sobota, 17 sierpnia 2013

170 na blacie i szalony śmiech

W tym tygodniu postanowiłam sprawdzić czy pewna autostopowa teza jest prawdziwa.
Hitch-hiking with fixed time schedule doesn't work, no właśnie, czy autostop jest dobrym środkiem lokomocji, jeśli chcesz gdzieś dojechać na spotkanie?
Do tej pory próbowałam kilka razy dojechać na wykład, otwarcie wystawy, zajęcia z jogi, z czego jedynie na te ostatnie udało mi się zdążyć co do minuty. Tym razem, termin godzina 14, miejsce spotkania oddalone jedynie o 112 kilometrów od Drezna. Wyruszyłam z domu o 10 i nie spodziewałam się, że zgubię się w mieście. Tramwaj się zepsuł, trzeba było wrócić, czekać na kolejny i tym sposobem swoją tabliczkę autostopową wyciągnęłam dopiero o 12.

*2 godziny i 112 km do spotkania
 Po 20 minutach zatrzymuje się sympatyczny staruszek, oferujący mi podwózkę do Riesy, miejscowości położonej w połowie drogi. Nie miałam mapy i choć nie znałam trasy, wsiadłam zestresowana do samochodu. Kierowca opowiedział mi, że jego córka mieszkająca w Anglii spodziewa się pierwszego dziecka, może dzisiaj, może jutro rodzi. A on spodziewa się, że jak wróci do domu, żona zabukuje loty do Londynu. Z każdym kilometrem moje szanse na dostanie się na czas do Lipska maleją, dziadek bowiem pojechał drogą regionalną, nie zaś szybką autostradą, dającą mi możliwość dostania się do miasta w 40 minut. Tym sposobem ....
* 1 godzina, 65 km do spotkania
... a ja stoję na zadupiu krajobrazowej drogi i spoglądam na lokalne rejestracje. Nie pozbywam się uśmiechu, za to złudzenia chowam do kieszeni i dzwonię do pana, z którym zamierzam się spotkać za godzinę, że nic z tego. Okazuje się, że to nie problem, poczeka jak trzeba. Nie uspokaja mnie to jednak, bo stoję na poboczu przez najbliższą godzinę i zbiera się na burzę. W ostatniej chwili ratuje mnie księgowa, jadąca po córkę do przedszkola. Podwozi mnie pod autostradę. Jej samochód stał się idealną parasolką na przelotną burzę. Gdy wychodząc z samochodu, dziękuję jej, już nie pada.
* 50 km do spotkania
Tirem na autostradę, na stację benzynową, skąd zabiera mnie dwóch pracowników budowlanych z Rumunii, a wygląd samochodu mnie totalnie zniechęca. Przeszło mi przez myśl, by nie wsiadać do auta z tymi gośćmi, ale idea, że wyląduje w centrum Lipska przeważyła nad zdrowym rozsądkiem, a raczej uprzedzeniami. Goście okazali się jednak w porządku, porozmawialiśmy chwilę i posłuchaliśmy rumuńskiego disco-polo. Kierowca podwiózł mnie pod sam browar Sternburg w Lipsku, tym samym odstawiając mnie bezpośrednio pod miejsce spotkania.
Tak oto, dwie godziny za późno, przyjechałam na spotkanie o pierwsze artystyczne zlecenie w swojej karierze. Street art dla piwnego koncernu.

112 km w 4 godziny to chyba maksymalny czas podyktowany fatum jakim jest PLAN. Autostopu nie planuje się, to najbardziej wolny i nieprzewidywalny środek transportu. Moją teorię udowadnia mój powrót, jeszcze tego samego dnia. Znowu, tuż przed deszczem, zatrzymał się transport w stronę Drezna. Tym razem autostradą, tym razem z dwoma zakonnicami z Bautzen. Bardzo roześmiane kobiety, każde moje zdanie traktowały lekko pijacką salwą śmiechu, za to niesamowicie szczerą i naturalną. Zakonnica za kierownicą pruła jak szalona, 170 na blacie i szalony śmiech. Po 40 minutach byłam już w dzielnicy Szczupaka, maszerując do domu z torbą wypełnioną darmowym piwem od sponsora.

wtorek, 6 sierpnia 2013

na brudasa, bez pieniędzy, autostopem

Dzisiaj będzie o wieloosobowym autostopie. Moją ulubioną formą podróżowania jest autostop samotny, już pisałam nie raz, że cieszy mnie egoistyczna rozmowa z kierowcą, a czasami nawet kontynuowanie jednego tematu podczas kilku różnych podwózek. Nie znaczy to jednak, że rygorystycznie podróżuję sama. Para chłopak-dziewczyna uchodzi za najbezpieczniejszą relację towarzyską, ale też autostopową. Większość kierowców powie, że zaufanie do pary autostopowej jest dość wysokie (choć wszyscy kierowcy, bez wyjątku przyznają, że samotna dziewczyna ma najłatwiej). Dwie dziewczyny też mogą szybko liczyć na podwózkę, choć w moim przypadku, za każdym razem, gdy podróżuję z koleżankami, spotykamy się z masą dwuznacznych propozycji. Jedna z moich towarzyszek podróży uciekła z tira w środku nocy, gdyż dręczyły ją przeraźliwe koszmary dotyczące kierowcy. Kierowca spał grzecznie na łóżku pod nami i chyba się nawet nie zorientował, że opuszczamy jego samochód. Niemniej jednak, zarówno kierowcy i autostopowicze zgodni są co do jednego - podróżowanie w większym zespole nie działa. Czyżby?

Trójka to taki idealny wakacyjny zestaw autostopowiczów, widzisz trójkę dzieciaków z wystawionymi do góry kciukami i możesz być pewien, że jadą na szalone wakacje czy  festiwal. Przemierzyłam w trójkę Francję z północy na południe, właśnie z takim celem podróży, choć zaczęliśmy przygodę wagabundy w Belgii jako kwintet. A i w piątkę z bagażami złapaliśmy okazję. Dodam jeszcze, że noc była i zadupie straszne.
Ostatnio podróżowałam z dwoma osobami. Cel wymarzony: Woodstock. Towarzysze: Claire, artystka z Nowego Jorku i Alex, ikona hipsterstwa i mój współlokator. Zabranie Claire na Woodstock było czystą przyjemnością. Inspirująca artystka, rysująca komiks o swoim eurotripie w zabójczym tempie. Zanim skończysz z nią jedną rozmowę, wszystko jest już na papierze przedstawione w dowcipny i inteligentny sposób. Nie ma lepszego miejsca do odwiedzenia podczas Eurotripu jak Woodstock, festiwal przebija zbiory Luwru, wjazd na Eiffela i spaghetti we Włoszech razem wzięte. Dla Claire był to pierwszy festiwal muzyczny w życiu i pierwszy autostop.
Ruszyliśmy z Drezna i pierwszą okazję, podwózkę do Berlina złapaliśmy w 20 minut. Na przystanku przy autostradzie uczyliśmy się tańczyć twista, Alex próbował metody "chowania się", a ostatecznie nasz kierowca zatrzymał się, gdy wszyscy byliśmy na widoku. Bez stresu, poświeciliśmy trochę czasu by zapakować wszystkie swoje bagaże, których właściwie nie było wiele, i ruszylismy. Nasz kierowca również okazał się artystą, multiinstrumentalistą. Pożyczyliśmy od niego kilka małych instrumentów, w tym plastikową gitarę-zabawkę i na 150 km zostaliśmy autostopowym indie-bandem. Najmocniejszym ogniwem zespołu okazała się ośmioletnia córeczka kierowcy, grająca na metalowym gwizdku. Na berlińskiej obwodnicy zatrzymaliśmy się na parkingu i podpytaliśmy kierowców o podwózkę - bez rezultatów. Kierowca podwiózł nas więc na drogę krajową na Kostrzyn, gdzie ze stacji benzynowej pojechaliśmy z innym kierowcą wprost na festiwal. Po drodze zgubiliśmy naszą jedyną karimatę, symboliczną opłatę za czterogodzinną podróż na Woodstock.
*
Z festiwalu wracaliśmy także w stereotypowy sposób. Na brudasa, bez pieniędzy, autostopem. Bez karimaty, w moim przypadku także bez butów, które zgubiłam w czeluściach wioski tyskiej. Rozbiliśmy autostopową kapliczkę przed przejściem granicznym. Mijali nas inni autostopowicze, usłyszałam, że "stoicie w złym miejscu i nikt się wam nie zatrzyma", a także, że "w trójkę nic nie złapiecie". Alex poprosił o przetłumaczenie tych darmowych porad, ale odpowiedziałam mu jedynie, że zaraz coś się zatrzyma. W istocie, pierwszy samochód zatrzymał się po kilku minutach.
- możemy was zabrać do frankfurtu, ale mamy tylko dwa miejsca - powitał nas po niemiecku młody chłopak.
- spokojnie zmieścimy się jakoś, jeśli nam pozwolicie spróbować. - padła odpowiedź Alexa. Pomieściliśmy się i po 30 minutach wylądowaliśmy w centrum Frankfurtu nad Odrą, co za brzydkie miasto. Okazało się dość szybko, że musimy je przestudiować dokładnie, by wydostać się w stronę Berlina. Staruszki z przystanku zarekomendowały wycieczkę tramwajem, na co przystaliśmy chętniej niż na spacer. Na przedmieściach Frankfurtu, pośrodku niczego, poprosiliśmy kierowcę ze stacji benzynowej o podwózkę na autostradę. Tym sposobem, przemieściliśmy się we właściwe miejsce do łapania stopa, a nasz kierowca pojechał na urlop na mazury. Morale się nam podniosły, gdy po 10 minutach zatrzymało się małżeństwo jadące do Berlina. Przepytali nas z Woodstocku i polecili film o Dżemie, bo to w końcu zespół z ich miasta. Błyskawicznie, zmienił się język rozmowy na polski, a temat padł na Tychy i okolicę. Także okolica się zmieniła, gdy okazało się, że jesteśmy już na drodze na Drezno, nie ma jednak stacji benzynowej. Berlińscy tyszanie odjechali, a my zostaliśmy ponownie pośrodku niczego, na nieużywanym zjeździe na autostradę. Scenariusz przewidywalny: stojąc na wysepce rozdzielającej pasy jezdni wyobrażamy sobie siebie jak rozbitków na bezludnej wyspie. Zanim przejechał pierwszy samochód zdążyliśmy urządzić sobie piknik, narysować kilka bezludnych wysp, spalić ostatnie papierosy i wypić zapas wody. Szczęśliwie, i tutaj znalazła się podwózka. Kobieta jadąca do Bautzen włączyła radio i klimatyzację, tym samym fundując naszej trójce symultaniczną drzemkę. Obudziłam się 2000m przed Dreznem, Alexa obudziłam 1000m, na końcu Claire, zdziwioną, że zaczęło padać, jakbyśmy znaleźli się w kompletnie innym świecie. I tak na boso, w deszczu i w trójkę, przemierzyliśmy drogę powrotną w pięć godzin. W pięciu godzinach upchnęliśmy zwiedzanie Frankfurtu, piknik na bezludnej wyspie i szereg autostopowych historii, więcej się nie da.


środa, 3 lipca 2013

moje teorie beethovenowskie

Mieszkam w Dreźnie niecały rok i cały ten czas robię totalne głupoty, prowadząc pretensjonalne, nieszablonowe życie. Po ośmiu miesiącach zaczynam pracę, którą można umiejscowić na wykresie normalności gdzieś, mniej więcej w połowie. W normie. Kilka dni temu śmigałam porsche z księdzem, sprawdzając czy autostrada nr 4 wciąż stoi na właściwym sobie miejscu. Otóż nie, tunel przed Zgorzelcem w remoncie, do końca roku kierowcy objazdowo zwiedzają przygraniczne pipidówy. Zrobiłam sobie wycieczkę po trasie należącej do mojego autostopowego repertuaru, zaś w międzyczasie, w moim niemieckim środowisku, działy się rzeczy, przechodzące moje pojęcie. Gdyby cały tort różnorakich historii ułożyć obok siebie warstwa po warstwie, a najlepiej zmieścić na jednym talerzu, okazałoby się, że moi znajomi bawią się beze mnie na festiwalu Fusion, gdzieś za Berlinem, ja wiozę im ponownie zepsuty komputer, a podwozi mnie pracodawczyni, mówiąca, że staż jest od jutra i zawracamy. Komputer umarł, zlecenie przepadło, podobnie jak festiwal, a mail, że czas się stawić do pracy nie został przeczytany. Podobnie jak nieodebrany telefon, wibrujący na biurku daleko poza moim zasięgiem.

- Jestem Bogdan. Możesz mnie znaleźć na naszej klasie, mam 34 znajomych. Używasz naszej klasy? - przedstawił mi się kierowca porsche. Zabrał mnie ze środka autostrady na granicach dwóch państw. Pracuje w Niemczech i włada trzema parafiami, lubi szybkie samochody i boi się polskiej drogówki. - Tu w kieszeni mam przygotowane na mandaty, widzisz, nawet nie zauważyłem że jedziemy dwieście.
Podczas, gdy ksiądz Bogdan opowiada mi o swoim mandaciarskim lęku i życiu polskiego kleryka poza granicami kraju, wyobrażam sobie cudnie stereotypowy obrazek: ksiądz w porszaku na polskiej drodze z pewnością ową drogówkę ucieszy. Zwłaszcza jak przyzna się do profesji. Wracając do rozmowy, Bogdan opowiada mi o zaletach podróżowania z koloratką. - Gdziekolwiek nie pojadę, zawsze mam nocleg, parafia, plebania, wszędzie przenocują, nakarmią. To taka sieć, pan Jezus wiedział co robi. Rozmowę snujemy oboje kaznodziejskim, wolnym tonem, jadąc super szybko samochodem.
- cześć, jestem Marysia, dziękuję za podwózkę. - mówię do następnego kierowcy
- jesteś z Polski? Dziwnie mówisz, z akcentem - odpowiada Czajkowski, choć nie Piotr, mój kierowca.
- no bez przesady! Jasne, że jestem z Polski, zaraz się opamiętam z tym akcentem.
Jedziemy sobie z nie-Piotrem w tą samą lokalizację i douczamy się z kompletnie niepokrewnych nam dziedzin. Wymieniłam nad wyraz użyteczny wykład o symfoniach Beethovena na streszczenie książki Lema, mały wykład o Einsteinie i fizyce kwantowej. Za grosz nie zrozumiałam ostatniego, ale nie wątpię, że moje teorie beethovenowskie były całkiem klarowne i zapamiętywalne. Pojawia się i wizja utopii, tuż obok kawy na stacji benzynowej, zagraniczny żywot polaka sąsiaduje z energią kinetyczną. Nie-Piotr cieszy się, że porozmawiał sobie po polsku, ja również.
- Jak to mówią 'express yourself" działa najlepiej we własnym języku - mówi kierowca, i tak się rozstajemy. Z pewnością, w innym języku z fizyki kwantowej też nie wiele bym wyniosła. Może w obrazkach?

Od jutra porozmawiam tylko po niemiecku, i to służbowo. Pytanie tylko jak długo, w końcu zamiast robić staż od kilku dni, dopiero co wróciłam ze swojego autostopowego trójkąta bermudzkiego. A może wcale nie jest mi dane pracować w określonych godzinach czasowych, jedynie pretensjonalnie ostrzyć wierzchołki trójkąta bermudzkiego, rysując tu i ówdzie jego mapę.

sobota, 25 maja 2013

smaczna sztuka

Gdy świeci słońce, rozrywka i rekreacja jest błaha, spontaniczna i wszystko dzieje się jak należy. Weekendowe wycieczki rowerowe wzdłuż Łaby to okazja do przesłuchania konceptualnego kwintetu na rzężące rowery i przerdzewiałe łańcuchy. A także wymówka, by pierwszy raz w roku wykąpać się w strumieniu wpływającym do rzeki. Tereny wzdłuż Łaby są w weekendy zakorkowane jak Zakopianka. Rolkarze, odpicowane dziewczyny na spacerze z pieskami, rowerzyści we wszystkich kategoriach wiekowych, wszyscy w spacerowym tempie jadą lub idą w stronę granicy z Czechami lub Starego Miasta Drezna. Następną niedzielę jesteśmy już mądrzejsi o to doświadczenie wycieczki rowerowej w korkach i zamiast powolnych 60 km na dwóch kółkach wybieramy mniej konwencjonalny wariant. Alex dogrzebał się do sponiewieranego pontonu, znaleziska ze strychu, Sasha zaopatrzył nas w czapkę kapitańską, a Erwin w pagaj. Ponton miał więcej dziur i pasażerów, niż zapisane było w instrukcji obsługi. Czteroosobowym składem wzięliśmy nasze nieszczęsne artefakty i zanim wsiedliśmy do tramwaju, mającego nas zawieść na koniec miasta (gdzie postanowiliśmy zwodować nasz jacht), zaopatrzyliśmy się w prowiant w jedynym otwartym w niedziele sklepie, monopolowym. Załatanie i napompowanie łodzi zajęło nam mniej więcej tyle, co spożycie większej części naszego prowiantu, ale wszystko szło zgodnie z planem. Wprowadziliśmy szalony pomysł w życie, łódka dostała nazwę wypisaną na burtach markerem i tak oto popłynęliśmy do domu. Oglądając się na zakorkowane rowerzystami alejki, płynęliśmy na białym pontonie wraz z prądem rzeki, prosto do domu. Zatrzymała nas nawet policja, Frieder jako osoba w kapitańskiej czapce, odbył test alkomatem, stróże rzeczni zaaprobowali nawet nazwę, skrzętnie udało się też ukryć, że łódka jest dziurawa i ma zbyt wielu pasażerów.

Gdy pada deszcz, rozrywka i rekreacja bywa raczej zaplanowana i udomowiona. W moim przypadku oscyluje między wystawami i koncertami, szkoda tylko, że odkąd mieszkam w domu kultury, jedyny dystans jaki pokonuje między pracownią, a imprezownią to 73 schody... Julia organizuje wystawę, której tematem jest refleksja o tworzeniu sztuki przez młodych artystów. Pojawia się wideo art, który można porównać do scenariusza Małego Księcia, pojawia się także lustrzana fontanna wypełniona wódką. Obowiązkiem piszącej owy tekst, młodej artystki, było raczej przygotowywanie drinków z ogórkiem, których nazwę do tej pory nie wiem jak przetłumaczyć. Wernisaż niespodziewanie zamienił się w potańcówkę, artyści poszli do domów, wielbiciele miejsca zostali i zapełnili przestrzeń tańcem. Fontanna lustrzana szybko została poskromiona.
Na drugi dzień, gdy już poskromiłam refleksję mojego żołądka na temat drinków warzywnych, dowiedziałam się ponownie, że sztuka bywa smaczna (ale to dopiero później). Wiedziałam, że jak pójdę na performance Su Ran to nic nie skumam, bo w tytule miał coś z czytaniem. No ale to w końcu sztuka, mogę ją zrozumieć na swój sposób albo w ogóle sobie darować rozumienie. Asystent artystki czyta referat o floralnych wzorach i balecie, a Su Ran kroi gigantyczny tort i rozdaje widowni talerzyki.
Podczas, gdy u nas w domu transmisja meczu piłki nożnej jest wizualizacją do koncertu Steffena, ja się zastanawiam czemu akurat dzisiaj musi padać deszcz. Bardzo chciałam iść na otwarcie pustostanu na użytek kulturalny, posłuchać koncertów, porysować ludzi i poznać tych, których nie zdążę narysować w piknikowej scenerii. Pytam Alexa dlaczego chujowa pogoda musi blokować mi wycieczkę na lewackie imprezy - to proste - mówi. - Bóg jest kapitalistą.
Internet jest słaby, więc transmisja meczu się zacina. Tercet jazzowy improwizuje i do tego, breakcorowego obrazu, wydobywając z instrumentów muzykę kompletnie do meczu nie przystającą. Ktoś się domaga, by naprawić tą lustrzaną rzeźbę, bo chyba nie działa. Gdy sztuka jest smaczna, ludzie chętniej ją oglądają.
A ja, zamiast wyjść na imprezę, bębnię w klawiaturę, zastanawiając się czy moja wystawa będzie mieć równie sytą popularność.

czwartek, 2 maja 2013

Polak - wersja demo

Niewiele ostatnio piszę. Pewnie dlatego, że odnalazłam swój rytm, swój dryft. Wsiąknęłam w mieszkanie jak gąbka, rzadziej wychodzę, mniej przygód mam. Ale odkrywam naraz dwadzieścia charakterów, studiując cudze zwyczaje i inne punkty widzenia.
Niemniej jednak, miałam dzisiaj dziwne spotkanie z pewnym Warszawiakiem, co dało mi do myślenia, że Polaków spotkać można wszędzie. Od kilku dni działam na festiwalu artystycznym, który zorganizowała alternatywna komuna. Inna ulica, inna część miasta, zupełnie inni ludzie i punkty widzenia. Zadymione wnętrze, alterglobaliści, punki. Chłopak z krastą gotuje artystom posiłki, a za plecami ma wielki baner FOOD NOT BOMBS. Podczas gdy mroczna grupa młodzieżowa tworzy nie pasujące do ich stereotypowego wyglądu murale na klatce schodowej starej kamienicy, ja wdaje się w rozmowy, siedząc w kuchni-barze. Chłopak z rudą brodą przedstawia mi się jako Maciek, nice to meet you, na co odpowiadam mu swojsko PIERDOLISZ?! Ma 26 lat, przyjechał z kolegą grać ulicznego bluesa, choć polskie operowanie stereotypem każe mi go raczej nazwać hipsterem. Za chwilę obśmiejemy te stereotypy, tak samo jak przypadek naszych studiów. Pojechałam po bandzie wybierając kilka lat temu muzykologię jako zawód. Ale spotkanie drugiego muzykologa z Polski, w punkowej miejscówie, rozłożyło mnie na łopatki.
Podróżując po różnych zakątkach świata mogę spokojnie założyć, że rodaka spotkasz w najbardziej nieoczekiwanym miejscu. Przemierzając Saharę pieszo, założyłabym spokojnie, że inny polski pielgrzym wyrośnie mi z diuny. Cudowną nomadkę z Polski spotykam w ekskluzywnym barze w Rabacie, w otoczeniu, co najmniej dziwacznym. Jednorazowa przyjaciółka opowiedziała mi, że przemierza autostopem Afrykę, zbierając materiały muzyczne.
- nie boisz się podróżować sama? - pytam się Kasi.
- co Ty! Dopóki nie spróbowałam, miałam opory przed samotnym podróżowaniem. Ale teraz rzadko decyduje się na towarzysza. Bo jak podróżujesz sama, to ogarniasz wszystko na instynkt, jak zwierze. Nie pytasz chłopaka czy w prawo czy w lewo, czy na kawę czy plażę. - odpowiada. A ja myślę sobie, że chciałabym żyć jej życiem przynajmniej przez chwilę. Taka demonstracyjna wersja życia Kasi, tak jak testuje się gry komputerowe. - Właśnie wracam z Senegalu, ale zajebista wyprawa! Ty w ogóle, skąd się tu wzięłaś?
Odpowiedź jest prosta, taką mozaikę może zapewnić couchsurfing, wyszukiwarka przypadków.
Polskiego podróżnika ze skrajnie innej półki poznaje na jakimś dworcu na południu Francji. Przeczekujemy wspólnie deszcz na lekko opuszczonej stacji. Żulopodobny facet je jabłko i opowiada o swoim motywie na podróż:
- z winobrania do winobrania. Zbieram se jabłka w Hiszpanii albo oliwki. I tak cały sezon, sezon się kończy to idę kiblować. - moja twarz maluje znak zapytania, więc zbieracz kontynuuje. - no widzisz, bo mam taki patent, że jadę na gapę, jak mnie złapią trzy razy to nie płacę kary, to już wykroczenie i idę siedzieć na trzy mechy.
- to po chuj tak podróżujesz? przecież masz siano po tych wszystkich zbiorach?
- w więzieniu wygodnie i dobre żarcie dają. Najlepszy hotel, jak mam inaczej podróżować??
No właśnie...
Bez względu na to, jakich rodaków nie spotykam, spod jakiej gwiazdy, wszystkich ich łączy jedno. Ciekawość świata. Czy to muzykolog na squacie, dziewczyna z dyktafonem w Afryce czy amator więziennictwa. Czy ta dziewczyna, co rysuje mapy w Dreźnie... 

środa, 24 kwietnia 2013

z dachu

Wszyscy już zauważyli, że przyszła wiosna. Precz na dwór, na spacery, na sporty i inne aktywności.
Nie wiem jak się sprawa ma w Polsce, ale ja już zdążyłam zaliczyć całodniową imprezę urodzinową na świeżym powietrzu z profesjonalnym zestawem wypoczynkowo-piknikowo-przeciwdeszczowym. Czyli sofy, jedzenie i alkohol, plandeka rozkładana w deszczu i doborowe towarzystwo. A wszystko na piętrowej platformie placu zabaw. Zabawy dużych dzieci.
Nie spodziewałam się też, że tego samego dnia trafię na imprezę z ogniskiem i zapachem grilla. Otwarcie sezonu plenerowego uświetniła wizyta dwóch poznańskich znawczyń sztuki, których zdziwienie nad profesjonalnym zorganizowaniem powyższych atrakcji było przesympatyczne i permanentne.
A tak własnie niemcy spędzają słoneczne dni. Piknik na wypasie przygotowany na zasadzie "dołóż cegiełkę" i pełen profesjonalizm. Przygotowani na wszelkie warunki atmosferyczne i wszelkie rozrywki. Slaglike obowiązkowy, tak samo jak amatorzy żonglerki. Paletki ping-pongowe i tańce wokół stołu. Muzycy albo sprzęt grający. I tancerze, także improwizujący-teatralni tancerze. I polskie turystki, siedzące z boku, prowadzące obserwacje socjologiczne.

*

Wraz z nadejściem niesamowicie słonecznych dni, odkrywam, że najlepszym miejscem w Kukulida jest dach. Wyjście drabiną na strychu przez ciasne okno, balansowanie po cieniutkim, kilkumetrowym stelażu prowadzi mnie wprost na kawałek płaskiego dachu sąsiedniego budynku. Na nim można usiąść, położyć się, cieszyć słońcem i panoramą miasta. Ciekawe, żółte kominy, ustawione w rzędzie tworzą rytmiczną dekoracje, niby makiet budynków wśród tych dużych rzędów kamienic w tle. Po drugiej stronie ulicy, inna grupa ludzi piknikuje się na dachu (oczywiście w profesjonalnym stylu). Machamy sobie wzajemnie i wymieniamy duże uśmiechy znad przepaści Martin-Luther Strasse, pięciopiętrowego kanionu. Moi współlokatorzy siedzą na podwórku w kole i dyskutują o wolnej przestrzeni, którą mogliby zaadoptować na działania twórcze. Chciałabym brać udział w spotkaniach aktywistów, ale mój mały, polski mózg, nie ogarnia jeszcze wielkiej, niemieckiej polityki. Oglądam ich z góry jak żywą strukturę geometryczną.


*

Na dworze można zorganizować także inne atrakcje. Podczas, gdy w ciągu tygodnia, życie mieszkańców drezdeńskiej ulicy św. Marcina uprzykrzają roboty drogowe, niedziele są świętem ciszy. Wykorzystuje to i swoje warsztaty z kreatywnego recyklingu przenoszę z wielkiego salonu prosto na plac budowy. Sofy lądują między stertami kostki brukowej a wydmą z piasku. Stoliki i krzesła na ulicy i lokatorzy, spijający kawę na balkonie, wymyślający nam wyzwania rzeźb śmieciowych. Frieder konstruuje ramy do obrazów i luster ze starych siatek i gazet, podczas gdy ja wykładam moim dziecinnym niemieckim zasadę składania tetrapaków w portfele. Jak dobrze, że czynności manualne nie wymagają wielkich, obszernych tłumaczeń. Schrere to nożyczki, karton to karton. A później czasowniki składach, wyciąć i tak dalej. Prażymy się na słońcu na niemieckiej, budowlanej pustyni. Po warsztatach okazuje się, że stworzyliśmy kosz portfeli, kilka ciekawych przedmiotów, skakanki, drony ze sprzętu elektronicznego i wyprodukowaliśmy jeszcze więcej śmieci, niż przynieśliśmy ze sobą.



czwartek, 28 marca 2013

św. Krzysztof od kun

Pamiątką z nużącej i długiej podróży po Wielkopolsce jest mały kolaż, wykonany na spontanie z drobiazgów nabytych podczas drogi. Tego dnia, Krzysztof podarował mi skan swojego dyplomu, a jak wiadomo święty Krzysztof to patron drogi. Mój opiekun jest dobrym moderatorem rozmów o przysmakach Mongolii, do tego świetny znawca polskich, nadmorskich pipidów. Pewnie wymyśliłby także lepszy rym z "kolażem z podróży" ;) 


Kierowca, który podrzucił mnie do Legnicy poprosił bym wyciągnęła mapę Polski ze schowka. Zdziwił się, gdy wybuchnęłam śmiechem wyciągając odstraszacz na kuny:
- no co? wiesz jakie one są złośliwe? Pałętają się takie przy samochodzie, podgryzają kable, a takie to inteligentne... Do klatki nie wejdzie, zabić nie można, bo pod ochroną. tylko odstraszyć - mówi.
Szybko zmieniamy jednak temat i trzymając w ręku środek przeciwko kunom, wsłuchuję się w wykład o włoskich klubach piłkarskich.