Trudno mi powiedzieć jak długo trwała moja przeprowadzka do Drezna (i czy przypadkiem nadal nie jest w toku). Powtarzam sobie i różnej grupie odbiorców od około dwóch lat, że kiedyś przeprowadzę się do Drezna ( i prawdopodobnie nikt tego nie brał na serio aż do tej pory). Spakowałam swój dom w plecak i walizkę i zaczęłam wprowadzać plan przenoszenia swojego życia gdzie indziej. Autostopem. Robiąc po drodze przystanki, odwiedziny. Wyjeżdżając na wylotówkę Wrocławia sprawiało mi nieco dziwną przyjemność przedostawanie się przez centrum miasta ze świadomością, że mam przy sobie Wszystkie Swoje Rzeczy. Mogłabym się tu i teraz przeprowadzić, zostać. Rozpakować swoją walizkę na wrocławskim rynku na przykład albo jakimś pięknym zakątku (w walizce jest moja sztuka) i stworzyć swoją plenerową pracownię tu i teraz. Wyciągnąć sukienkę z plecaka-szafy, dostosować strój do sytuacji, choć tak naprawdę nie mam ani jednej sukienki. Bezdomne myśli chodzą mi po głowie, tak samo jak ta, że pragnę szybko złapać kurs autostopowy, najlepiej od razu od Neustadt, drezdeńskiego centrum studentów, hippisów i kolorowych ptaków. Docieram na Bielany, muszę przejść obładowana jeszcze ten trawnik, tam dalej jest stacja benzynowa na zjeździe na autostradę. Ludzie z przystanku autobusowego pod wielkim supermarketem mogą zaobserwować jak oddalam się ze swoim Domem w absurdalnym dla nich kierunku. Staję przed stacją o rozpoczynam czary - pokazuje samochodom swój magiczny palec - i zatrzymuję samochód po kilku minutach.
- Dortmund?
- Drezno?
- wskakuj.
Mówisz i masz, jadę zmęczoną skodą oktawią tam, gdzie chce. Kierowca, poważny koleś w średnim wieku, o twarzy, której nie zapamiętałabym po stu spojrzeniach, opowiada mi o swojej pracy w Monachium, żonie we Włocławku, blokach, działkach, pracy i zarobkach. Takie spojrzenie na życie w schematach. Jeżdżę do pracy zbyt daleko od domu, żeby nie myśleć o przeprowadzce, ale żona nie chce, bo nie lubi, nie lubi języka, więc ja do niej jeżdżę, wracam co dwa tygodnie. Fajki sobie kupię po drodze, na zapas, i wieczorem już jestem. Praca w fabryce w kosmopolitycznym tyglu mężczyzn, co bez pomysłu na życie, wyjeżdżają za pracą.
- Miałem kiedyś działkę, ale musiałem ją sprzedać, bo żona nie chciała tam chodzić. A jak ja chodziłem, to raz na miesiąc, trzeba było wyplewić te całe chaszcze, dwa dni tyry na działce, a żona dre morde, że mnie w domu nie ma. To sprzedałem działkę... z działką budowlaną było tak samo, teraz w bloku mieszkam (i się wyspać nie mogę kurna, normalnie źle się czuję tam, no wiesz)
Dresden Zentrum, skręcamy z autostrady, nawiguję kierowcę jak GPS, skoda skręca w skupisko wysokich, starych kamienic. Dziękuję pięknie, zabieram swój przenośny dom, jestem na miejscu. Siadam na pierwszej napotkanej ławce, pod alternatywną knajpą Ostpol urządzoną w domku jednorodzinnych i odpalam papierosa. Palę fajkę na wschodnim biegunie i znowu mam nieodpartą pokusę bezdomnego, zostawić tu swój Dom jak jakąś instalację. Obserwuję ludzi na ulicy, przechodzących w lekkim oddaleniu, a za chwilę pójdę na znaną mi ulicę, główną ulicę Neustadt i zapukam do drzwi Sebastiana. Rozpoczynam swój pierwszy dzień w nowym mieście...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz