Zatrzymałam się w pakamerze Sebastiana. Trudno chyba o lepszą definicję tego mieszkania, tak jak łatwiej opisać czego tu nie ma, niż wymienić cały egzotyczny skład posiadłości. O, mam lepszą definicję, świątynia upcyklingu... Wszystkie przedmioty, meble pochodzą z najróżniejszych wykopalisk śmietnikowo-miejskich, z pchlich targów, wszystko ma swoją historię (nawet ta gigantyczna butelka po 3-litrowym szampanie, z której wczoraj zrobiliśmy lampę). W wolnym czasie powstają tu najróżniejsze konstrukcje ze znalezionego na budowach drewna, tak jak antresola, która jest moim pokojem zastępczym. I tonie w lampach, święcących gwiazdach i najróżniejszych błyskotkach. Stąd mogę bezpiecznie podglądać, co się dzieje, a gdy włączę pełne oświetlenie cały hol wygląda jak w przeddzień świąt. Ta miejscówa jest dla mnie od kilku lat sercem Neustadt. Zawiera mnóstwo historii i zawsze przyciąga hipisoidalne postaci...
Gdy przyjeżdżam jest tu tylko Liane, która właśnie się przeprowadziła, podglądam więc jak przekształca swój pokój. Zamiast lampy, która zwykle zwisa z centralnego punktu sufitu, patrzę na dyndający bukiet ziół, tybetańskie zawieszki nad oknami, zdjęcia, błyskotki na obdartych z farby ścianach.
Wychodzę zapoznać się z sąsiadami i po kilku minutach małej konwersacji zapraszają mnie na zajęcia medytacji, które za chwilę się rozpoczynają. Odciągam więc Liane od porządków, zabieram ją na lekcje zen na poddaszu (do mieszkania o najpiękniejszych podłogach świata). Uśmiechnięty sąsiad zabiera nas do pokoju medytacji, z ołtarzem buddyjskim i poduchami. Tłumaczy po angielsku rytuały, których musimy się trzymać przez najbliższe półtorej godziny i jak nie zrobić z siebie głupka podczas zajęć.
Siedzimy więc w ósemkę w przestrzennym pokoju o pięknych podłogach, wdychamy kadzidła i rozpoczynamy medytację. Najpierw śpiewy... Z koreańskim tekstem na wysokości splotu słonecznego, zdezorientowana, rozglądam się na pełną powagi resztę uczestników. Dwóch gości w szarych szatach zaczyna śpiewać, trzeci, odpowiedzialny za ołtarz i dźwięk, daje rytmiczne sygnały do kłaniania się i klękania. Wszyscy zaczynają śpiewać mantrę po koreańsku, kłaniać się rytmicznie na sygnał. Trudno mi zachować powagę w tak dziwacznym momencie, jasne, jestem specjalistką od koreańskich mantr i ukłonów. Gubię się w tekście dwieście razy, nie ogarniam melodii, ale wkręcam się w rytuał z gracją godną powieści Vonneguta. Następna mantra to Sutra Serca. Po niemiecku... mam więc idealną pierwszą lekcję języka, do tego śpiewaną (moja dobra karma umarła już ze śmiechu i osiągnęła nirwanę). Po śpiewach następuje medytacja osobista. Siadasz w wygodnej, ale określonej pewnymi normami pozycji i przez godzinę, z małą przerwą, skupiasz się na tym, kim jesteś. Patrzę w najpiękniejszą podłogę na świecie, oddycham i szukam swoich wcieleń. Co się składa na to cudne dziecko postmodernizmu? Jestem faraonem, rybakiem, dwórką, moskiewskim psem, kolegą poprzedniego psiego wcielenia Hugo-Badera, jestem niewolnikiem, Buddą, dadaistą, piekarzem... nie wiem. Mija godzina, nie mam zielonego pojęcia kim jestem. Mówię to mistrzowi po ceremonii, odpowiada mi, dobrze. Od "nie wiem" zaczyna się cała zabawa.
W takim razie, nie mam pytań, muszę przemyśleć czy ostatnie dwie godziny były raczej dziwne czy mistyczne. Schodzę do pakamery.... gdzie czeka na mnie impreza! Moi przyszli współlokatorzy i zarazem cudowny tercet znajomych, przyszli przekonać się na własne oczy, czy dotarłam do Drezna. Jakob, Hannes, Jena i karton wina przywiezionego z winobrania. Sebastian wraca z uczelni, zdziwiony tak samo jak ja, samozwańczą imprezą w jego domu, i tylko się uśmiecha tym swoim uśmiechem obdarowującym wszystkim ciepłem na całą zimę. Wraz z tym uśmiechem za chwilę zaproszę na imprezę mnichów z poddasza i gdy piją z nami wino, od razu zapominam o koreańskich tańcach.
A co można robić przez cały dzień w nowym miejscu? Uruchamiam z rana swój zmysł uliczny, biorę szkicownik i wychodzę z domu rysować swoją mapę miasta. Zaglądam w bramy, zakamarki, wchodzę wszędzie, gdzie mi rozkaże moja wskrzeszona po wczoraj karma. Trafiłam do biura alterglobalistycznego festiwalu, który odbywa się za kilka dni i proponuję uśmiechniętym dziewczynom za laptopami swoją pomoc. Oczywiście, że się zgadzają, potrzebują przecież kogoś, kto zrobi scenografię na finałową imprezę. Tak się składa, że mam kilka pomysłów i od razu wkręcam się w klimat, bo cały festiwal wspiera ideę Upcycle i DIY, lepiej nie mogłam trafić. Umawiam się z dziewczynami, przy okazji dowiaduję się, że z okazji festiwalu będzie dużo warsztatów DIY, flashmob silent disco i masę innych akcji. Moja mapa Drezna nabiera już pewne kształty.
Korzystam z dobrej pogody podglądając ludzi w parku. Pełno samotnych, kolorowych lasek, zupełnie jak ja przysiadło w trawie z książkami, kawami i innymi papierosami. Samotne na zielonym trawniku drzewo straciło już wszystkie liście, więc widać szczegółowo piękne tatuaże na plecach kolesi, którzy się na nie wspięli. Grupki sportowo rekreacyjne na tym samym trawniku są ciekawą odmianą po polskim parku śmierdzącym rozlanym browarem i melanżem petów i łusek słonecznika pod ławkami. Jestem jednozdaniowym hejterem.
Wracam do domu tylko po to, by dać się porwać Sebastianowi i Liane na kolejny spacer. A ponieważ postanowili mi robić fiszki niemieckie oklejając wszystkie domowe przedmioty, proponuję im, żeby wyciągnąć ten pomysł na miasto... Pomysł się przyjął, więc nasz tercet lingwistyczny, zabierając z domu wszelkie markery i taśmy ruszył tagować świat (swoją drogą, Sebastian ma marzenie tworzyć street art, więc idealnie się składa). Oklejamy witryny sklepowe, samochody, znaki, śmietniki, knajpki, buty ulicznych komendantów melanżu, wszystkie fiszki są polsko-niemieckie (jakby ktoś również zapragnął nauczyć się na ulicy kilku przydatnych wyrazów po polsku). Tworzymy jeszcze spontaniczną rzeźbę ze znalezionych na ulicy przedmiotów i wracamy do domu.
Przed snem powtórzę Herzsutrę, mówię sobie.
A może w przyszłym wcieleniu?
Gdy przyjeżdżam jest tu tylko Liane, która właśnie się przeprowadziła, podglądam więc jak przekształca swój pokój. Zamiast lampy, która zwykle zwisa z centralnego punktu sufitu, patrzę na dyndający bukiet ziół, tybetańskie zawieszki nad oknami, zdjęcia, błyskotki na obdartych z farby ścianach.
Wychodzę zapoznać się z sąsiadami i po kilku minutach małej konwersacji zapraszają mnie na zajęcia medytacji, które za chwilę się rozpoczynają. Odciągam więc Liane od porządków, zabieram ją na lekcje zen na poddaszu (do mieszkania o najpiękniejszych podłogach świata). Uśmiechnięty sąsiad zabiera nas do pokoju medytacji, z ołtarzem buddyjskim i poduchami. Tłumaczy po angielsku rytuały, których musimy się trzymać przez najbliższe półtorej godziny i jak nie zrobić z siebie głupka podczas zajęć.
Siedzimy więc w ósemkę w przestrzennym pokoju o pięknych podłogach, wdychamy kadzidła i rozpoczynamy medytację. Najpierw śpiewy... Z koreańskim tekstem na wysokości splotu słonecznego, zdezorientowana, rozglądam się na pełną powagi resztę uczestników. Dwóch gości w szarych szatach zaczyna śpiewać, trzeci, odpowiedzialny za ołtarz i dźwięk, daje rytmiczne sygnały do kłaniania się i klękania. Wszyscy zaczynają śpiewać mantrę po koreańsku, kłaniać się rytmicznie na sygnał. Trudno mi zachować powagę w tak dziwacznym momencie, jasne, jestem specjalistką od koreańskich mantr i ukłonów. Gubię się w tekście dwieście razy, nie ogarniam melodii, ale wkręcam się w rytuał z gracją godną powieści Vonneguta. Następna mantra to Sutra Serca. Po niemiecku... mam więc idealną pierwszą lekcję języka, do tego śpiewaną (moja dobra karma umarła już ze śmiechu i osiągnęła nirwanę). Po śpiewach następuje medytacja osobista. Siadasz w wygodnej, ale określonej pewnymi normami pozycji i przez godzinę, z małą przerwą, skupiasz się na tym, kim jesteś. Patrzę w najpiękniejszą podłogę na świecie, oddycham i szukam swoich wcieleń. Co się składa na to cudne dziecko postmodernizmu? Jestem faraonem, rybakiem, dwórką, moskiewskim psem, kolegą poprzedniego psiego wcielenia Hugo-Badera, jestem niewolnikiem, Buddą, dadaistą, piekarzem... nie wiem. Mija godzina, nie mam zielonego pojęcia kim jestem. Mówię to mistrzowi po ceremonii, odpowiada mi, dobrze. Od "nie wiem" zaczyna się cała zabawa.
W takim razie, nie mam pytań, muszę przemyśleć czy ostatnie dwie godziny były raczej dziwne czy mistyczne. Schodzę do pakamery.... gdzie czeka na mnie impreza! Moi przyszli współlokatorzy i zarazem cudowny tercet znajomych, przyszli przekonać się na własne oczy, czy dotarłam do Drezna. Jakob, Hannes, Jena i karton wina przywiezionego z winobrania. Sebastian wraca z uczelni, zdziwiony tak samo jak ja, samozwańczą imprezą w jego domu, i tylko się uśmiecha tym swoim uśmiechem obdarowującym wszystkim ciepłem na całą zimę. Wraz z tym uśmiechem za chwilę zaproszę na imprezę mnichów z poddasza i gdy piją z nami wino, od razu zapominam o koreańskich tańcach.
A co można robić przez cały dzień w nowym miejscu? Uruchamiam z rana swój zmysł uliczny, biorę szkicownik i wychodzę z domu rysować swoją mapę miasta. Zaglądam w bramy, zakamarki, wchodzę wszędzie, gdzie mi rozkaże moja wskrzeszona po wczoraj karma. Trafiłam do biura alterglobalistycznego festiwalu, który odbywa się za kilka dni i proponuję uśmiechniętym dziewczynom za laptopami swoją pomoc. Oczywiście, że się zgadzają, potrzebują przecież kogoś, kto zrobi scenografię na finałową imprezę. Tak się składa, że mam kilka pomysłów i od razu wkręcam się w klimat, bo cały festiwal wspiera ideę Upcycle i DIY, lepiej nie mogłam trafić. Umawiam się z dziewczynami, przy okazji dowiaduję się, że z okazji festiwalu będzie dużo warsztatów DIY, flashmob silent disco i masę innych akcji. Moja mapa Drezna nabiera już pewne kształty.
Korzystam z dobrej pogody podglądając ludzi w parku. Pełno samotnych, kolorowych lasek, zupełnie jak ja przysiadło w trawie z książkami, kawami i innymi papierosami. Samotne na zielonym trawniku drzewo straciło już wszystkie liście, więc widać szczegółowo piękne tatuaże na plecach kolesi, którzy się na nie wspięli. Grupki sportowo rekreacyjne na tym samym trawniku są ciekawą odmianą po polskim parku śmierdzącym rozlanym browarem i melanżem petów i łusek słonecznika pod ławkami. Jestem jednozdaniowym hejterem.
Wracam do domu tylko po to, by dać się porwać Sebastianowi i Liane na kolejny spacer. A ponieważ postanowili mi robić fiszki niemieckie oklejając wszystkie domowe przedmioty, proponuję im, żeby wyciągnąć ten pomysł na miasto... Pomysł się przyjął, więc nasz tercet lingwistyczny, zabierając z domu wszelkie markery i taśmy ruszył tagować świat (swoją drogą, Sebastian ma marzenie tworzyć street art, więc idealnie się składa). Oklejamy witryny sklepowe, samochody, znaki, śmietniki, knajpki, buty ulicznych komendantów melanżu, wszystkie fiszki są polsko-niemieckie (jakby ktoś również zapragnął nauczyć się na ulicy kilku przydatnych wyrazów po polsku). Tworzymy jeszcze spontaniczną rzeźbę ze znalezionych na ulicy przedmiotów i wracamy do domu.
Przed snem powtórzę Herzsutrę, mówię sobie.
A może w przyszłym wcieleniu?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz