W niedzielne południe, tuż po późnej, poimprezowej pobudce, odkrywam, patrząc z lekkim zażenowaniem w lustro, pozostałości po body-paintingu, który wczoraj zafundowała mi bułgarska malarka. Olga miała wernisaż w jednym z wielu pokoi na domówce, obdarowując gości oglądających jej obrazy malunkami na ciele. Cała kamienica świętuje pierwszy, wspólny rok, impreza w każdym mieszkaniu, na korytarzu. Jest wernisaż i bodypainting, jest bar z dramenbejsową potańcówką, jest pokój koncertowy, w którym przewija się kilka zespołów i songwriterów i DJów, do rana królują balcan beats. Niezliczona ilość kuchni to osobny świat imprez, pogaduch, spontanicznych dancefloorów czy posiłków. Widziałam także salę kinową i pokój gier. I najmniejsze disko na świecie urządzone w komórce wyłożonej czarnym materiałem i fluorescencyjnymi gadżetami, z muzyką grającą, gdy domkniesz drzwi... Przychodząc na domówkę nie sądziłam, że najpierw trafię do pokoju z salonem stylówy. Przepiękna dziewczyna pin-up zadaje mi pytanie kim chcę dzisiaj być, sadza mnie w fotelu i zaczyna mnie czesać i malować. Jest studentką charakteryzacji na drezdeńskiej akademii sztuki. Po dziesięciu minutach mam na głowie irokeza, perfekcyjny punkowy make-up i nigdy by mi do głowy nie przyszło, że w takiej odsłonie poznam swoich przyszłych pracodawców...
Nie mam pojęcia ile osób może się przewinąć przez taką imprezę, chyba cała dzielnica tu przyszła. Przemieszczanie się między piętrami jest kombinacją kilkunastu small-talków na każdym stopniu, jeśli w ogóle można mówić o przemieszczaniu się w takim ścisku. Paradoksalnie najwięcej miejsca jest w najmniejszym disko, gdzie tańczę techno z trójką ludzi w upiornych makijażach.
Zastanawiam się pewnego dnia nad życiem nocnym Drezna - trudno trafić na taneczną imprezę, większość wydarzeń skupia się raczej wokół stolików i barów, jeśli w lokalu gra DJ prawdopodobieństwo, że goście zaczną tańczyć przed 2 w nocy jest wątpliwe jak ich trzeźwość. Z kolei wszystkie domówki na które do tej pory tutaj trafiłam to czysta energia i godna podziwu pomysłowość i inwencja gospodarzy. Mieszkania zawsze są wzorowo przystrojone, pełne sztuki i dekoracji, z nagłośnieniem, DJ a nawet wizualizacjami (tak, jak ta impreza na strychu, przemienionym na jedną noc w techno party), z jedzeniem, barem i gotowością na totalny chaos i zabawę.
Mimo że jestem lekko zawiedziona klubową ofertą Drezna, mam jednak swoje ulubione miejsca. Obie knajpy kompletnie się od siebie różnią, a to, co je łączy to niepowtarzalny klimat. Alteswettburo to stary domek jednorodzinny znajdujący się między dworcem Neustadt i Albertplatzem. Ta klubokawiarnia serwuje napoje, kilka potraw i dużo, dużo sztuki. Ich kalendarz i ściany cały czas wypełnione są obrazami, a gdy pierwszy raz tu trafiłam, zauroczyła mnie wystawa drezdeńskiego street artu. Siadam w kącie Andy K, zakochana w jego subtelnych, mrocznych pracach, a barmanka mi mówi, że autor prac to pionier drezdeńskiego urban artu. I jest także DJem, jeśli mam ochotę go poznać, mogę przyjść jutro na koncert. Przynosi mi kawę i opowiada mi także o pozostałych artystach prezentujących tu swoje prace, zastanawia się na głos czy również będą na imprezie. Po chwili wraca za bar skonstruowany ze starych radioodbiorników. Alteswettburo ma niepowtarzalny klimat vintage, bar jak marzenie audiofila, stoliki i krzesła ze schronisk górskich mieszają się ze sztuką współczesną goszczącą na ścianach. Gdy przychodzę następnym razem, poznaję osławionego pioniera street artu, poważnego, grubszego faceta w hip-hopowych ciuchach i odrobinę żałuję, że zepsułam sobie świętą wizję natchnionego artysty...
Chemiefabrik jest zupełnie innym miejscem. Przy ognisku przed wejściem do lokalu, ktoś wręcza mi naklejkę Good night white pride i antifowego zina, ambitną lekturę do nauki niemieckiego. Niska, uberalternatywna knajpka, w której na co dzień odbywają się HC-punkowe koncerty mniej lub bardziej znanych zespołów. Warto tu się jednak wybrać na tańce, jungle, breakcore, dubstep albo oldschool hip-hop, gdzie można liczyć na rapową bitwę albo spontaniczny koncert jakiegoś nawijacza. Chemiefabrik ma piwniczny klimat, a jej jedyny wystrój to wklepki, antyfaszystowskie naklejki i przemieszane plakaty przeszłych i przyszłych wydarzeń. A mimo to na tańce przychodzi tu mnóstwo ludzi, ortodoksyjni w stylówie lewacy, stali bywalcy, mieszają się w tłumie z okazjonalnymi, wystrojonymi na imprezę gościami.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz