środa, 21 listopada 2012

Sandor i Aldona

Opowiadanie swoich historii rozrosło się do sporych wymiarów. Gdy nie mam przy sobie zeszytu, pamiętnika albo aparatu, by uchwycić warty zapamiętania moment, wyciągam szkicownik. Gdy pojawia się chwila, przenoszę nieuchwycone na bloga. Albo opowiadam historię Maikowi, gdy rytualnie domaga się - come on, tell me a story. Nie przyzna się otwarcie, ale jest kolekcjonerem opowieści i opowiadaczy.
Ostatnie kilka dni przypomina zbiór obrazków z Amelii, słodkiego, wariackiego filmu z ładnymi pocztówkami z Paryża. A właściwie tylko nasuwa mi się skojarzenie, bo cieszą mnie małe, słodkie wariackie chwile.
Wybierając się na poniedziałkowe zajęcia z capoeiry po raz pierwszy próbuję wypracowanej trasy, nie zmieniając ścieżki, warto mieć utarty schemat i przyglądać mu się, jak się zmienia i co ma do zaoferowania. Wyprowadzam Aldonę, rower, który złożyliśmy wspólnie z Sebastianem na spacer. Przejeżdżam przez Hecht i Bischopsplatz, pod mostem o pięknym, rytmicznym sklepieniu, mijam Hole of Fame, hipsterski sklep z cudnymi t-shirtami i dziwacznymi koncertami song-writerów, przejeżdżam przez Louisenstrasse, zaglądam czy Korinny nie ma w sklepie z herbatą, zaglądam w okno Liane. Pierwsze skrzyżowanie przy Schoune, dużym klubie nie ma o tej porze zbyt wielu ludzi, puste kebaby, zamknięte sklepy nocne. Próbuję nowej cukierni na Alaunstrasse, szukam swojej ulubionej w Neustadt, choć jeszcze nie mam mocnego ciasteczkowego kandydata. Aldona ma kłódkę, ale jej nie używam, bo jest jak nie chciana diva. Zbyt dziwna, by ktoś odważył się ją skraść. Przejeżdżam przez Albertplatz w Glacisstrasse, ulicę szkół muzycznych, teatrów w wymuskanych kamienicach, prosto na Carolabrucke, drewnianą kładkę przerzuconą przez Łabę. Dalej mam już prostą drogą na Uniwersytet, ale zatrzymuję się przy monumentalnym budynku na ulicy Durera i zaglądam do akademii sztuki, czeka mnie tu pewna historia, którą zapragnęłam kontynuować. Od jakiegoś czasu próbuję się skontaktować z węgierskim artystą, który daje tu lekcje anatomii. Boję się konfrontacji, bo jego iście artystyczne, wampirze nazwisko budzi respekt. Stoję przed drzwiami i waham się czy zapukać, gdy Sandor we własnej osobie pojawia się znikąd i zaprasza mnie do gabinetu. Rozmowa po niemiecku nie jest w moim przypadku najlepszą strategią na uzyskanie pracy, ale udaje się i moje imię zostaje wpisane w grafik.
- może pani pozować w przyszłym tygodniu? To lekcje dla kilku osób, 4 godziny, w sali obok - mówi profesor, pokazując palcem pomieszczenie wypełnione szkieletami i sztalugami.To zajęcia z kolan - dodaje, kładąc rękę na kolanie.
Wychodzę z zamku sztuki, wyprowadzam Aldonę przez żelazną bramę i zadowolona z pierwszej udanej rozmowy o pracę, przeprowadzoną po niemiecku, jadę dalej.

Następnego dnia, siedzę w mieszkaniu Liane i Sebastiana, malujemy się i stroimy przed imprezą z mottem "różowe królestwo". Przed wyjściem, Liane wręcza mi jeszcze listy, które do mnie przyszły. Siedzę na drabinie w pakamerowym przedpokoju i z zaciekawieniem dzieciaka otwieram list z Maroka. Z ręcznie rysowaną mapą Wellington. Staje mi przed oczami wakacyjna znajomość i codzienne mantra do Iana:
- oprowadzam Cię po Polsce, po Poznaniu, Toruniu, narysuj mi w zamian mapę ze swoim spacerem.
- Londyn czy Wellington? - pyta
- może być nawet miejsce, którego nie znasz...
Rysunek jest perfekcyjny. Dokładny, z humorystycznymi opisami, ciekawym przedstawieniem miejsc, wykonany z sercem. A spod koperty wypadają jeszcze dwie pocztówki, jedna obwieszcza "do zobaczenia, kiedyś, gdzieś, dumbster bunny" a druga pozdrawia mnie ze Słupcy i odrywa myśli od Iana do Apolinarego Szeluty i pewnego poznańskiego kompozytora, kochającego niechciane divy.
Północ to idealna pora na odtworzenia poniedziałkowego szlaku rowerowego z Maikiem i Sebastianem. W drodze na imprezę, Aldona psuje się trzykrotnie, aż w końcu Sebastian decyduje się ją holować. Jadę więc za nim, śmieję się na zakrętach wróżących szybki upadek i w końcu zaliczam sromotną glebę na Durerstrasse. Chłopcy są przerażeni, zbierają mnie z ziemi, Maik decyduje się na powrót do domu po samochód. Siedzimy więc z Sebastianem na opustoszałej ulicy, oparci o przewrócone rowery. Patrzę na swoje lamparcie spodnie, zakrwawione na kolanach, unieruchamiam skręconą kostkę i patrzę na zamek Sandora przed nami:
- to całkiem zabawne, że rozwalam swoje piękne modelowe kolana akurat przy zamku draculi, u którego będę pozować.
- to tak samo zabawne, jak propozycja wybrania się samochodem wcześniej albo słynna sentencja Maika : typowy żart Sebastiana i typowy fail - odpowiada zasmucony nieudanym rowerowym eksperymentem.  
- cóż, utartą trasę warto powtarzać w wielu wariacjach, inaczej popadamy w rutynę.

Proszę rano Sebastiana, by towarzyszył mi w drodze do szpitala. A raczej, żeby zaplanował mi całą wycieczkę. Takiego zwiedzania Drezna nie planowałam wcześniej, tak samo jak nie planowałam zrezygnować z wycieczki do Berlina z Maikiem na rzecz izby przyjęć. Sebastian wynosi mnie z domu na rękach i prowadzi do roweru z przyczepą żula zaparkowanego pod murem z grafiitti Vegan Hools. Widziałam tą przyczepę wożącą drewno, będącą przenośnym sklepem na uliczym festiwalu, wygląda na to, że za chwilę będzie rikszą. Dostaję koc i siadam w wózku, rozkoszuję się jazdą po Hecht, Alaunsparku i nabrzeżem Elby z perspektywy dziecka. i dosłownie kręcę swój street view i uśmiechy, którymi obdarzają nas przechodnie zdziwieni niecodzienną przejażdżką.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz