sobota, 26 stycznia 2013

wędrowcy z plecakami

Sobota, popołudnie. Siedzę w przytulnym pokoju gościnnym, rytmizując słowa na klawiaturze. Jest mi zimno w stopy, generalnie jest bardzo mroźnie. Przez okno widzę fitness w sąsiedniej kamienicy. Dziewczyna w sportowym staniku biega w miejscu. Dzieli nas przepaść temperatur.

Sobota, południe. Siedzę w zaadoptowanym na teatr, pustym parterze. Czytam Włóczęgów Dharmy, marząc po cichu o życiu beatnika. Co jakiś czas słyszę sprzed domu dźwięk wiertarki, wyglądam przez okno i z uśmiechem na twarzy obserwuję jak Sasha tworzy lodowe dekoracje ze znalezionej na balkonie bryły.
- zajebisty pomysł, mogę Ci pomóc?
- spoko, już kończę, zamontuję tu jeszcze lampy, żeby stworzyć miły klimat na wieczór.
- robimy jakąś imprezę, o której nie wiem?
- raczej nie, nie wiem. Ale nie ma nic złego w lodowej sztuce - odpowiada. - Spójrz na tą ozdobę z kostek, podwiesimy ją przy oknie. A w tamtą dużą bryłę zwisającą z balkonu wsadzę światło.

Wracam do lektury, Ginsberg z Kerouakiem wypijają morze alkoholu i płyną.
Moje myśli odpływają do prostych historii autostopowych, gdy było nieco cieplej.

*

Nie każda podróż autostopowa sponsoruje szybkie przemieszczenie się do celu, obfitując w inspirujące rozmowy. Niektóre są dziwnymi hybrydami środków lokomocji, czasochłonnymi operacjami. Tak, jak moja styczniowa wycieczka z Sebastianem.
Sobota, późne popołudnie, niebo równie szare, jak wstążka autostrady, jak przedmieścia Hamburga. Życzliwy i serdecznie nastawiony do życia Sebastian, dzisiaj prezentuje szary, nieprzystający do niego humor i nastawienie na podróż, za to współgrający idealnie z otaczającą nas aurą.
- Wolałbym siedzieć w pociągu i czytać książkę, myślisz, że dojedziemy dzisiaj do Drezna? To całkiem długa droga... - mówi.
- Nie wiem czy to takie istotne, gdzie dzisiaj dojedziemy. Transport i dobrzy ludzie są wszędzie, dojedziemy do Magdeburga, możemy wsiąść w pociąg, trafimy do Lipska, możemy odwiedzić znajomych, wylądujemy w miasteczku o którym nikt nie słyszał, to pogawędzimy z babunią i zjemy jej wszystkie ciasteczka. Ale póki co, wypróbujmy autostop w nowym roku. Widzę stację benzynową. - patrzę na Sebastiana i mam wrażenie, że muszę mu dodać jakiejś motywacji, babunia na zadupiu nie podziałała na wyobraźnię.
Bez słowa rozdzielamy się na stacji benzynowej i każdy na własną rękę przeprowadza swój własny eksperyment socjologiczny. Ustawiam się pod zadaszeniem, zrzucam z ramion plecak i wymieniam na tablicę korkową z wypisanymi wcześniej nazwami niemieckich miast. Tablicę znalazłam kilka dni wcześniej na ulicy w Altonie, dzielnicy Hamburga. Właściwie, to znalazłam ją w parku.
Moja metoda jest prosta. Trzymam tablicę, uśmiecham się do startujących samochodów, kierowców, śledzę ich spojrzenia. Niektórzy patrzą na wypisane miejscowości, kiwają głowami wschód-zachód raczej niż północ-południe, tak jak jedziemy. Większość omija wzrokiem tabliczkę i rejestruje smukłość moich ud, eksponowanych w różowej mini spódniczce. Spoglądam także na Sebastiana, jak zgarbiony pod ciężarem plecaka, wędruje od samochodu do samochodu z szlachetnym pytaniem o podwózkę w miejsce oddalone o 100, 200 albo 500 kilometrów.
Na stacjach benzynowych nic nie umknie uwadze, wszystko dzieje się powoli. Każde spojrzenie, ruch, samochód, zakupiona kawa, wszystko zapisane w kronice powolnych wydarzeń.
Uda w pasiastych rajstopach wygrały pierwszą rozgrywkę autostopową, uśmiechnięty student biochemii zabiera nas do Hannoveru.
Sebastian siada z przodu, ku niezadowoleniu kierowcy, ale używa swojej niesamowitej zdolności konwersacji i przez godzinę prawdopodobnie dowiaduje się więcej o naszym kierowcy niż wiedzą jego rodzice. Cały czas się zastanawiam jak on to robi.
Ja tymczasem przymykam oczy i zasypiam.

Student wysadza nas na przedmieściach Hannoveru, demotywując Sebastiana do reszty. Podupadają nam morale, bo sytuacja jest słaba. Po wnikliwym przestudiowaniu palety możliwości (autostop, pociąg, carpooling, wycieczka po Hannoverze) podczas drogi na dworzec, Sebastian poddaje się.
- Hej, - pocieszam, - znajdźmy mapę i potraktujmy Hannover jak plac zabaw. Przetransportujemy się z powrotem na autostradę za pomocą mapy, internetu i tramwajów, zrobimy licencjat z hannoverskiej komunikacji miejskiej i ruszamy dalej autostopem. Oboje nie mamy kasy na pociąg i mamy nieokreślony limit czasowy, więc pomijając gównianą pogodę, przygoda! Poddaj się jej, Sebastian, może następny kierowca zaoferuję ci cudowną konwersację.
Szybko wypełniamy zadaną nam przez kierowcę miejską zagwozdkę, po dwóch godzinach, trzech tramwajach i jednym autobusie stoimy na stacji benzynowej przy majestatycznej autostradzie numer 2. Drodze 66 Niemiec. Recytuję kilometry z pamięci.
Niemniej jednak, pada deszcz, jest przejmująco zimno, a mapa kraju, która w tajemniczych okolicznościach wpadła Sebastianowi w ręce, jest bezużyteczna. No, może pełni funkcje antycznego artefaktu dodającego poczucie bezpieczeństwa.
Sebastian dalej działa swoją taktyką, pytając kierowców, ja również wypróbowuję jego sposób zawężając grono ankietowanych do polskich rejestracji. Pół godziny, siedzimy w vanie Marcina z Poznania. Wesołego chłopaka, który zgodził się zabrać nas i schronić przed niesprzyjającą aurą pogodową. Podczas gdy Sebastian przysnął z twarzą przyklejoną do szyby, ja prowadzę nic nie znaczącą konwersacje z Marcinem, taką rozmowę wypełniającą czas, rozmazującą pokonywane kilometry.
Na stacji w Magdeburgu kupuję czekoladę, zjemy ją w kolejnym vanie. Kierowcy z Uzbekistanu. Misiu za kierownicą milczy, Sebastian pogrążony w studiowaniu smsów, z kontrapunktem radia i mojego śpiewu. Kierowca podgłaśnia radio, albo lubi Beatlesów tak, jak ja, albo nie podoba mu się moja wersja Hey Jude.
W końcu Sebastian odrywa wzrok od telefonu, patrzy na mnie zmotywowanym spojrzeniem:
- Maxime pyta czy jestem w Dreźnie. To wystarczająca motywacja, żeby jechać do domu - mówi.
- Randeczka! Cudownie - uśmiecham się do Sebastiana. I łamanym niemieckim mówię kierowcy, że zostaniemy przed Lipskiem, gdzieś na stacji, nie jedziemy jednak do miasta.
No więc uzbekistańczyk zostawia nas na stacji benzynowej przed Lipskiem. Pogoda się zmieniła. Na gorsze - a o plusach podróżowania autostopem w deszczu można mówić krótko - jest bez sensu.
Mój towarzysz podróży zostawia mnie z plecakami w pobliskim burger kingu, gdzie oddaje się konsumpcji frytek, które ktoś zostawił przy jednym ze stolików. Sebastian z kolei zadaje kierowcom odwieczne pytania, recytując prośbę o podwózkę jak wyznanie wiary. Po jakimś czasie wraca do bistra:
- tam jest van z polskim kierowcą, który mnie za grosz nie rozumie. Ale myślę, że możesz go przekonać, pójdziesz?
Wracam po kilku minutach, uśmiecham się bez słowa, zabierając plecak. Sebastian robi to samo, uśmiech, plecak, wychodzimy.
Marek jest szkutnikiem i od nastolatka pracuje w Holandii przy budowie jachtów. Opowiada nam zaskakujące historie ze świata holenderskiego czarnego rynku, mrożące krew w żyłach historie portowe przeplatane anegdotkami z życia polskiego pracownika w dalekich krajach. I przy okazji podwozi nas do Hecht, dzielnicy szczupaka.
- Piękny tandem - mówi Sebastian z uśmiechem autostopowicza u kresu podróży - cztery kursy, dwa polsko-, dwa niemieckojęzyczne, nawet zła pogoda nie była straszna, czekania też nie było dużo.
- Intryguje mnie mechanizm zmiany postrzegania podróży z każdym przebytym kilometrem - odpowiadam mu uśmiechem. I żegnamy się w deszczu.

*

Wracając do Włóczęgów Dharmy Kerouaca:

(...)wkrótce świat będzie pełen wędrowców z plecakami, włóczęgów Dharmy, odmawiających swojego podpisu pod powszechnym nakazem konsumpcji dóbr produkcyjnych, a także przymusowej pracy, która daje przywilej konsumpcji tego całego gówna, tych wszystkich pieprzonych lodówek, telewizorów, samochodów (a potem jeszcze nowszych, fantastycznych modeli), szamponów, odżywek do włosów i dezodorantów, których ludzie wcale nie pragną, tak samo jak nie pragną tej ogromnej góry odpadków w śmietniku, rosnącej co tydzień od nowa. Wszyscy są więźniami pracy-produkcji-konsumpcji. Mam wizję wielkiej rewolucji plecaków, której dokonają tysiące, a nawet miliony młodych Amerykanów, wędrujących z plecakami po kraju, wyruszających w góry, by medytować i modlić się samotnie, rozśmieszających dzieci i niosących radość starcom, uszczęśliwiających młode dziewczęta i umiejących sprawić, że nieco starsze dziewczyny poczują się szczęśliwsze. Widzę już tych szalonych wędrowców zen, którzy piszą wiersze w drodze, ktedy tylko przyjdzie im na to ochota, są życzliwi wobec wszystkich ludzi i swymi nieoczekiwanymi uczynkami podtrzymują w duszach zwykłych ludzi marzenie o wiecznej powszechnej wolności wszystkich istot bez wyjątku... 


wtorek, 22 stycznia 2013

Baza.

Wszystko, co robisz, definiuję cię. To, co jesz i to, gdzie mieszkasz.
Przez ostatnie dwa miesiące mieszkałam w miejscu, gdzie kompletnie nie pasowałam. I z ludźmi, do których nie przystawałam. Bardzo ucieszyłam się na wiadomość, że Kukulida, Projekt Haus, zaprasza mnie na tak zwany casting na nowego mieszkańca. I mimo że rozmawiałam z otwartymi, pełnymi pomysłów i doświadczeń ludźmi, byłam zestresowana jak na najważniejszej rozmowie kwalifikacyjnej w swoim życiu (chociaż w ogóle nie mam takich doświadczeń). Z resztą powiedziałam o swoim stresie na głos i szczerość się opłaciła, rozmowa pobiegła w zupełnie innym kierunku.

Dotychczas mieszkałam w kilku różnych miejscach, mieszkaniach z różnymi ludźmi, jeszcze więcej miejsc odwiedziłam jako podróżniczka i muszę przyznać, że żadna lokalizacja nie zrobiła na mnie takiego wrażenia. 17 osób wynajmuje całą kamienicę i wspólnie realizują tu swoje pomysły. Jest tu więc miejsce na warsztat stolarski i krawiecki, scena na działania teatralne, kino, lekcje rysunku, improwizacji ruchowej, przestrzeń na koncerty. I przestrzeń mieszkalna ze wspólnym piętrem, czyli dużą kuchnią i dwoma pokojami do pracy czy odpoczynku. Ludzie, którzy tu mieszkają to młodzieżowa mieszanka różnych światów: studenci, aktywiści, artyści, bezrobotni i pracujący w różnych dziedzinach, ciekawi świata ludzie.

Gdy przeprowadzałam się do Drezna z plecakiem i walizką w ręce, podróżując autostopem, nie śniło mi się, że mój dorobek w trzy miesiące rozrośnie się kilkakrotnie. Dwie książki (symboliczny Kapuściński i Kerouac, bez którego nie podejmuje podróży) rozmnożyły się do pełnego makulatury kartonu. Szkicownik zakupiony wcześniej w Paryżu zmultiplikował się kilkakrotnie i rozrósł do obrazów na deskach i płócień. Zbierane z ulicy artefakty też zapełniły kilka kartonów.
Na szczęście kilku zaufanych wolontariuszy pomogło mi wszystko przetransportować do nowego lokum, przy okazji spijając po drodze symboliczną butelkę szampana.

Podczas dotychczasowych przeprowadzek nie miałam nigdy myśli, ile kontaktów i koneksji da mi nowe miejsce. Ile nowych możliwości i zajawek do zrealizowania zapewni mi zwykłe mieszkanie, kolejni współlokatorzy.

Życzę Polsce większej tolerancji dla skłotów i skłotersów, mieszkań-projektów, otwartych domów i komun.
Mam już w Dreźnie rodzinę.


sobota, 5 stycznia 2013

autostopem...

Bardzo lubię autostopowe podróże. Każdy kurs, miejsce, poznana osoba, samochód niosą ze sobą nową historię. Pora roku na wyprawy autostopowe nie ma znaczenia, zanim zdążą mi skostnieć ręce od trzymania tabliczki z destynacją, już rozgrzewam je w samochodzie. Moja ostatnia wyprawa to klasyczna pielgrzymka między Domami, Drezno a Poznań, Poznań a Tychy, Tychy a Drezno. Środek trójkąta wypada we Wrocławiu, gdzie czasami się zatrzymuję na dłużej niż wyciągnięcie kciuka.

*

Zawsze, gdy stoję w Hellerberge, drezdeńskim punkcie autostopowym na Wrocław oraz Berlin, oślepia mnie słońce. Nie widzę reakcji kierowców, mrużę oczy i kwaśno się uśmiecham. Trzymam malutki karton z napisem PL. Do granicy jadę z finansistą z Goerlitz. Small talk o Dreźnie traktuję śmiertelnie poważnie, jak egzamin prawie, bo rozmawiamy po niemiecku. Kierowca wysadza mnie na zjeździe do miasta, a więc na autostradzie i ledwo wykonuje jakieś manewry, już mija mnie policja. Schodzę z drogi i leśnym duktem, w śniegu, idę wzdłuż autostrady. Za 1000 metrów parking, przejdę może 200, a na parking wjadę czerwonym tirem. Zdaje się, że policja wypatrzyła mnie i w lusterku patrzę, jak machają na moją furę lizakiem. Ale jest już za późno.
Bogdan, typowy tirowiec, przejęty jest tylko "dróżką". I może jeszcze tym, gdzie mnie zostawić, temat powraca jak refren radiowego przeboju. "Ja muszę dziewiątkę przekręcić, bo dzisiaj dychę lecę" - mówi poważnie przez telefon, a za chwilę tłumaczy mi gdzie "kręci pauzę". Żegnam go przy tej okazji w Legnicy, a na kierowcę do Wrocławia czekam dobre 20 minut. Z kartką "Poznań", którą znalazłam w teczce z rysunkami, nie schodzącym z twarzy uprzejmym uśmiechem, klnę w myślach na obojętne twarze kierowców. Ogrzanych w swoich szarych samochodach, odwracających wzrok od szarej eminencji stacji benzynowej.
We Wrocławiu, z okazji półmetka wycieczki, zmieniam strony autostrady. Szybko łapię kurs do Leszna, przyjemna wartka rozmowa ze sprzedawcą garniturów, choć już kompletnie nie pamiętam o czym... W Lesznie jest ciemno, mimo godziny 17. Trudno powiedzieć, żeby konformistyczna kawa w McDonaldsie orzeźwiła, choć takie było założenie. Orzeźwia za to aura pogodowa. I pomysł, by czekać na podwózkę w centrum Leszna, po zmroku, w środku przebudowy drogi.
Nie mniej jednak to miejsce okazało się idealne, by zatrzymać tira... - "Ja mam ciężko, 23 tony cukru, zanim to się rozbuja" - westchnął Wojtek z Wągrowca ruszając wolno z zatoczki zagubionej w Lesznie. Wojtek jest zdecydowanym, inteligentnym, fajnym gościem. Młody chłopak, który od dziecka chciał być kierowcą ciężarówki. I jestem zdziwiona jego zdrowym podejściem do pracy - "Nie jeżdżę za granicę, bo lubię mieć wolne weekendy" - opowiada. Jest przeciwieństwem zdziadziałego Bogdana, który pewnie dałby się pociąć za dożywotnie nie wychodzenie z kabiny samochodu. Wojtek opowiada mi też jak jego ciężarówka została kiedyś okradziona. Spał w kabinie na parkingu i nie zorientował się w ogóle, kiedy spuszczono mu benzynę z baków i wypakowano załadunek...  - co wiozłeś? - pytam. - jebane ciastka dla caritasu.... - odpowiada sarkastycznie... - w życiu mi nie było tak głupio, jak wtedy, gdy pojechałem z tym, co zostało na miejsce rozładunku. Suche herbatniki na pomoc humanitarną dla złodziei...
Rozmawiamy o mapach, orientacji w terenie, podróżach, wartko płynie czas, zanim się obejrzę, już jesteśmy w Poznaniu.
- gdzie Cię wysadzić? Ja jadę na Piłę, za Poznaniem mam rozładunek, za rondem obornickim.
- ja muszę wysiąść na skrzyżowaniu Żeromskiego i Dąbrowskiego. Przystanek po prawej, tory tramwajowe, żółta stacja benzynowa. Wiesz, gdzie to? - tłumaczę Jeżyce najbardziej logistycznie jak mogę.
- aha, Lotos przy skręcie na Terravite - definiuje Wojtek.
- hm... ok. No widzisz, to właśnie mam na myśli mówiąc o osobistych mapach. To samo miejsce widzimy z innej perspektywy. Dla mnie punkt autostopowy, dla ciebie przejazd na rozładunek.
- mam nadzieję, że wydasz swoją mapę kiedyś, powodzenia - uśmiecha się kierowca - masz już nazwę?
- mam! Dzięki za podwózkę i rozmowę - odwzajemniam uśmiech i wyskakuję z kabiny prosto w Noc Jeżyc.
Z termosem w ręce, idę do Republiki Rytmu przytulić Kubę.

*

Rytuał autostopu poznańskiego. Tramwaj na Górczyn. Spacer wiaduktem, mijam stację benzynową i zmierzam w kierunki Hal Odzieżowych, macham do kierowców z przystanku nieopodal. Poranek jest mroźny. Okutana w czerń kobieta na przystanku pali papierosa i przygląda mi się tępym wzrokiem. Nie ma w niej ani grama ciekawości, za to ja zastanawiam się, gdzie jedzie z rana, w niedzielę, dzień przed Wigilią. Jeśli jedzie do pracy, serdecznie jej współczuję i czczę niemców za wolną od handlu niedzielę. Nawet przed świętami. Za moment, podjeżdża bezpłatny autobus do Auchan do którego wsiada.
Ogrzewam się chwilę w drodze do Mosiny i pytam młodego poznaniaka czy wie, co to moczka. I czy jego babcia też gotuje jakieś obrzydliwe, świąteczne zupy. Nie gotuje. Jedziemy milcząc, słuchając z powagą lokalnego gangsta rapu.
Małżeństwo finansistów jedzie na święta do Rawicza. Właśnie się przeprowadzili do Poznania, to kolejne miasto po Wrocławiu, Hannoverze, Kolonii i czymś tam jeszcze. - W podatkach zawsze i wszędzie jest praca. Próbujemy wszędzie, czekając na swoje dobre miejsce - odpowiada kobieta bez przekonania. Rozmawiamy o życiu w Poznaniu i przez chwilę zastanawiam się czy to nie są jacyś przekręciarze. Ale są mili i zapewniają mi przewóz, więc myśl o podróżnikach-oszustach beztrosko ulatuje z kolejnym kilometrem.
Nie pamiętam, kto podwozi mnie na Bielany. Ale znowu trafiam do Wrocławskiego Sanktuarium Autostopowego. Dwóch małych stacyjek benzynowych przy autostradzie, w środku centrum handlowego.
Stąd zabiera mnie Tomek i od razu obwieszcza mi że jedzie do Cieszyna "uzupełnić słoiki" i jakoś szybko łapiemy nić porozumienia. Jedzie ze Szwajcarii. I opowiada mi swoje życie. Pijemy kawę, palimy papierosy. Tomek studiował socjologię, był "humanistą w czarnym swetrze", zainteresowany antropologią. Całe studia myślał, że socjologia to jego powołanie i będzie się zajmować tematem akademicko. Życie zweryfikowało jego marzenia, gdy wyjechał do Anglii i trafił na budowę, by nadzorować robotników z różnych zakątków świata. - Nadzorując polaczków, rumunów i ruskich, często przechodziło mi przez myśl, żeby zapisać te antropologiczne badania, które w istocie były moją pracą... Zamiast jednak zająć się książką, nauczyłem się siły i bezlitosnego cwaniactwa. Nie dziw się, że tak krytycznie podchodzę do swojego życiorysu, mam piękny stereotypowy scenariusz polskiego studenta humanistyki.
Tomek pracuje w Szwajcarii i najwidoczniej jest mu tam o wiele lepiej niż w innych miejscach, w których żył. Marzy o porsche i zapewnia mnie, że pewnie dorobi się tej fury około 40stki - do bólu prawdziwy stereotyp, co nie? - to nie pytanie, więc nie odpowiadam. - Nie chce wracać do Polski. W tej szarości nic dla mnie nie ma. - mówi. - Podwiozę Cię do domu, tylko mnie nawiguj.
Wysiadając, odsłaniam mu widok na napis JEBAĆ STARE BABY, który zdobi blok moich rodziców. I prowokuje serdeczny uśmiech mojego kierowcy.
 - Masz przepiękne, stereotypowe, szare miasteczko, globtroterko.   
- Wiem. Cenię to sobie. Gdyby było inne, może byśmy się nie poznali. Dzięki za towarzystwo.
- To ja dziękuję - odpowiada spokojnie.

Do domu dzieli mnie 36 kroków.

*

Nie mam jeszcze sprecyzowanego miejsca na rozpoczęcie podróży do Drezna. Za tymczasową kapliczkę autostopową, by dostać się na autostradę, obrałam sobie przystanek przy Auchan w Mikołowie. Nauczyciel informatyki, przystojny chłopak, podwozi mnie do Gliwic. Z krótkiej rozmowy dowiaduję się, że jego życie oscyluje między pracą ze skomplikowanymi dzieciakami, a skomplikowanymi miłościami. Za chwilę ja oscyluje między autostradą a miastem, na skomplikowanej krzyżówce, marketów, stacji benzynowych. Z dupy miejsce, betonowe nic. Decyduję się łapać stopa przy stacji benzynowej, gdzie po pół godzinie zaprasza mnie do samochodu sympatyczny dziadek, inżynier. Jedzie do Wrocławia, codziennie jeździ do Wrocławia. Opowiadam mu o powodach, dla których przeniosłam się do Drezna, a on łapie moment, by pochwalić się, że mieszkał już we Włoszech i w Stanach i w Odessie. Jego opowieść o tym ostatnim miejscu brzmi bardzo interesująco, wizualizuję sobie podróż do Odessy. Ale ani opowieść, ani iluzja nie jest tak urocza jak opowieść Tomka o Tel Awiwie, ośrodku izraelskiego luzu.
Pytam się dziadka, czemu mieszka w Gliwicach, ale chyba ma problem z odpowiedzią...
Bielany. Mała stacyjka przeżywa dzisiaj oblężenie, dziękuję dziadkowi, wysiadam i kieruję swój uśmiech w stronę kwartetu autostopowiczów.
- cześć, jestem Marysia, gdzie jedziecie? - pytam grupkę. Dwie dziewczyny, dwóch chłopaków. Tylko jeden, w długich włosach i okularach ze mną rozmawia, reszta dygocze i słucha.
- do Marsylii, na Sylwestra. W szóstkę, jedna para już pojechała.
- a Ty? Do Wrocławia? Gdzie jedzie twój kierowca - pyta chłopak, łapczywie zerkając na brudnego citroena dziadka.
- on jedzie do centrum do pracy. A ja dalej do Drezna. Ale dam wam łapać w spokoju, idę na kawę. No i flaszkę muszę kupić - wyraźnie ich uspokajam faktem, że nie będę z nimi konkurować, w końcu wszyscy jedziemy w tym samym kierunku.
- często jeździsz na stopa?
- często, zawsze. Życzę Wam żebyście dotarli szybko, pewnie za 2 dni będziecie na Lazurowym Wybrzeżu... Powodzenia! - uśmiecham się i odchodzę w stronę bielańskich marketów.
Gdy wracam na stację moich autostopowiczy już nie ma. Nawet się dziwię. Wyciągam kartkę DREZNO, uśmiecham się, teraz świeci słońce. Odwracam się za mijającym mnie samochodem i zauważam, że para autostopowiczy stoi 50 metrów dalej, już na autostradzie. - Ale do kitu miejscówa - myślę - ale lepiej dla mnie.
- Mogę Cię podwieźć do krzyżówki na Olszynę, bo później skręcam na Berlin - pyta kierowca z oldschoolowego Saaba - mówisz po polsku?
Nie pasuje mi ta trasa, będę stała na autostradzie, ale pierwsze wrażenie podpowiada CIEKAWA OSOBA...
- jasne, może być - odpowiadam po polsku.
Olaf jedzie do Magdeburga (to taki miły przypadek, że akurat piszę o nim przejeżdżając pociągiem przez to miasto). W jego starym Saabie podłoga ma wyściółkę ze śmieci i kubków po kawie. On sam, w szarej czapce, z rudym zarostem, inteligentnym, ciekawym spojrzeniem. Tak wygląda docent dizajnu z Magdeburskiej uczelni. Tak wygląda polski dizajner, który właśnie dostał kontrakt w Chinach.
Rzadko mi się zdarza trafić na silną nić porozumienia, konwersację albo znajomość, którą ma się ochotę kontynuować, pamiętać, która czegoś uczy. Olaf widocznie też się cieszy, że mnie zabrał, bo strasznie nudzi się podczas jazdy i chyba ma podobne odczucia, co ja. Debatujemy o sztuce, a 70-ciokilometrowa rozmowa wydłuża się do 220-stu. W połowie zdania o swoich ideach, widzę kątem oka parę do Marsylii, beznadziejnie stojących na autostradzie. Ale nie rozmyślam o nich, są wizualnym przecinkiem mojej wypowiedzi. Olaf zdecydował się zmienić trasę, pojechać przez Lipsk. I odwieźć mnie do Neustadt.
- gdy wyjadę do Chin będzie mi brakować tego samochodu. Zastanawiam się czy nie przejechać całej trasy Saabem. Symbolicznie... O, Drezno, który zjazd? Prowadź mnie.

Wysiadam na Luizie, za chwilę ściskam z Sebastianem, nie wiedząc, że za tydzień będę z nim beztrosko przemierzać Niemcy autostopem. W deszczu...