Dwie aktorki, ubrane w złote koszulki i dżinsowe szorty drżą, rytmicznie podskakują przede mną przez jakąś godzinę, emocjonalnie reagując na kiczowe przeboje radiowe. Tarzając się po scenie, dwie spocone dzieczyny próbują odśpiewać 'I wanna dance with somebody', resztkami sił wydzierają się do mikrofonów, pragnąć Bad Romance.
Biała dykta podwieszona na suficie sunie w moim kierunku. Mrocznie wizualizacje zakłócają mi wizję, bezwarunkowo cofam się do tyłu chcąc uniknąć kolizji z dziwacznym projektorem, a czujniki, wyczulone na ruch w pomieszczeniu, wyłączają wszelkie urządzenia i wraz z kilkoma zwiedzającymi zamieramy na moment w pustej, białej sali, czekając na dalsze atrakcje. Wygląda na to, że maszyna się popsuła. Artystka rozstawia drabinę, mocuje się z instalacją pod sufitem, widzowie wychodzą. Zastanawiam się czy to rzeczywiście usterka czy zaplanowany performance. Zaczynam odbierać wszelkie bodźce jak zaplanowane działania artystyczne. Stoję więc pośrodku sali i przyglądam się mocującej z własnym wytworem wyobraźni kobiecie.
Ktoś proponuje mi koncert jazzowy grupy z Jemenu i przypomina mi się wypowiedź Pilcha z jakiegoś wywiadu. Pisze on, że niemcy są zawsze przygotowani na wszelkie wydarzenia kulturalne. Cyk, konferencja z polskim pisarzem, wszyscy są oczytani i zadają pytania, odbębnili swoje zadanie domowe. Jemeński jazz, myślę, może innym razem.
Podczas jednego ze spotkań o pracę w pewnej instytucji kulturalnej, szefowa placówki daje mi radę - bywaj, oglądaj, zadawaj pytania, pojawiaj się na wszystkich eventach, a prędko znajdziesz to, czego szukasz. Plus, spodziewaj się, że lista twoich kontaktów zacznie się szybko powiększać.
Staję się więc kulturalnym koksem.
Grupa tancerzy przesuwa po scenie stare volvo w te i z powrotem, wykonując podczas przedstawienia niesamowite układy choreograficzne. Dowiaduję się, że Rosja to stan umysłu, pada śnieg, kurtyna opada.
Przed godzinę swojego życia słucham też niebotycznego hałasu, który nie ma nic wspólnego z dźwiękami maszyn czy musika mundana. Zakładam papierowe okulary, ginę w mieniących się czerwienią wizualizacjach.
Oglądam wystawę fotografii słynnych pomników konnych z różnych miejsc. Z wyjątkiem faktu, że artysta wyciął ze zdjęć Wielkich Zdobywców, zostawiając same odlewy zwierząt.
Jedenaście videoartów pod rząd to zdecydowanie za dużo nawet dla konesera.
Udomowione graffitti w muzeum, płótna z tagami w knajpach.
Wernisaż w sklepie monopolowym to ciekawa idea, w drezdeńskich monopolach jest więcej sztuki niż w domu przeciętnego polaka. A z drugiej strony każdy wernisaż w galerii, w prawie każdym zakątku świata, zamienia się na jeden wieczór w sklep monopolowy.
Najmniejsza drezdeńska galeria to mur z dwoma gablotkami, zmiana ekspozycji w każdy niedzielny wieczór. Zobaczysz tu wszystko, od zdjęć z Afryki, po wariacje loga Hello Kitty i sakralne kolaże. Wystarczy tylko przejść wzdłuż Bohmische strasse i zatrzymać się na chwilę przy Raskolnikoff bar.
Pewna niedziela, otwarte pracownie artystyczne w całym mieście, oglądam niewyobrażalne ilości sztuki, pomysłów, myszkuję po cudzych miejscach pracy i domach, prawdziwa gratka dla street nomada. Jedna garażowa pracownia portrecisty wprawia mnie w osłupienie, w życiu nie widziałam tylu kolorowych ludzi w jednym miejscu! Całe pomieszczenie zawalone jest płótnami, a z każdego z nich zerka na mnie jakaś postać.
Verandaerbar zaprasza często do siebie song-writerów. Pewnego dnia trafiam na koncert Pana we fraku, który upija się samotnie przy barze, czekając na jakąkolwiek widownię. Jego jedynymi słuchaczami, poza mną, jest jeszcze Liane i Maik. Muzyk rezygnuje więc z występu na scenie, siada z gitarą na barze, podstawiamy sobie sofę tuż obok i słuchamy jego historii, w tym piosenek o nas. Spędzamy tak ze trzy godziny słuchając berlińskiego Boba Dylana. Wychodząc wręczam mu jego portret wykonany podczas tego intymnego koncertu.
Na korytarzu Hellerau widzę dziewczynę ubraną w papierowe paski reklamowe, wręcza mi jeden z nich, odrywając go z biustu. Call me, czytam, przesuwam wzrok po numerze telefonu. Ciekawe ile osób musi się pojawić w mojej sytuacji, żeby hostessa artysty pozbyła się swojego stroju.
W Kukulida na Martin Luther Strasse, co niedzielę można zobaczyć amatorski teatr-telenowelę o życiu dzielnicy. Cudowny pomysł przeniesienia klasycznych scen Neustadt to dla mnie kwintesencja podejścia tutejszych mieszkańców. Wszyscy kochają swoją artystyczną dzielnicę i traktują ją jak swój dom. Mała sala teatralna na squacie jest przepełniona pół godziny przed każdym kolejnym odcinkiem, a jeszcze więcej chętnych pojawia się po epizodzie improwizując przyjęcie.
Biała dykta podwieszona na suficie sunie w moim kierunku. Mrocznie wizualizacje zakłócają mi wizję, bezwarunkowo cofam się do tyłu chcąc uniknąć kolizji z dziwacznym projektorem, a czujniki, wyczulone na ruch w pomieszczeniu, wyłączają wszelkie urządzenia i wraz z kilkoma zwiedzającymi zamieramy na moment w pustej, białej sali, czekając na dalsze atrakcje. Wygląda na to, że maszyna się popsuła. Artystka rozstawia drabinę, mocuje się z instalacją pod sufitem, widzowie wychodzą. Zastanawiam się czy to rzeczywiście usterka czy zaplanowany performance. Zaczynam odbierać wszelkie bodźce jak zaplanowane działania artystyczne. Stoję więc pośrodku sali i przyglądam się mocującej z własnym wytworem wyobraźni kobiecie.
Ktoś proponuje mi koncert jazzowy grupy z Jemenu i przypomina mi się wypowiedź Pilcha z jakiegoś wywiadu. Pisze on, że niemcy są zawsze przygotowani na wszelkie wydarzenia kulturalne. Cyk, konferencja z polskim pisarzem, wszyscy są oczytani i zadają pytania, odbębnili swoje zadanie domowe. Jemeński jazz, myślę, może innym razem.
Podczas jednego ze spotkań o pracę w pewnej instytucji kulturalnej, szefowa placówki daje mi radę - bywaj, oglądaj, zadawaj pytania, pojawiaj się na wszystkich eventach, a prędko znajdziesz to, czego szukasz. Plus, spodziewaj się, że lista twoich kontaktów zacznie się szybko powiększać.
Staję się więc kulturalnym koksem.
Grupa tancerzy przesuwa po scenie stare volvo w te i z powrotem, wykonując podczas przedstawienia niesamowite układy choreograficzne. Dowiaduję się, że Rosja to stan umysłu, pada śnieg, kurtyna opada.
Przed godzinę swojego życia słucham też niebotycznego hałasu, który nie ma nic wspólnego z dźwiękami maszyn czy musika mundana. Zakładam papierowe okulary, ginę w mieniących się czerwienią wizualizacjach.
Oglądam wystawę fotografii słynnych pomników konnych z różnych miejsc. Z wyjątkiem faktu, że artysta wyciął ze zdjęć Wielkich Zdobywców, zostawiając same odlewy zwierząt.
Jedenaście videoartów pod rząd to zdecydowanie za dużo nawet dla konesera.
Udomowione graffitti w muzeum, płótna z tagami w knajpach.
Wernisaż w sklepie monopolowym to ciekawa idea, w drezdeńskich monopolach jest więcej sztuki niż w domu przeciętnego polaka. A z drugiej strony każdy wernisaż w galerii, w prawie każdym zakątku świata, zamienia się na jeden wieczór w sklep monopolowy.
Najmniejsza drezdeńska galeria to mur z dwoma gablotkami, zmiana ekspozycji w każdy niedzielny wieczór. Zobaczysz tu wszystko, od zdjęć z Afryki, po wariacje loga Hello Kitty i sakralne kolaże. Wystarczy tylko przejść wzdłuż Bohmische strasse i zatrzymać się na chwilę przy Raskolnikoff bar.
Pewna niedziela, otwarte pracownie artystyczne w całym mieście, oglądam niewyobrażalne ilości sztuki, pomysłów, myszkuję po cudzych miejscach pracy i domach, prawdziwa gratka dla street nomada. Jedna garażowa pracownia portrecisty wprawia mnie w osłupienie, w życiu nie widziałam tylu kolorowych ludzi w jednym miejscu! Całe pomieszczenie zawalone jest płótnami, a z każdego z nich zerka na mnie jakaś postać.
Verandaerbar zaprasza często do siebie song-writerów. Pewnego dnia trafiam na koncert Pana we fraku, który upija się samotnie przy barze, czekając na jakąkolwiek widownię. Jego jedynymi słuchaczami, poza mną, jest jeszcze Liane i Maik. Muzyk rezygnuje więc z występu na scenie, siada z gitarą na barze, podstawiamy sobie sofę tuż obok i słuchamy jego historii, w tym piosenek o nas. Spędzamy tak ze trzy godziny słuchając berlińskiego Boba Dylana. Wychodząc wręczam mu jego portret wykonany podczas tego intymnego koncertu.
Na korytarzu Hellerau widzę dziewczynę ubraną w papierowe paski reklamowe, wręcza mi jeden z nich, odrywając go z biustu. Call me, czytam, przesuwam wzrok po numerze telefonu. Ciekawe ile osób musi się pojawić w mojej sytuacji, żeby hostessa artysty pozbyła się swojego stroju.
W Kukulida na Martin Luther Strasse, co niedzielę można zobaczyć amatorski teatr-telenowelę o życiu dzielnicy. Cudowny pomysł przeniesienia klasycznych scen Neustadt to dla mnie kwintesencja podejścia tutejszych mieszkańców. Wszyscy kochają swoją artystyczną dzielnicę i traktują ją jak swój dom. Mała sala teatralna na squacie jest przepełniona pół godziny przed każdym kolejnym odcinkiem, a jeszcze więcej chętnych pojawia się po epizodzie improwizując przyjęcie.