za chwilę się rozpoczynają. Odciągam więc Liane od porządków, zabieram ją na lekcje zen na poddaszu (do mieszkania o najpiękniejszych podłogach świata). Uśmiechnięty sąsiad zabiera nas do pokoju medytacji, z ołtarzem buddyjskim i poduchami. Tłumaczy po angielsku rytuały, których musimy się trzymać przez najbliższe półtorej godziny i jak nie zrobić z siebie głupka podczas zajęć.
Siedzimy więc w ósemkę w przestrzennym pokoju o pięknych podłogach, wdychamy kadzidła i rozpoczynamy medytację. Najpierw śpiewy... Z koreańskim tekstem na wysokości splotu słonecznego, zdezorientowana, rozglądam się na pełną powagi resztę uczestników. Dwóch gości w szarych szatach zaczyna śpiewać, trzeci, odpowiedzialny za ołtarz i dźwięk, daje rytmiczne sygnały do kłaniania się i klękania. Wszyscy zaczynają śpiewać mantrę po koreańsku, kłaniać się rytmicznie na sygnał. Trudno mi zachować powagę w tak dziwacznym momencie, jasne, jestem specjalistką od koreańskich mantr i ukłonów. Gubię się w tekście dwieście razy, nie ogarniam melodii, ale wkręcam się w rytuał z gracją godną powieści Vonneguta. Następna mantra to Sutra Serca. Po niemiecku... mam więc idealną pierwszą lekcję języka, do tego śpiewaną (moja dobra karma umarła już ze śmiechu i osiągnęła nirwanę). Po śpiewach następuje medytacja osobista. Siadasz w wygodnej, ale określonej pewnymi normami pozycji i przez godzinę, z małą przerwą, skupiasz się na tym, kim jesteś. Patrzę w najpiękniejszą podłogę na świecie, oddycham i szukam swoich wcieleń. Co się składa na to cudne dziecko postmodernizmu? Jestem faraonem, rybakiem, dwórką, moskiewskim psem, kolegą poprzedniego psiego wcielenia Hugo-Badera, jestem niewolnikiem, Buddą, dadaistą, piekarzem... nie wiem. Mija godzina, nie mam zielonego pojęcia kim jestem. Mówię to mistrzowi po ceremonii, odpowiada mi, dobrze. Od "nie wiem" zaczyna się cała zabawa.
W takim razie, nie mam pytań, muszę przemyśleć czy ostatnie dwie godziny były raczej dziwne czy mistyczne. Schodzę do pakamery.... gdzie czeka na mnie impreza! Moi przyszli współlokatorzy i zarazem cudowny tercet znajomych, przyszli przekonać się na własne oczy, czy dotarłam do Drezna. Jakob, Hannes, Jena i karton wina przywiezionego z winobrania. Sebastian wraca z uczelni, zdziwiony tak samo jak ja, samozwańczą imprezą w jego domu, i tylko się uśmiecha tym swoim uśmiechem obdarowującym wszystkim ciepłem na całą zimę. Wraz z tym uśmiechem za chwilę zaproszę na imprezę mnichów z poddasza i gdy piją z nami wino, od razu zapominam o koreańskich tańcach.
A co można robić przez cały dzień w nowym miejscu? Uruchamiam z rana swój zmysł uliczny, biorę szkicownik i wychodzę z domu rysować swoją mapę miasta. Zaglądam w bramy, zakamarki, wchodzę wszędzie, gdzie mi rozkaże moja wskrzeszona po wczoraj karma. Trafiłam do biura alterglobalistycznego festiwalu, który odbywa się za kilka dni i proponuję uśmiechniętym dziewczynom za laptopami swoją pomoc. Oczywiście, że się zgadzają, potrzebują przecież kogoś, kto zrobi scenografię na finałową imprezę. Tak się składa, że mam kilka pomysłów i od razu wkręcam się w klimat, bo cały festiwal wspiera ideę Upcycle i DIY, lepiej nie mogłam trafić. Umawiam się z dziewczynami, przy okazji dowiaduję się, że z okazji festiwalu będzie dużo warsztatów DIY, flashmob silent disco i masę innych akcji. Moja mapa Drezna nabiera już pewne kształty.
Korzystam z dobrej pogody podglądając ludzi w parku. Pełno samotnych, kolorowych lasek, zupełnie jak ja przysiadło w trawie z książkami, kawami i innymi papierosami. Samotne na zielonym trawniku drzewo straciło już wszystkie liście, więc widać szczegółowo piękne tatuaże na plecach kolesi, którzy się na nie wspięli. Grupki sportowo rekreacyjne na tym samym trawniku są ciekawą odmianą po polskim parku śmierdzącym rozlanym browarem i melanżem petów i łusek słonecznika pod ławkami. Jestem jednozdaniowym hejterem.
Wracam do domu tylko po to, by dać się porwać Sebastianowi i Liane na kolejny spacer. A ponieważ postanowili mi robić fiszki niemieckie oklejając wszystkie domowe przedmioty, proponuję im, żeby wyciągnąć ten pomysł na miasto... Pomysł się przyjął, więc nasz tercet lingwistyczny, zabierając z domu wszelkie markery i taśmy ruszył tagować świat (swoją drogą, Sebastian ma marzenie tworzyć street art, więc idealnie się składa). Oklejamy witryny sklepowe, samochody, znaki, śmietniki, knajpki, buty ulicznych komendantów melanżu, wszystkie fiszki są polsko-niemieckie (jakby ktoś również zapragnął nauczyć się na ulicy kilku przydatnych wyrazów po polsku). Tworzymy jeszcze spontaniczną rzeźbę ze znalezionych na ulicy przedmiotów i wracamy do domu.
Przed snem powtórzę Herzsutrę, mówię sobie.
A może w przyszłym wcieleniu?
wtorek, 16 października 2012
0
Trudno mi powiedzieć jak długo trwała moja przeprowadzka do Drezna (i czy przypadkiem nadal nie jest w toku). Powtarzam sobie i różnej grupie odbiorców od około dwóch lat, że kiedyś przeprowadzę się do Drezna ( i prawdopodobnie nikt tego nie brał na serio aż do tej pory). Spakowałam swój dom w plecak i walizkę i zaczęłam wprowadzać plan przenoszenia swojego życia gdzie indziej. Autostopem. Robiąc po drodze przystanki, odwiedziny. Wyjeżdżając na wylotówkę Wrocławia sprawiało mi nieco dziwną przyjemność przedostawanie się przez centrum miasta ze świadomością, że mam przy sobie Wszystkie Swoje Rzeczy. Mogłabym się tu i teraz przeprowadzić, zostać. Rozpakować swoją walizkę na wrocławskim rynku na przykład albo jakimś pięknym zakątku (w walizce jest moja sztuka) i stworzyć swoją plenerową pracownię tu i teraz. Wyciągnąć sukienkę z plecaka-szafy, dostosować strój do sytuacji, choć tak naprawdę nie mam ani jednej sukienki. Bezdomne myśli chodzą mi po głowie, tak samo jak ta, że pragnę szybko złapać kurs autostopowy, najlepiej od razu od Neustadt, drezdeńskiego centrum studentów, hippisów i kolorowych ptaków. Docieram na Bielany, muszę przejść obładowana jeszcze ten trawnik, tam dalej jest stacja benzynowa na zjeździe na autostradę. Ludzie z przystanku autobusowego pod wielkim supermarketem mogą zaobserwować jak oddalam się ze swoim Domem w absurdalnym dla nich kierunku. Staję przed stacją o rozpoczynam czary - pokazuje samochodom swój magiczny palec - i zatrzymuję samochód po kilku minutach.
- Dortmund?
- Drezno?
- wskakuj.
Mówisz i masz, jadę zmęczoną skodą oktawią tam, gdzie chce. Kierowca, poważny koleś w średnim wieku, o twarzy, której nie zapamiętałabym po stu spojrzeniach, opowiada mi o swojej pracy w Monachium, żonie we Włocławku, blokach, działkach, pracy i zarobkach. Takie spojrzenie na życie w schematach. Jeżdżę do pracy zbyt daleko od domu, żeby nie myśleć o przeprowadzce, ale żona nie chce, bo nie lubi, nie lubi języka, więc ja do niej jeżdżę, wracam co dwa tygodnie. Fajki sobie kupię po drodze, na zapas, i wieczorem już jestem. Praca w fabryce w kosmopolitycznym tyglu mężczyzn, co bez pomysłu na życie, wyjeżdżają za pracą.
- Miałem kiedyś działkę, ale musiałem ją sprzedać, bo żona nie chciała tam chodzić. A jak ja chodziłem, to raz na miesiąc, trzeba było wyplewić te całe chaszcze, dwa dni tyry na działce, a żona dre morde, że mnie w domu nie ma. To sprzedałem działkę... z działką budowlaną było tak samo, teraz w bloku mieszkam (i się wyspać nie mogę kurna, normalnie źle się czuję tam, no wiesz)
Dresden Zentrum, skręcamy z autostrady, nawiguję kierowcę jak GPS, skoda skręca w skupisko wysokich, starych kamienic. Dziękuję pięknie, zabieram swój przenośny dom, jestem na miejscu. Siadam na pierwszej napotkanej ławce, pod alternatywną knajpą Ostpol urządzoną w domku jednorodzinnych i odpalam papierosa. Palę fajkę na wschodnim biegunie i znowu mam nieodpartą pokusę bezdomnego, zostawić tu swój Dom jak jakąś instalację. Obserwuję ludzi na ulicy, przechodzących w lekkim oddaleniu, a za chwilę pójdę na znaną mi ulicę, główną ulicę Neustadt i zapukam do drzwi Sebastiana. Rozpoczynam swój pierwszy dzień w nowym mieście...
- Dortmund?
- Drezno?
- wskakuj.
Mówisz i masz, jadę zmęczoną skodą oktawią tam, gdzie chce. Kierowca, poważny koleś w średnim wieku, o twarzy, której nie zapamiętałabym po stu spojrzeniach, opowiada mi o swojej pracy w Monachium, żonie we Włocławku, blokach, działkach, pracy i zarobkach. Takie spojrzenie na życie w schematach. Jeżdżę do pracy zbyt daleko od domu, żeby nie myśleć o przeprowadzce, ale żona nie chce, bo nie lubi, nie lubi języka, więc ja do niej jeżdżę, wracam co dwa tygodnie. Fajki sobie kupię po drodze, na zapas, i wieczorem już jestem. Praca w fabryce w kosmopolitycznym tyglu mężczyzn, co bez pomysłu na życie, wyjeżdżają za pracą.
- Miałem kiedyś działkę, ale musiałem ją sprzedać, bo żona nie chciała tam chodzić. A jak ja chodziłem, to raz na miesiąc, trzeba było wyplewić te całe chaszcze, dwa dni tyry na działce, a żona dre morde, że mnie w domu nie ma. To sprzedałem działkę... z działką budowlaną było tak samo, teraz w bloku mieszkam (i się wyspać nie mogę kurna, normalnie źle się czuję tam, no wiesz)
Dresden Zentrum, skręcamy z autostrady, nawiguję kierowcę jak GPS, skoda skręca w skupisko wysokich, starych kamienic. Dziękuję pięknie, zabieram swój przenośny dom, jestem na miejscu. Siadam na pierwszej napotkanej ławce, pod alternatywną knajpą Ostpol urządzoną w domku jednorodzinnych i odpalam papierosa. Palę fajkę na wschodnim biegunie i znowu mam nieodpartą pokusę bezdomnego, zostawić tu swój Dom jak jakąś instalację. Obserwuję ludzi na ulicy, przechodzących w lekkim oddaleniu, a za chwilę pójdę na znaną mi ulicę, główną ulicę Neustadt i zapukam do drzwi Sebastiana. Rozpoczynam swój pierwszy dzień w nowym mieście...
Subskrybuj:
Posty (Atom)