poniedziałek, 26 listopada 2012

Kultura.

Dwie aktorki, ubrane w złote koszulki i dżinsowe szorty drżą, rytmicznie podskakują przede mną przez jakąś godzinę, emocjonalnie reagując na kiczowe przeboje radiowe. Tarzając się po scenie, dwie spocone dzieczyny próbują odśpiewać 'I wanna dance with somebody', resztkami sił wydzierają się do mikrofonów, pragnąć Bad Romance.
Biała dykta podwieszona na suficie sunie w moim kierunku. Mrocznie wizualizacje zakłócają mi wizję, bezwarunkowo cofam się do tyłu chcąc uniknąć kolizji z dziwacznym projektorem, a czujniki, wyczulone na ruch w pomieszczeniu, wyłączają wszelkie urządzenia i wraz z kilkoma zwiedzającymi zamieramy na moment w pustej, białej sali, czekając na dalsze atrakcje. Wygląda na to, że maszyna się popsuła. Artystka rozstawia drabinę, mocuje się z instalacją pod sufitem, widzowie wychodzą. Zastanawiam się czy to rzeczywiście usterka czy zaplanowany performance. Zaczynam odbierać wszelkie bodźce jak zaplanowane działania artystyczne. Stoję więc pośrodku sali i przyglądam się mocującej z własnym wytworem wyobraźni kobiecie.

Ktoś proponuje mi koncert jazzowy grupy z Jemenu i przypomina mi się wypowiedź Pilcha z jakiegoś wywiadu. Pisze on, że niemcy są zawsze przygotowani na wszelkie wydarzenia kulturalne. Cyk, konferencja z polskim pisarzem, wszyscy są oczytani i zadają pytania, odbębnili swoje zadanie domowe. Jemeński jazz, myślę, może innym razem.

Podczas jednego ze spotkań o pracę w pewnej instytucji kulturalnej, szefowa placówki daje mi radę - bywaj, oglądaj, zadawaj pytania, pojawiaj się na wszystkich eventach, a prędko znajdziesz to, czego szukasz. Plus, spodziewaj się, że lista twoich kontaktów zacznie się szybko powiększać.
Staję się więc kulturalnym koksem.

Grupa tancerzy przesuwa po scenie stare volvo w te i z powrotem, wykonując podczas przedstawienia niesamowite układy choreograficzne. Dowiaduję się, że Rosja to stan umysłu, pada śnieg, kurtyna opada.
Przed godzinę swojego życia słucham też niebotycznego hałasu, który nie ma nic wspólnego z dźwiękami maszyn czy musika mundana. Zakładam papierowe okulary, ginę w mieniących się czerwienią wizualizacjach.
Oglądam wystawę fotografii słynnych pomników konnych z różnych miejsc. Z wyjątkiem faktu, że artysta wyciął ze zdjęć Wielkich Zdobywców, zostawiając same odlewy zwierząt.
Jedenaście videoartów pod rząd to zdecydowanie za dużo nawet dla konesera.
Udomowione graffitti w muzeum, płótna z tagami w knajpach.
Wernisaż w sklepie monopolowym to ciekawa idea, w drezdeńskich monopolach jest więcej sztuki niż w domu przeciętnego polaka. A z drugiej strony każdy wernisaż w galerii, w prawie każdym zakątku świata, zamienia się na jeden wieczór w sklep monopolowy.
Najmniejsza drezdeńska galeria to mur z dwoma gablotkami, zmiana ekspozycji w każdy niedzielny wieczór. Zobaczysz tu wszystko, od zdjęć z Afryki, po wariacje loga Hello Kitty i sakralne kolaże. Wystarczy tylko przejść wzdłuż Bohmische strasse i zatrzymać się na chwilę przy Raskolnikoff bar.
Pewna niedziela, otwarte pracownie artystyczne w całym mieście, oglądam niewyobrażalne ilości sztuki, pomysłów, myszkuję po cudzych miejscach pracy i domach, prawdziwa gratka dla street nomada. Jedna garażowa pracownia portrecisty wprawia mnie w osłupienie, w życiu nie widziałam tylu kolorowych ludzi w jednym miejscu! Całe pomieszczenie zawalone jest płótnami, a z każdego z nich zerka na mnie jakaś postać.
Verandaerbar zaprasza często do siebie song-writerów. Pewnego dnia trafiam na koncert Pana we fraku, który upija się samotnie przy barze, czekając na jakąkolwiek widownię. Jego jedynymi słuchaczami, poza mną, jest jeszcze Liane i Maik. Muzyk rezygnuje więc z występu na scenie, siada z gitarą na barze, podstawiamy sobie sofę tuż obok i słuchamy jego historii, w tym piosenek o nas. Spędzamy tak ze trzy godziny słuchając berlińskiego Boba Dylana. Wychodząc wręczam mu jego portret wykonany podczas tego intymnego koncertu.
Na korytarzu Hellerau widzę dziewczynę ubraną w papierowe paski reklamowe, wręcza mi jeden z nich, odrywając go z biustu. Call me, czytam, przesuwam wzrok po numerze telefonu. Ciekawe ile osób musi się pojawić w mojej sytuacji, żeby hostessa artysty pozbyła się swojego stroju.
W Kukulida na Martin Luther Strasse, co niedzielę można zobaczyć amatorski teatr-telenowelę o życiu dzielnicy. Cudowny pomysł przeniesienia klasycznych scen Neustadt to dla mnie kwintesencja podejścia tutejszych mieszkańców. Wszyscy kochają swoją artystyczną dzielnicę i traktują ją jak swój dom. Mała sala teatralna na squacie jest przepełniona pół godziny przed każdym kolejnym odcinkiem, a jeszcze więcej chętnych pojawia się po epizodzie improwizując przyjęcie.   


środa, 21 listopada 2012

Sandor i Aldona

Opowiadanie swoich historii rozrosło się do sporych wymiarów. Gdy nie mam przy sobie zeszytu, pamiętnika albo aparatu, by uchwycić warty zapamiętania moment, wyciągam szkicownik. Gdy pojawia się chwila, przenoszę nieuchwycone na bloga. Albo opowiadam historię Maikowi, gdy rytualnie domaga się - come on, tell me a story. Nie przyzna się otwarcie, ale jest kolekcjonerem opowieści i opowiadaczy.
Ostatnie kilka dni przypomina zbiór obrazków z Amelii, słodkiego, wariackiego filmu z ładnymi pocztówkami z Paryża. A właściwie tylko nasuwa mi się skojarzenie, bo cieszą mnie małe, słodkie wariackie chwile.
Wybierając się na poniedziałkowe zajęcia z capoeiry po raz pierwszy próbuję wypracowanej trasy, nie zmieniając ścieżki, warto mieć utarty schemat i przyglądać mu się, jak się zmienia i co ma do zaoferowania. Wyprowadzam Aldonę, rower, który złożyliśmy wspólnie z Sebastianem na spacer. Przejeżdżam przez Hecht i Bischopsplatz, pod mostem o pięknym, rytmicznym sklepieniu, mijam Hole of Fame, hipsterski sklep z cudnymi t-shirtami i dziwacznymi koncertami song-writerów, przejeżdżam przez Louisenstrasse, zaglądam czy Korinny nie ma w sklepie z herbatą, zaglądam w okno Liane. Pierwsze skrzyżowanie przy Schoune, dużym klubie nie ma o tej porze zbyt wielu ludzi, puste kebaby, zamknięte sklepy nocne. Próbuję nowej cukierni na Alaunstrasse, szukam swojej ulubionej w Neustadt, choć jeszcze nie mam mocnego ciasteczkowego kandydata. Aldona ma kłódkę, ale jej nie używam, bo jest jak nie chciana diva. Zbyt dziwna, by ktoś odważył się ją skraść. Przejeżdżam przez Albertplatz w Glacisstrasse, ulicę szkół muzycznych, teatrów w wymuskanych kamienicach, prosto na Carolabrucke, drewnianą kładkę przerzuconą przez Łabę. Dalej mam już prostą drogą na Uniwersytet, ale zatrzymuję się przy monumentalnym budynku na ulicy Durera i zaglądam do akademii sztuki, czeka mnie tu pewna historia, którą zapragnęłam kontynuować. Od jakiegoś czasu próbuję się skontaktować z węgierskim artystą, który daje tu lekcje anatomii. Boję się konfrontacji, bo jego iście artystyczne, wampirze nazwisko budzi respekt. Stoję przed drzwiami i waham się czy zapukać, gdy Sandor we własnej osobie pojawia się znikąd i zaprasza mnie do gabinetu. Rozmowa po niemiecku nie jest w moim przypadku najlepszą strategią na uzyskanie pracy, ale udaje się i moje imię zostaje wpisane w grafik.
- może pani pozować w przyszłym tygodniu? To lekcje dla kilku osób, 4 godziny, w sali obok - mówi profesor, pokazując palcem pomieszczenie wypełnione szkieletami i sztalugami.To zajęcia z kolan - dodaje, kładąc rękę na kolanie.
Wychodzę z zamku sztuki, wyprowadzam Aldonę przez żelazną bramę i zadowolona z pierwszej udanej rozmowy o pracę, przeprowadzoną po niemiecku, jadę dalej.

Następnego dnia, siedzę w mieszkaniu Liane i Sebastiana, malujemy się i stroimy przed imprezą z mottem "różowe królestwo". Przed wyjściem, Liane wręcza mi jeszcze listy, które do mnie przyszły. Siedzę na drabinie w pakamerowym przedpokoju i z zaciekawieniem dzieciaka otwieram list z Maroka. Z ręcznie rysowaną mapą Wellington. Staje mi przed oczami wakacyjna znajomość i codzienne mantra do Iana:
- oprowadzam Cię po Polsce, po Poznaniu, Toruniu, narysuj mi w zamian mapę ze swoim spacerem.
- Londyn czy Wellington? - pyta
- może być nawet miejsce, którego nie znasz...
Rysunek jest perfekcyjny. Dokładny, z humorystycznymi opisami, ciekawym przedstawieniem miejsc, wykonany z sercem. A spod koperty wypadają jeszcze dwie pocztówki, jedna obwieszcza "do zobaczenia, kiedyś, gdzieś, dumbster bunny" a druga pozdrawia mnie ze Słupcy i odrywa myśli od Iana do Apolinarego Szeluty i pewnego poznańskiego kompozytora, kochającego niechciane divy.
Północ to idealna pora na odtworzenia poniedziałkowego szlaku rowerowego z Maikiem i Sebastianem. W drodze na imprezę, Aldona psuje się trzykrotnie, aż w końcu Sebastian decyduje się ją holować. Jadę więc za nim, śmieję się na zakrętach wróżących szybki upadek i w końcu zaliczam sromotną glebę na Durerstrasse. Chłopcy są przerażeni, zbierają mnie z ziemi, Maik decyduje się na powrót do domu po samochód. Siedzimy więc z Sebastianem na opustoszałej ulicy, oparci o przewrócone rowery. Patrzę na swoje lamparcie spodnie, zakrwawione na kolanach, unieruchamiam skręconą kostkę i patrzę na zamek Sandora przed nami:
- to całkiem zabawne, że rozwalam swoje piękne modelowe kolana akurat przy zamku draculi, u którego będę pozować.
- to tak samo zabawne, jak propozycja wybrania się samochodem wcześniej albo słynna sentencja Maika : typowy żart Sebastiana i typowy fail - odpowiada zasmucony nieudanym rowerowym eksperymentem.  
- cóż, utartą trasę warto powtarzać w wielu wariacjach, inaczej popadamy w rutynę.

Proszę rano Sebastiana, by towarzyszył mi w drodze do szpitala. A raczej, żeby zaplanował mi całą wycieczkę. Takiego zwiedzania Drezna nie planowałam wcześniej, tak samo jak nie planowałam zrezygnować z wycieczki do Berlina z Maikiem na rzecz izby przyjęć. Sebastian wynosi mnie z domu na rękach i prowadzi do roweru z przyczepą żula zaparkowanego pod murem z grafiitti Vegan Hools. Widziałam tą przyczepę wożącą drewno, będącą przenośnym sklepem na uliczym festiwalu, wygląda na to, że za chwilę będzie rikszą. Dostaję koc i siadam w wózku, rozkoszuję się jazdą po Hecht, Alaunsparku i nabrzeżem Elby z perspektywy dziecka. i dosłownie kręcę swój street view i uśmiechy, którymi obdarzają nas przechodnie zdziwieni niecodzienną przejażdżką.

niedziela, 18 listopada 2012

najmniejsze disko na świecie

W niedzielne południe, tuż po późnej, poimprezowej pobudce, odkrywam, patrząc z lekkim zażenowaniem w lustro, pozostałości po body-paintingu, który wczoraj zafundowała mi bułgarska malarka. Olga miała wernisaż w jednym z wielu pokoi na domówce, obdarowując gości oglądających jej obrazy malunkami na ciele. Cała kamienica świętuje pierwszy, wspólny rok, impreza w każdym mieszkaniu, na korytarzu. Jest wernisaż i bodypainting, jest bar z dramenbejsową potańcówką, jest pokój koncertowy, w którym przewija się kilka zespołów i songwriterów i DJów, do rana królują balcan beats. Niezliczona ilość kuchni to osobny świat imprez, pogaduch, spontanicznych dancefloorów czy posiłków. Widziałam także salę kinową i pokój gier. I najmniejsze disko na świecie urządzone w komórce wyłożonej czarnym materiałem i fluorescencyjnymi gadżetami, z muzyką grającą, gdy domkniesz drzwi... Przychodząc na domówkę nie sądziłam, że najpierw trafię do pokoju z salonem stylówy. Przepiękna dziewczyna pin-up zadaje mi pytanie kim chcę dzisiaj być, sadza mnie w fotelu i zaczyna mnie czesać i malować. Jest studentką charakteryzacji na drezdeńskiej akademii sztuki. Po dziesięciu minutach mam na głowie irokeza, perfekcyjny punkowy make-up i nigdy by mi do głowy nie przyszło, że w takiej odsłonie poznam swoich przyszłych pracodawców...
Nie mam pojęcia ile osób może się przewinąć przez taką imprezę, chyba cała dzielnica tu przyszła. Przemieszczanie się między piętrami jest kombinacją kilkunastu small-talków na każdym stopniu, jeśli w ogóle można mówić o przemieszczaniu się w takim ścisku. Paradoksalnie najwięcej miejsca jest w najmniejszym disko, gdzie tańczę techno z trójką ludzi w upiornych makijażach.
Zastanawiam się pewnego dnia nad życiem nocnym Drezna - trudno trafić na taneczną imprezę, większość wydarzeń skupia się raczej wokół stolików i barów, jeśli w lokalu gra DJ prawdopodobieństwo, że goście zaczną tańczyć przed 2 w nocy jest wątpliwe jak ich trzeźwość. Z kolei wszystkie domówki na które do tej pory tutaj trafiłam to czysta energia i godna podziwu pomysłowość i inwencja gospodarzy. Mieszkania zawsze są wzorowo przystrojone, pełne sztuki i dekoracji, z nagłośnieniem, DJ a nawet wizualizacjami (tak, jak ta impreza na strychu, przemienionym na jedną noc w techno party), z jedzeniem, barem i gotowością na totalny chaos i zabawę.
Mimo że jestem lekko zawiedziona klubową ofertą Drezna, mam jednak swoje ulubione miejsca. Obie knajpy kompletnie się od siebie różnią, a to, co je łączy to niepowtarzalny klimat. Alteswettburo to stary domek jednorodzinny znajdujący się między dworcem Neustadt i Albertplatzem. Ta klubokawiarnia serwuje napoje, kilka potraw i dużo, dużo sztuki. Ich kalendarz i ściany cały czas wypełnione są obrazami, a gdy pierwszy raz tu trafiłam, zauroczyła mnie wystawa drezdeńskiego street artu. Siadam w kącie Andy K, zakochana w jego subtelnych, mrocznych pracach, a barmanka mi mówi, że autor prac to pionier drezdeńskiego urban artu. I jest także DJem, jeśli mam ochotę go poznać, mogę przyjść jutro na koncert. Przynosi mi kawę i opowiada mi także o pozostałych artystach prezentujących tu swoje prace, zastanawia się na głos czy również będą na imprezie. Po chwili wraca za bar skonstruowany ze starych radioodbiorników. Alteswettburo ma niepowtarzalny klimat vintage, bar jak marzenie audiofila, stoliki i krzesła ze schronisk górskich mieszają się ze sztuką współczesną goszczącą na ścianach. Gdy przychodzę następnym razem, poznaję osławionego pioniera street artu, poważnego, grubszego faceta w hip-hopowych ciuchach i odrobinę żałuję, że zepsułam sobie świętą wizję natchnionego artysty...
Chemiefabrik jest zupełnie innym miejscem. Przy ognisku przed wejściem do lokalu, ktoś wręcza mi naklejkę Good night white pride i antifowego zina, ambitną lekturę do nauki niemieckiego. Niska, uberalternatywna knajpka, w której na co dzień odbywają się HC-punkowe koncerty mniej lub bardziej znanych zespołów. Warto tu się jednak wybrać na tańce, jungle, breakcore, dubstep albo oldschool hip-hop, gdzie można liczyć na rapową bitwę albo spontaniczny koncert jakiegoś nawijacza. Chemiefabrik ma piwniczny klimat, a jej jedyny wystrój to wklepki, antyfaszystowskie naklejki i przemieszane plakaty przeszłych i przyszłych wydarzeń. A mimo to na tańce przychodzi tu mnóstwo ludzi, ortodoksyjni w stylówie lewacy, stali bywalcy, mieszają się w tłumie z okazjonalnymi, wystrojonymi na imprezę gościami.


wtorek, 6 listopada 2012

mapa

Życie w Dreźnie nabiera tempa. Po dwóch tygodniach aklimatyzacji czas na zapuszczenie swoich korzeni (przynajmniej taką darmową radę ostatnio usłyszałam). Powoli zapełniam sobie grafik zadaniami, a sieć kontaktów i możliwości z każdym dniem się rozszerza. Nie mieszkam już u Sebastiana, ale u Tobiego, w zupełnie innym świecie. Inna dzielnica, całkiem przyjemna, choć cicha i dopiero budząca się do życia, a taki sam klimat panuje w mieszkaniu. Świeżo wynajęta przez Tobiego i Dorę, pusta przestrzeń w odnowionej kamienicy. Moi współlokatorzy studiują psychologię, poznali się na wymianie studenckiej w Rosji, oboje też, są nowi w Dreźnie. Tobias zna miasto dobrze, bo tu studiuje od kilku lat, ale biorąc pod uwagę jego drastycznie szybko pogorszającą się wadę wzroku, odkrywa Drezno z zupełnie innej perspektywy.
Coś jest dziwnego w tym, że znowu mieszkam z rusofilami. Jeszcze dobrze nie umeblowali mieszkania, ale kubki z cyrylicą, magnesy i babuszki już mnie kłują po oczach. Mam wrażenie, że rosyjskie koneksje prześladują mnie, podobnie jak origami i masoneria, zbyt często powracające w rzeczywistości wątki, żeby ich powtarzalność nie wydała się dziwna. No i byłam dzisiaj w teatrze tańca współczesnego - tancerze z Rosji.
Z Tobim mam bardzo przyjemny układ lokatorski: mieszkam w zamian za malowanie ścian w jego pokoju. Nie zauważyłam jak szybko z upcyklowej designerki stałam się twórczynią domowego murala, ciekawa odmiana.
Z Sebastianem widuję się codziennie. Właściwie pobieram nauki życia od niego. Podaje mi kontakty na małe prace i zajęcia, załatwia darmowe bilety na wystawy i teatr, gdzie pracuje, oprowadza po mieście. Pewnego dnia zafundował mi wycieczkę po campusie uniwersyteckim. Wybraliśmy się na zajęcia capoiery (pierwsza pozycja w moim drezdeńskim grafiku), a później na spacer po miasteczku studenckim. Seb opowiada mi o architekturze budynków, szukamy po drodze ogłoszeń o pracę, lekcji językowych i jakiegoś punku zaczepienia dla mnie, wchodzimy na dach wydziału psychologii, to nie pierwsza panorama miasta z dachu, jaką oglądam. Za wydziałem architektury znajdujemy śmietnik, gdzie studenci wyrzucają swoje prace, raj dla dwójki śmieciowych kolekcjonerów. Po paru minutach grzebania w kontenerze mam cudną lampę biurową z łatwym do naprawienia defektem, pusty szkicownik i kilka dużych arkuszy papieru dobrej jakości. No może jeszcze kilka kaset wideo i starych dyskietek, świetnych materiałów do realizowania zajawek. Gdy wracam obładowana do domu, Dora patrzy na mnie znacząco i pyta: - jak to jest, że codziennie wychodzisz "na spacer" z pustą torbą, a wracasz obładowana z jakimiś meblami, gratami pod pachą? - rytuał, - odpowiadam - tak po prostu wygląda mój spacer. Poza tym, jeszcze nie wynajęłam oficjalnie u Was pokoju, ale już poczułam się w obowiązku wyposażyć Wam kuchnię.
Dostaję od Sebastiana wielki arkusz papieru, chyba można nim wytapetować całą ścianę. - Wiem, że rysujesz mapy. Ten papier jest wystarczająco duży na całe miasto, rysuj swoje miejsca. Zaznacz Wagenplatz, moje mieszkanie, Tobiego, tą domówkę na strychu, gdzie byliśmy, wiesz, swoje miejsca... Opublikuj ją kiedyś, proszę! Uśmiecham się szeroko i cieszę jak dziecko, które dostało worek klocków Lego. Już nie mogę się doczekać kiedy zacznę ją rysować, bo sama mapa tworzy się z każdym spacerem i okolicznością, wystarczy tylko wyjść z domu...
Jest jeszcze jeden punkt w drezdeńskiej konstelacji geograficzno-ludzkiej. Maik wrócił z Paryża. Przyjaciel Sebastiana i Tobiasa, mój serdeczny kolega. Wybieram się z nim na pierwszy od dawna spacer i bardzo szybko sobie przypominam, co znaczy słowo Roiber. Pada deszcz a my spacerujemy w ciemnościach w kanale rzecznym i udajemy, że jesteśmy w podziemnym mieście. Echo naszych śmiechów z tunelu wyszydza nas, gdy okazuje się, że wydostanie się z powrotem do miasta odznacza wspinaczkę po murze i korzeniach drzew rosnących na górze. Ostatni raz, gdy się widzieliśmy zajadaliśmy naleśniki nad Sekwaną ulegając paryskiej romantycznej atmosferze, za to drezdeński spacer w ubłoconych ciuchach miłości nie wróży. W mieszkaniu Maika poznaję za to Christin, wspaniałą dziewczynę uczącą się polskiego. Zamiast cieszyć się, że kolega wrócił, rozmawiam po polsku o kuchni islandzkiej i mieszkaniach w Krakowie. Znalazłam mega fajną partnerkę do nauki języka.
Tobi, Sebastian, Maik mieszkają w jednej linii, mojej pierwszej kartograficznej konstelacji odwiedzin.