Chinka, Wietnamka i Kamerunka uczą się jak rozkładać obrusy i sztućce na okrągłym, biurowym stole. Dwójka Niemców i ja, do kompletu, przyglądamy się tej kosmopolitycznej lekcji, prowadzonej przez korpuletną blondynę, naturlich, po niemiecku. Po sztućcach czas na zastawę, nasza kolej.
Jesteśmy na kelnerskim szkoleniu mającym na celu przygotować nas do obsługiwania vipowskich bankietów. Wcale mi się to nie podoba. Nie do twarzy mi z regułami, w uniformie pingwina i ośmiogodzinnym, służalczym uśmiechem. Choć akurat o uśmiech mi łatwo, gdy przypominam sobie scenę z Podziemnego Kręgu, w której Tyler Durden aka Brad Pitt, jako kelner, sika do odpicowanej wazy z zupą dla gości. Myśl o służeniu bierzę górę nad zaletami, jakimi są przyszła wypłata i możliwość zwiedzenia ekskluzywnych, drezdeńskich miejscówek. Dziewczyny sprawdzają czy ułożyły widelce pod odpowiednim kątem, a ja dziękuję szefowej za możliwość pracy i z szelmowskim uśmiechem Tylera Durdena wychodzę z biura.
Od razu mi lepiej.
Wcale nie tak łatwo dostać pracę w Saksonii, ale bez kitu, z magisterką i inteligencją, mogę sobie pozwolić na coś lepszego niż współczesne niewolnictwo. Międzynarodowe towarzystwo przyszłych kelnerów wcale nie złagodziło tej wizji.
W dziedzinie, która mnie ponad wszystko interesuje, dzieje się za to bardzo dużo. Tygodniowe praktyki z rzeźby lodowej przyniosły bardzo fajne kontakty. Samo rzeźbienie, z kolei, okazało się niesamowicie zajmujące i uzależniające. (Corinna twierdzi, że rzeźbienie to idealne zajęcia dla pacjentów z nerwicą...) Przeniesienie szkicu na bryłę z początku wydaje się trudne, ale w praktyce okazuje się dobrym wyzwaniem. Szkoda tylko, że tak czasochłonnym (w pracy na mrozie jest to wielki minus).
Na poczatek rzeźbię z Giovannim z Włoch grzyba atomowego, którego na poczet wystawy zmieniamy w meduzę. I przy okazji postępów odkrywam fazy pracy:
Faza 1 - przyzwyczajanie się do pracy w materiale (czyt. bryła lodu). Chcesz rzeźbić ambitne rzeczy, łabędzie, rybki odpadają z miejsca.
Faza 2 - orientujesz się, że lód to najcudowniej kiczowy materiał rzeźbiarski. Powracasz do utartych tematów lodowo-rzeźbiarskich i walczysz z ochotą na wyrzeźbienie kutasa.
Faza 3 - orientujesz się także, że z każdego pomysłu można zorganizować coś wymyślnie abstrakcyjnego. Już wiesz, że każda lodowa rzeźba wygląda efektownie w świetle ( może po za nieporadną "piramidą", którą wyrzeźbił duet Sycylijczyków). Rezygnujesz z czasochłonnej pracy dłutem na poczet piły mechanicznej - co prawda, odbiera to charakteru szlechetnego rzemieślnictwa, ale dobrze pasuje do opętańczego śmiechu.
Na takiej "youth exchange" każdy artysta musi się zmierzyć z pracą z innymi ludźmi. Dla kogoś, kto uwielbia pracować samemu, nie lubi tłumaczyć swoich pomysłów (w kilku językach) taka sytuacja może doprowadzić do pasji. Stanęłam też przed dylematem typu obrona projektu czy praca z ludźmi, gdy okazało się, że nad moim projektem pracuje zbyt dużo osób i zbyt szybko oddalamy się od pierwotnego szkicu. Tym razem wybrałam team-work, zamiast egoistycznej satysfakcji. Wspólną pracą stworzyliśmy piękną rzeźbę abstrakcyjną. Tak, dobrze wyglądała w świetle ;)
Tydzień rzeźbienia w mroźnej aurze przepłacam komponowaniem symfonii na kaszel. Na szczęście w domowych pieleszach zawsze znajdzie się kilku chętnych do uzupełnienia dzieła o dodatkowe schorowane głosy, więc po tygodniu po za domem, integruje się z innymi rekonwalescentami. I w końcu wracam do rysowania.
Z tej okazji, dzielę się też linkiem do odpimpowanego portoflio, więc w końcu unaoczniam tu swoje dzieła. Wśród nich wizualny spacer po Dreźnie, a także pierwsza część autorskiego komiksu nad którym pracuję z Maikiem. Enjoy!
http://marysiawasik.wordpress.com/
Strumień świadomości i konceptualna mapa Drezna. O tym jak zmienia się miejsce zamieszkania i jak swobodnie zmienia się sposób życia w nowym miejscu. W równej mierze przygody autostopowiczki. I dziennik pokładowy artystki. I trochę pamiętnik ewoluujący w nieznanym kierunku.
czwartek, 21 lutego 2013
sobota, 2 lutego 2013
bipolar movement.
Deszczowy weekend spędzam w Kukulida, balansując między piętrami, przenosząc swoje rzeczy z pierwszego na trzecie piętro. Finalna przeprowadzka, mam nadzieję, że ostatnia na jakiś czas. Z małego, gościnnego pokoju tuż przy kuchni, do ogromnej, dwupokojowej przestrzeni. Idealnego miejsca na sypialnię i pracownię zarazem.
Tymczasem, z mojego nowego miejsca wyprowadza się Andriej, przenosi się do malutkiego pokoju naprzeciwko. Oboje przemieszczamy się ze swoimi gratami, krzyżujące się wektory naszych tras prowokują małe rozmowy. Z każdą turą przeprowadzkową znamy się coraz lepiej.
Ale a propos znajomości.
Jakiś czas temu otrzymałam zaskakującego maila z prośbą o udzielenie wywiadu. Moja historia miałaby być pomocna w pracy naukowej o przedsiębiorczości polaków we wschodnich Niemczech. To, jakim cudem kontakt został nawiązany już mnie w ogóle nie zdziwiło, bo sieci drezdeńskich koneksji i przypadków to osobny, cudaczny przypadek. Który już oswoiłam. I bardzo polubiłam. I sama pokochałam konstruowanie przypadków.
Odpisuję Pani Dorocie, zainteresowanej owym wywiadem, że bardzo chętnie opowiem jej swoją historię, ale przedsiębiorczą osobą nie jestem w ogóle. Została przez ów kontakt wprowadzona w błąd, nie posiadam działalności gospodarczej i daleka jestem ood takiego pomysłu. Mimo to, dalej potrzymuje zainteresowanie przeprowadzeniem wywiadu.
Kilka dni później podjeżdżam rowerem pod Muzeum Kraszewskiego w uroczej dzielnicy Drezna, między rzeczką Priessnitz a Łabą, uroczej willowej dzielnicy tuż przy Neustadt. Dorota okazuje się być młodą, fajną kobietą, prowadzącą badania dla kogoś, w charakterze pracy. Zanim zaczyna opowiadać mi o swojej pracy, już mam pewne wyobrażenie tego, co robi. Film drogi. Praca polega na jeżdżeniu po Niemczech, słuchaniu i nagrywaniu historii. Różne miejsca, różni ludzie, różne historie. Mówię jej, że powinna traktować to zlecenie w charakterze podróży.
Siadamy w kawiarni w Kunsthofpassage, opowiadamy o sobie. Przy okazji rozmowy o squatach i Poznaniu, okazuje się nawet, że mamy wspólnych znajomych.
- jak mieszkałam w Poznaniu, pamiętam, że był squat na św. Marcinie. Znałam stamtąd kilka osób, czasami przychodzili się do mnie wykąpać - wspomina Dorota.
- ciekawe kto, znam ekipę, która tam mieszkała - odpowiadam.
- znasz Ankę i Wojtka?
- jasne!
Oficjalna część spotkania, wywiad, trwa dziesięć minut, cała historia cztery godziny. Podczas których pijemy kawę, zajadamy ciasto, spacerujemy po alternatywnym Neustadt. Uwielbiam być przewodnikiem. Po swojemu pokazuje ciekawe miejsca, ulubione kąty, opowiadam po drodze historie związane z miejscami i mówię Dorocie o streetartowych, lokalnych twórcach.
Po kilku godzinach żegnamy się na granicy dzielnicy. Doroty już nie spotkam, ale koncepcja jednorazowej, czterogodzinnej znajomości niesamowicie mi się spodobała.
Tymczasem, z mojego nowego miejsca wyprowadza się Andriej, przenosi się do malutkiego pokoju naprzeciwko. Oboje przemieszczamy się ze swoimi gratami, krzyżujące się wektory naszych tras prowokują małe rozmowy. Z każdą turą przeprowadzkową znamy się coraz lepiej.
Ale a propos znajomości.
Jakiś czas temu otrzymałam zaskakującego maila z prośbą o udzielenie wywiadu. Moja historia miałaby być pomocna w pracy naukowej o przedsiębiorczości polaków we wschodnich Niemczech. To, jakim cudem kontakt został nawiązany już mnie w ogóle nie zdziwiło, bo sieci drezdeńskich koneksji i przypadków to osobny, cudaczny przypadek. Który już oswoiłam. I bardzo polubiłam. I sama pokochałam konstruowanie przypadków.
Odpisuję Pani Dorocie, zainteresowanej owym wywiadem, że bardzo chętnie opowiem jej swoją historię, ale przedsiębiorczą osobą nie jestem w ogóle. Została przez ów kontakt wprowadzona w błąd, nie posiadam działalności gospodarczej i daleka jestem ood takiego pomysłu. Mimo to, dalej potrzymuje zainteresowanie przeprowadzeniem wywiadu.
Kilka dni później podjeżdżam rowerem pod Muzeum Kraszewskiego w uroczej dzielnicy Drezna, między rzeczką Priessnitz a Łabą, uroczej willowej dzielnicy tuż przy Neustadt. Dorota okazuje się być młodą, fajną kobietą, prowadzącą badania dla kogoś, w charakterze pracy. Zanim zaczyna opowiadać mi o swojej pracy, już mam pewne wyobrażenie tego, co robi. Film drogi. Praca polega na jeżdżeniu po Niemczech, słuchaniu i nagrywaniu historii. Różne miejsca, różni ludzie, różne historie. Mówię jej, że powinna traktować to zlecenie w charakterze podróży.
Siadamy w kawiarni w Kunsthofpassage, opowiadamy o sobie. Przy okazji rozmowy o squatach i Poznaniu, okazuje się nawet, że mamy wspólnych znajomych.
- jak mieszkałam w Poznaniu, pamiętam, że był squat na św. Marcinie. Znałam stamtąd kilka osób, czasami przychodzili się do mnie wykąpać - wspomina Dorota.
- ciekawe kto, znam ekipę, która tam mieszkała - odpowiadam.
- znasz Ankę i Wojtka?
- jasne!
Oficjalna część spotkania, wywiad, trwa dziesięć minut, cała historia cztery godziny. Podczas których pijemy kawę, zajadamy ciasto, spacerujemy po alternatywnym Neustadt. Uwielbiam być przewodnikiem. Po swojemu pokazuje ciekawe miejsca, ulubione kąty, opowiadam po drodze historie związane z miejscami i mówię Dorocie o streetartowych, lokalnych twórcach.
Po kilku godzinach żegnamy się na granicy dzielnicy. Doroty już nie spotkam, ale koncepcja jednorazowej, czterogodzinnej znajomości niesamowicie mi się spodobała.
Subskrybuj:
Posty (Atom)