wtorek, 6 listopada 2012

mapa

Życie w Dreźnie nabiera tempa. Po dwóch tygodniach aklimatyzacji czas na zapuszczenie swoich korzeni (przynajmniej taką darmową radę ostatnio usłyszałam). Powoli zapełniam sobie grafik zadaniami, a sieć kontaktów i możliwości z każdym dniem się rozszerza. Nie mieszkam już u Sebastiana, ale u Tobiego, w zupełnie innym świecie. Inna dzielnica, całkiem przyjemna, choć cicha i dopiero budząca się do życia, a taki sam klimat panuje w mieszkaniu. Świeżo wynajęta przez Tobiego i Dorę, pusta przestrzeń w odnowionej kamienicy. Moi współlokatorzy studiują psychologię, poznali się na wymianie studenckiej w Rosji, oboje też, są nowi w Dreźnie. Tobias zna miasto dobrze, bo tu studiuje od kilku lat, ale biorąc pod uwagę jego drastycznie szybko pogorszającą się wadę wzroku, odkrywa Drezno z zupełnie innej perspektywy.
Coś jest dziwnego w tym, że znowu mieszkam z rusofilami. Jeszcze dobrze nie umeblowali mieszkania, ale kubki z cyrylicą, magnesy i babuszki już mnie kłują po oczach. Mam wrażenie, że rosyjskie koneksje prześladują mnie, podobnie jak origami i masoneria, zbyt często powracające w rzeczywistości wątki, żeby ich powtarzalność nie wydała się dziwna. No i byłam dzisiaj w teatrze tańca współczesnego - tancerze z Rosji.
Z Tobim mam bardzo przyjemny układ lokatorski: mieszkam w zamian za malowanie ścian w jego pokoju. Nie zauważyłam jak szybko z upcyklowej designerki stałam się twórczynią domowego murala, ciekawa odmiana.
Z Sebastianem widuję się codziennie. Właściwie pobieram nauki życia od niego. Podaje mi kontakty na małe prace i zajęcia, załatwia darmowe bilety na wystawy i teatr, gdzie pracuje, oprowadza po mieście. Pewnego dnia zafundował mi wycieczkę po campusie uniwersyteckim. Wybraliśmy się na zajęcia capoiery (pierwsza pozycja w moim drezdeńskim grafiku), a później na spacer po miasteczku studenckim. Seb opowiada mi o architekturze budynków, szukamy po drodze ogłoszeń o pracę, lekcji językowych i jakiegoś punku zaczepienia dla mnie, wchodzimy na dach wydziału psychologii, to nie pierwsza panorama miasta z dachu, jaką oglądam. Za wydziałem architektury znajdujemy śmietnik, gdzie studenci wyrzucają swoje prace, raj dla dwójki śmieciowych kolekcjonerów. Po paru minutach grzebania w kontenerze mam cudną lampę biurową z łatwym do naprawienia defektem, pusty szkicownik i kilka dużych arkuszy papieru dobrej jakości. No może jeszcze kilka kaset wideo i starych dyskietek, świetnych materiałów do realizowania zajawek. Gdy wracam obładowana do domu, Dora patrzy na mnie znacząco i pyta: - jak to jest, że codziennie wychodzisz "na spacer" z pustą torbą, a wracasz obładowana z jakimiś meblami, gratami pod pachą? - rytuał, - odpowiadam - tak po prostu wygląda mój spacer. Poza tym, jeszcze nie wynajęłam oficjalnie u Was pokoju, ale już poczułam się w obowiązku wyposażyć Wam kuchnię.
Dostaję od Sebastiana wielki arkusz papieru, chyba można nim wytapetować całą ścianę. - Wiem, że rysujesz mapy. Ten papier jest wystarczająco duży na całe miasto, rysuj swoje miejsca. Zaznacz Wagenplatz, moje mieszkanie, Tobiego, tą domówkę na strychu, gdzie byliśmy, wiesz, swoje miejsca... Opublikuj ją kiedyś, proszę! Uśmiecham się szeroko i cieszę jak dziecko, które dostało worek klocków Lego. Już nie mogę się doczekać kiedy zacznę ją rysować, bo sama mapa tworzy się z każdym spacerem i okolicznością, wystarczy tylko wyjść z domu...
Jest jeszcze jeden punkt w drezdeńskiej konstelacji geograficzno-ludzkiej. Maik wrócił z Paryża. Przyjaciel Sebastiana i Tobiasa, mój serdeczny kolega. Wybieram się z nim na pierwszy od dawna spacer i bardzo szybko sobie przypominam, co znaczy słowo Roiber. Pada deszcz a my spacerujemy w ciemnościach w kanale rzecznym i udajemy, że jesteśmy w podziemnym mieście. Echo naszych śmiechów z tunelu wyszydza nas, gdy okazuje się, że wydostanie się z powrotem do miasta odznacza wspinaczkę po murze i korzeniach drzew rosnących na górze. Ostatni raz, gdy się widzieliśmy zajadaliśmy naleśniki nad Sekwaną ulegając paryskiej romantycznej atmosferze, za to drezdeński spacer w ubłoconych ciuchach miłości nie wróży. W mieszkaniu Maika poznaję za to Christin, wspaniałą dziewczynę uczącą się polskiego. Zamiast cieszyć się, że kolega wrócił, rozmawiam po polsku o kuchni islandzkiej i mieszkaniach w Krakowie. Znalazłam mega fajną partnerkę do nauki języka.
Tobi, Sebastian, Maik mieszkają w jednej linii, mojej pierwszej kartograficznej konstelacji odwiedzin.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz