niedziela, 16 grudnia 2012

extreme fox

Javier ma bardzo interesującą pracę. Jest profesorem od sztuki ulicy na uniwersytecie w Madrycie, mniemam, że nie ma zbyt wielu kumpli po fachu w gronie profesorskim. Na zaproszenie drezdeńskiej galerii udziela wykładu o subkulturze train-writerów. Rzeczowo prowadzi słuchaczy przez historię amerykańskiego graffiti, między zmianą slajdów popija nonszalancko piwo. Wprowadza nas w świat pociągowych grafficiarzy, przedstawia ich jako kolekcjonerów modeli pociągów, konceptualnych artystów. Planujących każdą akcję z rozkładem jazdy pociągów i pracy ochrony kolei. I miejskich eksploratorów, tunelowych szczurów znających każdą trakcję w swoim mieście. Podróżników wyruszających na polowanie nowych typów wagonów, biletów w innych miastach i krajach. Zadziwia mnie historia o duecie artystów z Kopenhagi, którzy błąkając się po dworcum malując kolejne dzieła, znaleźli ukryty, podziemny pokój. I zamieszkali w nim na kilka lat. Z biegiem czasu przerobili pomieszczenie na mieszkanie i nikt z obsługi dworca nie zauważył lokatorów. Gdy po czterech latach zostali wyrzuceni ze swojego domu, znaleźli inne, w tym samym kompleksie...

Jestem grouppie. Zdaję sobie sprawę, że chodzenie na koncerty polskich kapel w obcym kraju niesie ze sobą złote możliwości poznania muzyków po koncercie i alkoholowej integracji, morza konwersacji. W ukochanym Verandaerbarze, opisuję Drezno smutnemu kwartetowi smyczkowemu. W zadymionej piwnicy Chemiefabrik daje wykład o ulicznym nomadyźmie muzykom pewnego ska zespołu. 

Marcus wynajmuje mieszkanie w byłym hostelu. Robi właśnie imprezę z okazji i przeprowadzki, jest mnóstwo gości-podróżników, couchsurferów, dla których to mieszkanie faktycznie jest dzisiaj hostelem, jedyna różnica, że nie płacą za nocleg. Zespół gra w kuchni, dość sporych rozmiarów, nawet z sekcją dętą, spokojnie pomieścili się z całym sprzętem. Podłoga rytmicznie drży od basu i perkusji, ludzie tańczą między piecem, a stołem z przekąskami. Dwie smutne, nietańczące dziewczyny, siedzące na przepastnej kanapie pod oknem, przyjechały z Polski, z butelką żubrówki. Zapraszam je na nocną wycieczkę po mieście, gdy skończy się koncert i wydaje mi się, że mojej propozycji zwiedzania nie da się przebić absolutnie niczym w sobotni wieczór (tj. przejście przez Neustadt ze wskazaniem zajawkowych miejsc, zwieńczone huczną imprezą w Kukulida, alternatywnym Domu, artystycznej komunie). Dziewczyny jednak odpowiadają, że są zmęczone i chcą iść spaść, gdy tylko impreza w ich Hostelu się skończy. Żegnam się z gospodarzem i przepraszam, że sabotażuję mu imprezę podbierając na wycieczkę Argentyńczyka. W Kukulidzie totalny chaos imprezowy, tłok, wszechświat small-talków, łańcuch pomieszczeń-barów-parkietów i innych atrakcji. Spotykam niespodziewanie Maika i bardzo szybko gubię swój ogon z poprzedniej imprezy. Równie szybko zgubię też i jego, by odnaleźć go po godzinie, po metamorfozie w pomieszczeniu zwanym "animalizator":
- gdy cię ostatnio widziałem byłaś modelką, teraz jesteś... lisem, what the f*ck?
- gdy cię ostatnio widziałam byłeś kolekcjonerem historii, a teraz jesteś pijany
- jedno nie wyklucza drugiego, opowiedz mi coś, proszę



 
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz