Zeszłego lata poznałam Owena, hippisa idealnego. Owen objawił mi się w Poznaniu, jako akordeonista przemierzający Europę w poszukiwaniu przygód, piosenek, życia. Właściwie przyprowadził go do mnie couchsurfing, choć trafiliśmy na siebie przez przypadek na punkowym koncercie. Podszedł do mnie na squacie, spytał czy jestem Marysia i czy otrzymałam jego e-mail z prośbą o nocleg. Flanelowa koszula, czerwone spodnie, broda, okulary, akordeon. I uśmiech godzący się na wszystko. Z jednego spotkania na Rozbracie urodziło się dwutygodniowe wariackie tournee. Tego samego wieczoru rozpoczęliśmy spontaniczną trasę koncertową w tureckim kebabie. Owen, mówiący i śpiewający po turecku, zaingurował piosenkę, ja mimowolnie zaczęłam tańczyć i tak powstała legenda o wytańczeniu posiłku. Dzień później staliśmy na wylotówce z Poznania powtarzając schemat muzyk plus tancerka, zatrzymując samochody w kierunku festiwalu Woodstock. W każdym samochodzie próbowaliśmy nowy repertuar, improwizując nowe piosenki na kilka języków, śmiejąc się z wszystkiego i z siebie przede wszystkim. Na festiwalu nie było z resztą inaczej. Przygody jednak rozdzieliły nas tymczasowo, ja wróciłam do Poznania, Owen zaginął bez wieści (zostawiając przed wyjazdem w moim mieszkaniu wszystkie swoje rzeczy oprócz akordeonu). Pojawił się kilka dni później, oświadczając, że próbował wrócić z Woodstocku do Poznania, ale trafił do Berlina w mniej lub bardziej zakręconych okolicznościach. Bezceremonialnie zamieszkał ze mną na kilka dni, powracając do schematu adventure seekerów. Grając spontaniczne koncerty na mieście i w barach, promieniując aurą wolności, zrównał sobie niesamowitą rzeszę ludzi swoim małym wariactwem. Po kilku dniach pożegnaliśmy się na rynku łazarskim, jedząc kanapki ze schabowym zakupione na stoisku przy budach z kwiatami.
W zamian za pokazanie mu Polski otrzymałam link do videoklipu z piosenką o wspólnych przygodach (jak ktoś ciekawy, załączam link) http://www.youtube.com/watch?v=uzKMNKxXlrE
Przywołuję tą historię, ponieważ couchsurfing obwieścił mi przybycie do Drezna polskich saksofonistów. Dwójka chłopców prosi o możliwość noclegu w trakcie ich podróży do Włoch. Niestety, muzycy nie napisali dlaczego wybrali właśnie mnie (o co łaskawie proszę, jeśli ktoś jest na tyle cierpliwy, żeby chociaż przejrzeć, co mogę zaoferować i czego oczekuję), więc odpuściłam. Jednak przejeżdżając kilka dni później przez stare miasto, usłyszałam duet saksofonowy, skojarzyłam fakty i pojechałam w kierunku muzyki. Dwóch buroubranych chłopaków, saksofony, wzmacniacz i jakieś tam Fale Dunaju. Bez uśmiechu, bez humoru, bez planu i oczekiwań na swoją podróż. Saksofoniści wydawali się też odporni na mój optymizm, więc pożegnałam ich bez żalu.
Tego samego dnia, Owen napisał mi maila, pozdrawiając z summerhippiecamp gdzieś na zadupiu Stanów. Zrobił sobie przerwę od akordeonu i postanowił kręcić filmy porno (w hippie stylu oczywiście). Tym razem bez linków...
Jestem okropną gospodynią, hostem. Cieszę się z gości-brudasów, namawiam na freeganizm i grzebanie w śmieciach, oprowadzam po opuszczonych budynkach zamiast zabytkach i zdecydowanie za dużo mówię o sztuce. Namawiam na autostop albo wsiadam ze swoimi gościami w pociągi w złym kierunku, lądując w szczerym polu i jeszcze ciesząc się z tego jak dziecko. Biorę nakrotyki, po czym śpiewam żenujące piosenki niechcianych div. Nie umiem zaparzyć herbaty.
A z drugiej strony powinnam ten post opublikować w bardziej internacjonalnym języku, żeby kilku swoim gościom przypomnieć bardzo fajne chwile.
W zamian za pokazanie mu Polski otrzymałam link do videoklipu z piosenką o wspólnych przygodach (jak ktoś ciekawy, załączam link) http://www.youtube.com/watch?v=uzKMNKxXlrE
Przywołuję tą historię, ponieważ couchsurfing obwieścił mi przybycie do Drezna polskich saksofonistów. Dwójka chłopców prosi o możliwość noclegu w trakcie ich podróży do Włoch. Niestety, muzycy nie napisali dlaczego wybrali właśnie mnie (o co łaskawie proszę, jeśli ktoś jest na tyle cierpliwy, żeby chociaż przejrzeć, co mogę zaoferować i czego oczekuję), więc odpuściłam. Jednak przejeżdżając kilka dni później przez stare miasto, usłyszałam duet saksofonowy, skojarzyłam fakty i pojechałam w kierunku muzyki. Dwóch buroubranych chłopaków, saksofony, wzmacniacz i jakieś tam Fale Dunaju. Bez uśmiechu, bez humoru, bez planu i oczekiwań na swoją podróż. Saksofoniści wydawali się też odporni na mój optymizm, więc pożegnałam ich bez żalu.
Tego samego dnia, Owen napisał mi maila, pozdrawiając z summerhippiecamp gdzieś na zadupiu Stanów. Zrobił sobie przerwę od akordeonu i postanowił kręcić filmy porno (w hippie stylu oczywiście). Tym razem bez linków...
Jestem okropną gospodynią, hostem. Cieszę się z gości-brudasów, namawiam na freeganizm i grzebanie w śmieciach, oprowadzam po opuszczonych budynkach zamiast zabytkach i zdecydowanie za dużo mówię o sztuce. Namawiam na autostop albo wsiadam ze swoimi gościami w pociągi w złym kierunku, lądując w szczerym polu i jeszcze ciesząc się z tego jak dziecko. Biorę nakrotyki, po czym śpiewam żenujące piosenki niechcianych div. Nie umiem zaparzyć herbaty.
A z drugiej strony powinnam ten post opublikować w bardziej internacjonalnym języku, żeby kilku swoim gościom przypomnieć bardzo fajne chwile.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz