środa, 24 kwietnia 2013

z dachu

Wszyscy już zauważyli, że przyszła wiosna. Precz na dwór, na spacery, na sporty i inne aktywności.
Nie wiem jak się sprawa ma w Polsce, ale ja już zdążyłam zaliczyć całodniową imprezę urodzinową na świeżym powietrzu z profesjonalnym zestawem wypoczynkowo-piknikowo-przeciwdeszczowym. Czyli sofy, jedzenie i alkohol, plandeka rozkładana w deszczu i doborowe towarzystwo. A wszystko na piętrowej platformie placu zabaw. Zabawy dużych dzieci.
Nie spodziewałam się też, że tego samego dnia trafię na imprezę z ogniskiem i zapachem grilla. Otwarcie sezonu plenerowego uświetniła wizyta dwóch poznańskich znawczyń sztuki, których zdziwienie nad profesjonalnym zorganizowaniem powyższych atrakcji było przesympatyczne i permanentne.
A tak własnie niemcy spędzają słoneczne dni. Piknik na wypasie przygotowany na zasadzie "dołóż cegiełkę" i pełen profesjonalizm. Przygotowani na wszelkie warunki atmosferyczne i wszelkie rozrywki. Slaglike obowiązkowy, tak samo jak amatorzy żonglerki. Paletki ping-pongowe i tańce wokół stołu. Muzycy albo sprzęt grający. I tancerze, także improwizujący-teatralni tancerze. I polskie turystki, siedzące z boku, prowadzące obserwacje socjologiczne.

*

Wraz z nadejściem niesamowicie słonecznych dni, odkrywam, że najlepszym miejscem w Kukulida jest dach. Wyjście drabiną na strychu przez ciasne okno, balansowanie po cieniutkim, kilkumetrowym stelażu prowadzi mnie wprost na kawałek płaskiego dachu sąsiedniego budynku. Na nim można usiąść, położyć się, cieszyć słońcem i panoramą miasta. Ciekawe, żółte kominy, ustawione w rzędzie tworzą rytmiczną dekoracje, niby makiet budynków wśród tych dużych rzędów kamienic w tle. Po drugiej stronie ulicy, inna grupa ludzi piknikuje się na dachu (oczywiście w profesjonalnym stylu). Machamy sobie wzajemnie i wymieniamy duże uśmiechy znad przepaści Martin-Luther Strasse, pięciopiętrowego kanionu. Moi współlokatorzy siedzą na podwórku w kole i dyskutują o wolnej przestrzeni, którą mogliby zaadoptować na działania twórcze. Chciałabym brać udział w spotkaniach aktywistów, ale mój mały, polski mózg, nie ogarnia jeszcze wielkiej, niemieckiej polityki. Oglądam ich z góry jak żywą strukturę geometryczną.


*

Na dworze można zorganizować także inne atrakcje. Podczas, gdy w ciągu tygodnia, życie mieszkańców drezdeńskiej ulicy św. Marcina uprzykrzają roboty drogowe, niedziele są świętem ciszy. Wykorzystuje to i swoje warsztaty z kreatywnego recyklingu przenoszę z wielkiego salonu prosto na plac budowy. Sofy lądują między stertami kostki brukowej a wydmą z piasku. Stoliki i krzesła na ulicy i lokatorzy, spijający kawę na balkonie, wymyślający nam wyzwania rzeźb śmieciowych. Frieder konstruuje ramy do obrazów i luster ze starych siatek i gazet, podczas gdy ja wykładam moim dziecinnym niemieckim zasadę składania tetrapaków w portfele. Jak dobrze, że czynności manualne nie wymagają wielkich, obszernych tłumaczeń. Schrere to nożyczki, karton to karton. A później czasowniki składach, wyciąć i tak dalej. Prażymy się na słońcu na niemieckiej, budowlanej pustyni. Po warsztatach okazuje się, że stworzyliśmy kosz portfeli, kilka ciekawych przedmiotów, skakanki, drony ze sprzętu elektronicznego i wyprodukowaliśmy jeszcze więcej śmieci, niż przynieśliśmy ze sobą.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz