Mieszkam w Dreźnie niecały rok i cały ten czas robię totalne głupoty, prowadząc pretensjonalne, nieszablonowe życie. Po ośmiu miesiącach zaczynam pracę, którą można umiejscowić na wykresie normalności gdzieś, mniej więcej w połowie. W normie. Kilka dni temu śmigałam porsche z księdzem, sprawdzając czy autostrada nr 4 wciąż stoi na właściwym sobie miejscu. Otóż nie, tunel przed Zgorzelcem w remoncie, do końca roku kierowcy objazdowo zwiedzają przygraniczne pipidówy. Zrobiłam sobie wycieczkę po trasie należącej do mojego autostopowego repertuaru, zaś w międzyczasie, w moim niemieckim środowisku, działy się rzeczy, przechodzące moje pojęcie. Gdyby cały tort różnorakich historii ułożyć obok siebie warstwa po warstwie, a najlepiej zmieścić na jednym talerzu, okazałoby się, że moi znajomi bawią się beze mnie na festiwalu Fusion, gdzieś za Berlinem, ja wiozę im ponownie zepsuty komputer, a podwozi mnie pracodawczyni, mówiąca, że staż jest od jutra i zawracamy. Komputer umarł, zlecenie przepadło, podobnie jak festiwal, a mail, że czas się stawić do pracy nie został przeczytany. Podobnie jak nieodebrany telefon, wibrujący na biurku daleko poza moim zasięgiem.
- Jestem Bogdan. Możesz mnie znaleźć na naszej klasie, mam 34 znajomych. Używasz naszej klasy? - przedstawił mi się kierowca porsche. Zabrał mnie ze środka autostrady na granicach dwóch państw. Pracuje w Niemczech i włada trzema parafiami, lubi szybkie samochody i boi się polskiej drogówki. - Tu w kieszeni mam przygotowane na mandaty, widzisz, nawet nie zauważyłem że jedziemy dwieście.
Podczas, gdy ksiądz Bogdan opowiada mi o swoim mandaciarskim lęku i życiu polskiego kleryka poza granicami kraju, wyobrażam sobie cudnie stereotypowy obrazek: ksiądz w porszaku na polskiej drodze z pewnością ową drogówkę ucieszy. Zwłaszcza jak przyzna się do profesji. Wracając do rozmowy, Bogdan opowiada mi o zaletach podróżowania z koloratką. - Gdziekolwiek nie pojadę, zawsze mam nocleg, parafia, plebania, wszędzie przenocują, nakarmią. To taka sieć, pan Jezus wiedział co robi. Rozmowę snujemy oboje kaznodziejskim, wolnym tonem, jadąc super szybko samochodem.
- cześć, jestem Marysia, dziękuję za podwózkę. - mówię do następnego kierowcy
- jesteś z Polski? Dziwnie mówisz, z akcentem - odpowiada Czajkowski, choć nie Piotr, mój kierowca.
- no bez przesady! Jasne, że jestem z Polski, zaraz się opamiętam z tym akcentem.
Jedziemy sobie z nie-Piotrem w tą samą lokalizację i douczamy się z kompletnie niepokrewnych nam dziedzin. Wymieniłam nad wyraz użyteczny wykład o symfoniach Beethovena na streszczenie książki Lema, mały wykład o Einsteinie i fizyce kwantowej. Za grosz nie zrozumiałam ostatniego, ale nie wątpię, że moje teorie beethovenowskie były całkiem klarowne i zapamiętywalne. Pojawia się i wizja utopii, tuż obok kawy na stacji benzynowej, zagraniczny żywot polaka sąsiaduje z energią kinetyczną. Nie-Piotr cieszy się, że porozmawiał sobie po polsku, ja również.
- Jak to mówią 'express yourself" działa najlepiej we własnym języku - mówi kierowca, i tak się rozstajemy. Z pewnością, w innym języku z fizyki kwantowej też nie wiele bym wyniosła. Może w obrazkach?
Od jutra porozmawiam tylko po niemiecku, i to służbowo. Pytanie tylko jak długo, w końcu zamiast robić staż od kilku dni, dopiero co wróciłam ze swojego autostopowego trójkąta bermudzkiego. A może wcale nie jest mi dane pracować w określonych godzinach czasowych, jedynie pretensjonalnie ostrzyć wierzchołki trójkąta bermudzkiego, rysując tu i ówdzie jego mapę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz