sobota, 20 października 2012

5, Poranna Lampa.

Uliczny nomad w nowym mieście najlepiej się czuję wieczorami, w weekendy. Na przykład w taki piątkowy wieczór, miejscówki, które w dzień są zamknięte zapraszają w nocy na najróżniejsze wydarzenia, na eksplorację. Miejscówki, które w dzień świecą pustkami, a wieczorami są zapełnione, kuszą każdego nomada, pragnącego anonimowo poczuć atmosferę nowego terenu. Wybieram się z Sebastianem i Tobim na spacer i zapoznaję się z drezdeńskimi barami. Na scenie jednego z nich, pięciu smutnych chłopców w identycznych przydługich, krótkich włosach gra niesamowicie długą, nijaką piosenkę. A może to różne kilkominutowe utwory, to nieistotne. Tak naprawdę to występ solisty, gitarzysty-wokalisty, jedynego z grupy wspierających go nieśmiało muzyków, który przejawia krztynę charyzmy. Publiczność siedzi po turecku pod sceną rozmyślając o smutnych mężczyznach grających nijakiego rocka. Basista nieśmiało proponuje, polubcie nas na facebooku. Gdy zespół schodzi ze sceny, a lider zaczyna grać swoje utwory solo, atmosfera w ogóle się nie zmienia, za to pojawia się wyśmienita okazja do opuszczenia "sali koncertowej".
Mimo nijakiego koncertu, bardzo podoba mi się ta knajpa, jej wystrój i atmosfera kojarzy mi się z działkowymi altanami zwykle urządzonymi w zbędne meble, nie wyrzucone po remoncie prl-owskiego mieszkania. Za barem mają Lecha, więc jeśliby się uprzeć, wszędzie można znaleźć polski akcent.
Opuszczamy bar szybko i ruszamy w inny zakątek Neustadt.
- Może będzie jakiś koncert w Niebieskiej Fabryce? Byłam tam dzisiaj, zakradłam się do kilku pracowni, żeby nawiązać jakieś kontakty, ale nikogo tam nie było... Chodźmy tam teraz! - namawiam chłopaków, na co chętnie przystają.
Po drodze znajdujemy na ulicy wyrzuconą, "działkową" sofę, siadamy na niej i zastanawiamy się czy możemy z nią albo z niej coś zrobić lub zostawić ją w bardziej sprzyjającym miejscu. Sofa jest na kółkach, więc szybko służy mi jako taksówka do Niebieskiej Fabryki. Jest dość topornym środkiem transportu, do tego napęd na dwóch mężczyzn jest kapryśny, więc porzucamy ją kilkanaście metrów dalej, nie dając jej szansy na pozostanie autem na zawsze. W Fabryce koncert się skończył, ale weszliśmy do środka, by obejrzeć odjazdowe wnętrze! Zdaje się, że całe podwórko zostało zaanektowane przez podstarzałych hipisów artystów, żyjących tu sobie w małej komunie przy okazji organizując wydarzenia kulturalne dla mieszkańców dzielnicy. Ascetyczne, przestrzenne wnętrze na pierwszym piętrze pozwala zauważać każdy mały detal artystyczny. Trudno nie zwrócić uwagi na wielkoformatowy abstrakcyjny obraz za sceną i trudno się naiwnie nie zachwycić malunkami na kiblu czy umywalce. Najbardziej bombowa jest jednak muza! Gdzieś z pomieszczenia pod nami dobiega jazzowe jam session, hermetyczne zamknięte w pracowni malarskiej do której rano się zakradłam. Teraz jest przed nami zamknięta, więc siedzimy cichutko na dworze słuchając artystycznej bibki w garażu-pracowni. I siedzimy na płytkach chodnikowych z wyrzeźbionymi na nich małymi twarzami...
Trafiamy jeszcze na wernisaż w małym lokalu po sklepie. W środku może dziesięć osób, na zewnątrz, z browarami i papierosami chyba dziesięć razy tyle! Zakręcamy się na moment, każdy pogrążony w swoim small-talk'u, oglądam wystawę portretów bez twarzy i zastygam przy nich w zachwycie. Bo właściwie, skoro artysta nie radzi sobie z malowaniem ludzkich twarzy, dlaczego i tak nie miałby namalować szeregu portretów? Twarzy na płótnach nie ma albo są rozmazane albo wystrzelone w kosmos albo jeszcze coś innego. Kupuję ten pomysł (a może swoją interpretację), Tobi nie, kupuje za to kebaba obok i namawia tureckiego kebabmastera, by podzielił go na trzy części. Po chwili zapominamy o sztuce, bo siedzimy w witrynie sklepowej jedząc nasze nano-kebaby.
- cześć, jestem Christina, idziecie gdzieś na imprezę? - zaczepia nas dziewczyna w kurtce w szkocką kratkę, chociaż pytanie i wzrok kieruje do Sebastiana.
- jesteś street nomadem? Coś nam proponujesz? - pyta Seb.
- Street nomad? A Kto to? Co planujecie, idziecie gdzieś może? Bo ja chciałabym gdzieś pójść dalej, a nie do domu, chociaż muszę jutro wstać rano i kupić lampę... - dziewczyna zdecydowanie próbuję nas, jego namówić na dalsze zeznania, ale chyba jeszcze nie nabrała do końca śmiałości. Czy poranna lampa jest wymówką na wypadek naszej odmowy?
- My czekamy na autobus do Nowej Zelandii, możesz poczekać z nami - odpowiadam absurd, bo jeden już zwęszyłam, za to Sebastian go kontynuuje - jeśli miałabyś pojechać jutro do Nowej Zelandii a kupić lampę..., zastanów się nad tym
- chyba jednak lampa z pchlego targu.
- no to powodzenia uliczny nomadzie, odpowiadamy chórem.
Wcale jej nie spławiliśmy. Każdy z nas poczuł epilog wieczoru wraz z kebabem.

- Jak się tu czujesz? - pyta Seb przed domem
- samotna. Ale w dobrym sensie. Mam czas na swoje prywatne eksploracje, medytacje. Ale jestem tu samotna językowo, mimo że wszyscy mówią po angielsku i są otwarci. Krótkie rozmowy mają krótki termin przydatności, bo angielski sprawia, że wszyscy traktują mnie jak turystkę.
- Wszystko przyjdzie z czasem, a każdy dzień daje nową lekcję. 
- Nie inaczej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz