Gdy świeci słońce, rozrywka i rekreacja jest błaha, spontaniczna i wszystko dzieje się jak należy. Weekendowe wycieczki rowerowe wzdłuż Łaby to okazja do przesłuchania konceptualnego kwintetu na rzężące rowery i przerdzewiałe łańcuchy. A także wymówka, by pierwszy raz w roku wykąpać się w strumieniu wpływającym do rzeki. Tereny wzdłuż Łaby są w weekendy zakorkowane jak Zakopianka. Rolkarze, odpicowane dziewczyny na spacerze z pieskami, rowerzyści we wszystkich kategoriach wiekowych, wszyscy w spacerowym tempie jadą lub idą w stronę granicy z Czechami lub Starego Miasta Drezna. Następną niedzielę jesteśmy już mądrzejsi o to doświadczenie wycieczki rowerowej w korkach i zamiast powolnych 60 km na dwóch kółkach wybieramy mniej konwencjonalny wariant. Alex dogrzebał się do sponiewieranego pontonu, znaleziska ze strychu, Sasha zaopatrzył nas w czapkę kapitańską, a Erwin w pagaj. Ponton miał więcej dziur i pasażerów, niż zapisane było w instrukcji obsługi. Czteroosobowym składem wzięliśmy nasze nieszczęsne artefakty i zanim wsiedliśmy do tramwaju, mającego nas zawieść na koniec miasta (gdzie postanowiliśmy zwodować nasz jacht), zaopatrzyliśmy się w prowiant w jedynym otwartym w niedziele sklepie, monopolowym. Załatanie i napompowanie łodzi zajęło nam mniej więcej tyle, co spożycie większej części naszego prowiantu, ale wszystko szło zgodnie z planem. Wprowadziliśmy szalony pomysł w życie, łódka dostała nazwę wypisaną na burtach markerem i tak oto popłynęliśmy do domu. Oglądając się na zakorkowane rowerzystami alejki, płynęliśmy na białym pontonie wraz z prądem rzeki, prosto do domu. Zatrzymała nas nawet policja, Frieder jako osoba w kapitańskiej czapce, odbył test alkomatem, stróże rzeczni zaaprobowali nawet nazwę, skrzętnie udało się też ukryć, że łódka jest dziurawa i ma zbyt wielu pasażerów.
Gdy pada deszcz, rozrywka i rekreacja bywa raczej zaplanowana i udomowiona. W moim przypadku oscyluje między wystawami i koncertami, szkoda tylko, że odkąd mieszkam w domu kultury, jedyny dystans jaki pokonuje między pracownią, a imprezownią to 73 schody... Julia organizuje wystawę, której tematem jest refleksja o tworzeniu sztuki przez młodych artystów. Pojawia się wideo art, który można porównać do scenariusza Małego Księcia, pojawia się także lustrzana fontanna wypełniona wódką. Obowiązkiem piszącej owy tekst, młodej artystki, było raczej przygotowywanie drinków z ogórkiem, których nazwę do tej pory nie wiem jak przetłumaczyć. Wernisaż niespodziewanie zamienił się w potańcówkę, artyści poszli do domów, wielbiciele miejsca zostali i zapełnili przestrzeń tańcem. Fontanna lustrzana szybko została poskromiona.
Na drugi dzień, gdy już poskromiłam refleksję mojego żołądka na temat drinków warzywnych, dowiedziałam się ponownie, że sztuka bywa smaczna (ale to dopiero później). Wiedziałam, że jak pójdę na performance Su Ran to nic nie skumam, bo w tytule miał coś z czytaniem. No ale to w końcu sztuka, mogę ją zrozumieć na swój sposób albo w ogóle sobie darować rozumienie. Asystent artystki czyta referat o floralnych wzorach i balecie, a Su Ran kroi gigantyczny tort i rozdaje widowni talerzyki.
Podczas, gdy u nas w domu transmisja meczu piłki nożnej jest wizualizacją do koncertu Steffena, ja się zastanawiam czemu akurat dzisiaj musi padać deszcz. Bardzo chciałam iść na otwarcie pustostanu na użytek kulturalny, posłuchać koncertów, porysować ludzi i poznać tych, których nie zdążę narysować w piknikowej scenerii. Pytam Alexa dlaczego chujowa pogoda musi blokować mi wycieczkę na lewackie imprezy - to proste - mówi. - Bóg jest kapitalistą.
Internet jest słaby, więc transmisja meczu się zacina. Tercet jazzowy improwizuje i do tego, breakcorowego obrazu, wydobywając z instrumentów muzykę kompletnie do meczu nie przystającą. Ktoś się domaga, by naprawić tą lustrzaną rzeźbę, bo chyba nie działa. Gdy sztuka jest smaczna, ludzie chętniej ją oglądają.
A ja, zamiast wyjść na imprezę, bębnię w klawiaturę, zastanawiając się czy moja wystawa będzie mieć równie sytą popularność.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz